Strona główna Recenzje Y. Sigurdardottir, Statek śmierci

Y. Sigurdardottir, Statek śmierci

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Adrianny Michalewskaj

 

Autorka tego kryminału jest opisywana jako najlepsza islandzka pisarka wszech czasów. Od Eddy poetyckiej i Sagi o Njalu, a potem noblisty Laxnessa niewiele było słychać o pisarzach z wyspy lodu. I wtedy, w 1998 pojawiła się Yrsa Sigurdardottir z thrillerami, choć może właściwiej byłoby napisać z kryminałami stylizowanymi na thrillery.

Wydany niedawno przez wydawnictwo Muza Statek Śmierci zaczyna się raczej bez emocji. Do portu w Reykyaviku wpływa luksusowy jacht. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że z jachtu zniknęła cała załoga. Między innymi rodzice z dwiema ośmioletnimi dziewczynkami. Na nabrzeżu czekają na nich dziadkowie i jeszcze jedno dziecko – dwuletnia córka pary z jachtu. Tymczasem osobom, które wchodzą na pokład zaczynają wydawać się dziwne rzeczy. I to jest chyba najbardziej wątpliwy wątek tej naprawdę ciekawej powieści. Mamy ducha,czy nie mamy.

Oprócz tych rozważań uderzyła mnie także inna poruszona w Statku śmierci sprawa. Ginie (orawdopodobnie) małżeństwo, a ich dwuletnie dziecko natychmiast ma zostać oddane do rodziny zastępczej. Dziadkowie nawet nie próbują zatrzymać dziewczynki, ponieważ ich na to nie stać. Czy państwo islandzkie jest aż tak oresyjne, że zamiast wesprzeć finansowo dziadków dziecka woli płacić obcej rodzinie i narazić dziecko na całkowitą utratę rodziny? Dosyć to surowe prawo, ale wiemy, że od dawien dawna Islandia byla krainą o specyficznych obyczajach. Szczegóły tego właśnie w Eddzie poetyckiej.

 

Innym zaskakującym elementem tej układanki jest nieudolność policji islandzkiej. Nie znajdują dosyć oczywistych śladów (nie napiszę więcej, aby wam nie psuć przyjemności z czytania), kiepsko radzą sobie z dedukcją, właściwie wszystko spada na główną bohaterkę – prawniczkę Thorę i jej wygadaną sekretarkę Bellę, która w niczym nie przypomina drogiego Watsona. Wręcz przeciwnie, ma niewyparzony język, ale myśli po mistrzowsku. Pzostaje jeszcze do wytłumaczenia jedna sprawa. Luksusowy jacht traci wszelkei narzędzia komunikacji z lądem, czy innymi statkami i nie wywołuje to alarmu. Zepsute radiostacje i brak kontaktu z ziemią nie niepokoją nikgo, nawet nowych właścicieli jachtu na tyle, że nie wszczynają alarmu, gdy bardzo drogi statek znika wszystkim z oczu.

Autorka zapowiedziała swoją obecność na tegorocznym Literackim Sopocie. Może uda mi się ją o te niuanse zapytać. Jeśli jest tak, że jej dziadek był kapitanem, to pewnie pisze prawdę. Opuszczony jacht na pełnym morzu nikogo nie obchodzi.

Choć powieści Yrsy Sigurdardotttir zalicza się do kręgu kryminałów skandynawskich, autorka unika charakterystycznych dla tej literatury „wypełniaczy”. Nie śledzimy co Thora je na śniadanie i jakimi ulicami chodzi po Reykyaviku. Jej życie osobiste jest raczej udane (choć jest po rozwodzie,  utrzymuje syna maturzystę, jego żonę i ich synka), a sama Thora nie jest alkoholiczką, nie pali, ani nie ma skłonności samobójczych.

Poza tym, autorka doskonale buduje nastrój grozy i dezorientacji. Od pewnego etapu powieści wiemy, że mamy się bać. Bez względu na to, kto jest odpowiedzialny za zaginięcie osób z jachtu rozumiemy, że rozwiązanie tej zagadki przyjemne nie będzie. Poza tym, żadnych falbanek, jak mówią Anglicy. Konkretnie i na temat.

Doskonała historia na letnie wyprawy. Ale raczej trzymajce się linii brzegowej.

 

Za lekturę dziękuję wydawnictwu MUZA.