Wojtek Miłoszewski Inwazja. Fragment
– Siadajcie.
– Z całym szacunkiem, ale… – odezwał się Gurski z zaciśniętymi zębami.
– Z całym szacunkiem siadajcie, i to już! – przerwał mu wrzaskiem Przybylski, a Roman wypełnił polecenie. – Oczekuję szczegółowego raportu, jeszcze przed ewakuacją, która zaplanowana jest dla naszej kompanii za dwie godziny.
– Za godzinę dostarczę szczegółowy raport – powiedział powoli Gurski. – Straty mojego plutonu to dziewięciu ludzi od początku walk. Proszę o uzupełnienie.
– Dostaniecie kogoś do pomocy, ale nie oczekujcie zbyt wiele.
– Chciałem również zgłosić jednego z poległych do Krzyża Walecznych. Szeregowy Błażej Przygodzki, osłaniał nas do końca ogniem. Oddał życie i dzięki niemu reszta naszego plutonu ocalała. Gurski przemilczał fakt, że Przygodzki zmarłby tak czy siak, wiedział, że to nie pomoże w przyznaniu biednemu chłopakowi odznaczenia. Przybylski rzucił Romanowi przeciągłe spojrzenie.
– Gdzie są rośki?
– Co? – spytał zdziwiony Gurski.
– Gdzie są transportery opancerzone, ktore zostały przydzielone waszemu plutonowi?
– Zostały na terenie kopalni. – Roman wzruszył ramionami. – Silniki uszkodzone, dokumentacja zniszczona, systemy dowodzenia w strzępach. Wszystko zgodnie z regułami, nikt ich już nie użyje.
– Ciekawe – powiedział bezbarwnym głosem kapitan. – Czyli według was mamy przyznawać jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych komuś, kto wtopił sprzęt, na który nasza armia wydała dwadzieścia dużych baniek?
Roman spojrzał na swego dowódcę i zwalczył w sobie prymitywną, atawistyczną wręcz potrzebę dania Przybylskiemu w mordę. Patrzył na niego takim wzrokiem, że kapitan stracił dużo ze swojej pewności siebie. Gurski obrzucił spojrzeniem mundur Przybylskiego, który był praktycznie nienaruszony.
– Wystrzelił pan chociaż jeden nabój, panie kapitanie? – Pytanie Romana zawisło ciężko w powietrzu.
– Oczekuję raportu równo za godzinę. Proszę doprowadzić siebie i pluton do porządku. Nie wiem, ogolcie się, zróbcie coś. Dokonam inspekcji przed ewakuacją. Tu jest Wojsko Polskie, a nie jakaś banda najemników w uświnionych mundurach.
Roman wstał powoli i wyprężył się w pozycji na baczność.
– Wszystko – powiedział kapitan z lekceważeniem i pochylił się nad swoimi papierami.
Gurski zasalutował i wyszedł z pokoju.
Dwie godziny poźniej porucznik stał ze swoim plutonem na płycie lotniska (..)
– Idzie generał Anders. – Głos sierżanta wyrwał Romana z zamyślenia. Gurski zauważył zbliżającego się do nich kapitana.
– Pluton! Baczność! – wrzasnął Roman. – Na lewo, patrz!
Wszyscy wyprężyli się jak na defiladzie wojskowej, stojąc w dwuszeregu. Żołnierze ciągle byli w swoich utytłanych, czarnych mundurach. Jednym wyjątkiem był szeregowy Kowalik, którego dowódca kompanii łaskawie im przydzielił jako uzupełnienie nadszarpniętego stanu osobowego. Roman nie znał chłopaka, ale znał Przybylskiego i mógł się założyć o to, że albo był to najgorszy żołnierz w całej dywizji, albo po prostu konfident, który miał meldować kapitanowi, co się dzieje w ich plutonie. Przybylski podszedł i twarz mu stężała, kiedy potoczył wzrokiem po żołnierzach. Wszyscy byli tak samo brudni jak wtedy, gdy dotarli na lotnisko. Roman wydał kategoryczny zakaz mycia się i czyszczenia mundurów. Z jednym małym wyjątkiem. Wszyscy mieli być ogoleni. Dlatego teraz stali wyprężeni w listopadowym, słabym słońcu, a na ich twarzach jasne były tylko miejsca po goleniu.
– Panie kapitanie! – wydarł się Gurski. – Melduję, że wszyscy się ogoliliśmy. Zgodnie z rozkazem!
Przybylski kiwnął lekko głową, po czym podszedł do Romana, przystawił usta do jego ucha i szepnął tak, aby tylko on mógł zrozumieć wypowiadane słowa: Graj tak dalej, skurwysynu, a obiecuję ci, że długo nie pożyjesz.
– Tak jest panie kapitanie! – Roman wrzasnął tak głośno, że Przybylski skrzywił się w grymasie bólu. Potem zasalutował i odszedł szybkim krokiem.
Fragment publikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa WAB. Dziękujemy!





