Strona główna Aktualności Weekend z „Ostatnią wolą” Joanny Szwechłowicz

Weekend z „Ostatnią wolą” Joanny Szwechłowicz

0
PODZIEL SIĘ

„Jestem jeszcze bardziej retro niż moje książki” – dzisiaj zapraszamy do przeczytania wywiadu z Joanną Szwechłowicz, autorką „Ostatniej woli”

Zbrodnicze Siostrzczyki: Druga powieść… Ciężko było? Mówią, że druga jest trudniejsza niż pierwsza.

Joanna Szwechłowicz: Tak. Choćby dlatego, że na pierwszą nikt nie czeka i to, czy ją napiszemy, jest kwestią jedynie własnej inicjatywy. Większość osób robi to zresztą w tajemnicy, albo też informując jedynie najbliższą rodzinę lub przyjaciół. Z drugą jest trudniej, bo poszerza się krąg zainteresowanych. Choćby o wydawnictwo, które już ma swoje sposoby, by zmotywować do pracy.

„Ostatnia wola” to dla mnie hołd złożony Agacie Christie. Mamy sylwestrową noc, odcięty od świata pałac, gaśnie światło, no i „wszyscy jesteśmy podejrzani”. Schemat morderstwa „w zamkniętym pokoju” jest wielkim wyzwaniem dla pisarza. Lubi Pani ten model fabularny, czy chciała się Pani zmierzyć z legendą?

O mierzeniu się nie ma mowy, bo z tego starcia z mistrzynią Agatą można wyjść jedynie bardziej lub mniej pokiereszowanym. Ale tak, nawiązanie jest oczywiste i takie miało być. Zresztą, jest ich tutaj znacznie więcej, co polecam uwadze wnikliwych czytelników.


 

 

Poprzednia książka „Tajemnica szkoły dla panien” za miejsce akcji miała prowincjonalne miasteczko, Mańkowice. Teraz też prowincja, ale inna – w pałacu baronowej Korzyckiej najważniejsze jest towarzystwo: ludzie o różnych poglądach i w różnej sytuacji społecznej. Miałam wrażenie, że chciała Pani odzwierciedlić obraz Polaków w przededniu II wojny światowej. Rzeczywiście tak to wyglądało?

Myślę, że brakuje jeszcze jakiegoś komunisty, zawziętego endeka i przedstawiciela mniejszości narodowych. Nie, nie postawiłam sobie tak ambitnego celu, a zróżnicowanie charakterów postaci bierze się stąd, że moi bohaterowie muszą być bardzo barwni. W odciętym od świata pałacu nie należy się spodziewać wielu niezwykłych wydarzeń, które co kilka stron zapewniają zwrot fabularny. Dlatego przykuć uwagę odbiorcy muszą oryginalni bohaterowie, którzy mają swoje sekrety i sekreciki. Inna rzecz, że jednak do pałaców nie wpuszcza się byle kogo, więc nie ma tu przedstawicieli wszystkich grup społecznych. Są ludzie biedniejsi i bogatsi, ale nie ma kogoś skrajnie – jak na dwudziestolecie – ubogiego.  Brak też przedstawicieli półświatka, choć niektórych trochę z tym środowiskiem łączy.

Wszyscy, którzy zebrali się, by wysłuchać ostatniej woli baronowej, są członkami jednej rodziny. Tylko, że jakoś się nie lubią. A Pani? Którego ze swoich bohaterów lubi Pani najbardziej, no i którego nie lubi?

Jako postać lubię Wirydiannę, bo jest tak antypatyczna, jak sobie zaplanowałam.  Miała to być nie tylko złośliwa, ale inteligentna osoba, która zawsze uderza dokładnie tam, gdzie zaboli najbardziej. Czytelnikowi  nie miało być specjalnie żal, że jej los potoczył się tak niewesoło. Lubię też Urszulę, która łaknie uznania krytyków, a zmuszona jest pisać powieści w stylu „Trędowatej”, podczas gdy w duszy czuje się awangardową poetką. A kogo nie lubię? Chyba Heleny, która jest idealistką, ale cele swoje realizuje bardzo brutalnie.  Uważam, że brutalni idealiści są zmorą świata, także pozapowieściowego.  A jako człowieka lubię ojca Aleksandra, bo jest trochę rozdarty między tym, co podpowiada mu bystry umysł a tym, co chciałby myśleć o ludziach i świecie. Ma wady, jest na przykład próżny i lubi wygłaszać przemówienia, ale w tym całym towarzystwie zachowuje największy spokój, co ja osobiście bardzo cenię w ludziach.

Śledztwo prowadzi detektyw-amator, zakonnik benedyktyński, Aleksander Herbst. Mieliśmy już jednego benedyktyna i zarazem detektywa w literaturze. Rozumiem, że mrugnęła tu Pani okiem do wielbicieli „Imienia róży”?

Mrugnęłam. Ale Herbst jest postacią ze swoją historią, raczej pozbawioną intertekstualnego zaplecza. W dodatku ojciec  Aleksander wróci, bo jego wykształcenie – historia sztuki i matematyka – po prostu predestynuje go do rozwiązywania zagadek o charakterze, powiedziałabym, spekulatywno-estetycznym. Będzie się więc jeszcze mógł wykazać.



 

Baronowa jest wredna, Urszula wyzwolona, jej córka Basia – oryginalna, Wanda – nieznośnie egzaltowana, Helena – piękna, Nina – intrygująca w swej zwyczajności. Postaci kobiet mnie porwały! Wyraźnie woli Pani opisywać kobiety! Mężczyźni w „Ostatniej woli” budzili we mnie raczej współczucie niż podziw. Czy to celowy zabieg? „Słaba płeć, a jednak najsilniejsza” – jak to było w starej piosence.

Kobiety po prostu są ciekawsze. Nie: postaci kobiece, ale kobiety właśnie. Chciałam też trochę przeciwstawić się pewnej modzie w retrokryminałach, gdzie panie pełnią funkcje dekoracyjne, albo dostarczają przerywnika o charakterze erotycznym między kluczowymi wydarzeniami.

Myślę, że taki bardziej „kobiecy” retrokryminał jest alternatywą dla osób, które, jak ja, nie lubią krwawych opisów wnętrzności i korpusów pozbawionych głów. We mnie budzą one nawet nie obrzydzenie, ale znudzenie i pewien absmak. Jestem pod tym względem jeszcze bardziej retro niż moje książki.

Niezwykle podobał mi się szatański pomysł baronowej, by każdego z członków rodziny umieścić w pokoju udekorowanym sprzętami i ozdobami wybranymi specjalnie dla niego. To znak (a nawet ostrzeżenie), które coś znaczy dla gościa. Nie wiem tylko, co było w pokoju ojca Herbsta!

Nic specjalnego, dlatego nie opisałam jego sypialni.  A poważnie, to miał być też sygnał dla czytelnika, który powinien w związku z tym zacząć podejrzewać Herbsta. W tym pokoju mogło być przecież coś strasznego. Ale żelazna zasada Klubu Detektywów, w którym była Christie, jest taka, że prowadzący śledztwo nie może być mordercą. Który czytelnik ją zna, ten może już skreślić z listy jednego podejrzanego. I tego się trzymajmy.

Pokazała Pani, że można napisać jak najbardziej klasyczny kryminał w ciekawych dekoracjach. Czy uważa Pani, ze kryminał retro ma przyszłość, czy też obserwujemy już jego zmierzch?

Chyba nic w literaturze nie ma takiej przyszłości jak przeszłość. Dlatego sądzę, że kryminał retro będzie się nadal rozwijał, choć może międzywojnie przestanie być wśród autorów i czytelników najpopularniejszą epoką. Ale jest przecież i wiek XIX, który coraz częściej wybierany jest jako tło polskich kryminałów. Tematów nie zabraknie.

Dziękuję za rozmowę!

W imieniu Zbrodniczych Siostrzyczek rozmowę przeprowadziła Agnieszka Krawczyk