Strona główna Aktualności Zbrodniczy testament – recenzja „Ostatniej woli” Joanny Szwechłowicz

Zbrodniczy testament – recenzja „Ostatniej woli” Joanny Szwechłowicz

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

Od czasu do czasu, tu i tam – od czytelników i wydawców – słychać ten postulat: „dajcie nam nową Agathę Christie”. Osobiście jestem pełna wątpliwości, czy „nowa Agatha Christie”, klasyczny w końcu kryminał, z anturażem sprzed pół wieku lub lepiej, napisany przez współczesnego autora/autorkę wzbudziłby taki zachwyt. Prób było już w końcu wiele, a wołanie o „nową Agathę Christie” wciąż się rozlega, czyli jednak ciągle jest coś nie tak. Może więc nie tędy droga, by naśladować, ale by twórczo rozwijać pomysł? Właśnie taki cel przyświecał Joannie Szwechłowicz.

Kiedy sięgniemy po „Ostatnią wolę” Joanny Szwechłowicz, skojarzenia z Agathą nasuną się same. Choć okładka nawiązuje estetyką do poprzedniej książki autorki, czyli „Tajemnicy szkoły dla panien” i przedstawia towarzystwo rodem z fotosu z jakiegoś przedwojennego polskiego filmu, konstrukcja powieści jest bardzo w stylu Królowej Kryminału.

Na wstępie parę słów o treści – baronowa Wirydianna Korzycka postanawia umrzeć, a właściwie, żeby być ścisłym – popełnić samobójstwo, ponieważ cierpi na nieuleczalną chorobę. Nie zamierza jednak robić tego sama, potrzebuje widowni. Sprasza więc do swego majątku rozmaitych krewnych (spowinowaconych z nią dzięki kilku małżeństwom), obiecując, że w sylwestrową noc 1938 roku odkryje przed nimi swą ostatnią wolę – ujawni komu zapisała pokaźny majątek, a potem się zabije.

 

 

 

 

 

Krewni łapią się na haczyk. Każdy z nich ma problemy finansowe różnego rodzaju – mamy tu więc trudne do spłacenia długi po lekkomyślnym rodzicu, rosnące potrzeby młodego małżeństwa, chciwość średniozamożnej wdowy, wreszcie nadzieję, na obrócenie pieniędzy na zbożny, bo kościelny cel. Tak, fortuna może tu uszczęśliwić każdego, więc zgromadzeni w domu baronowej goście bez protestu znoszą impertynencje, jakich nie szczędzi im przy kolacji Korzycka. Dziwna to zresztą kolacja, bo nikt nie dostaje na niej nic do jedzenia, a nocą ktoś ginie… To zresztą nie pierwsze morderstwo, do którego dojdzie w ciągu tego fatalnego weekendu. Dom jest odcięty od świata, zabójca musi być wśród gości. Tylko kto nim jest? Śledztwa podejmuje się jedyny prawdziwy krewny baronowej (nie powinowaty!), czyli benedyktyński mnich, ojciec Aleksander Herbst. Pomoże mu w tym dawna sympatia, obecnie autorka poczytnych romansów, Urszula Klimt.

Pałac baronowej Korzyckiej przez te dwa dni zamieszkuje galeria ciekawych postaci, istna rodzinka z piekła rodem. Każdy ma jakiś wredny rys charakteru lub dobrze skrywaną tajemnicę, no i właściwie każdy jest zdolny do zbrodni, a w każdym razie ma motyw.

Szczególnie podobały mi się postaci kobiece, wspaniale wykreowane przez autorkę. Każdą z nich można określić jakimś przymiotnikiem: Hela jest posągowa, Urszula wyzwolona, jej córka Basia – ekscentryczna, Nina zwyczajna, Wanda minoderyjna. Każda jest ciekawa, ale jednocześnie denerwująca, no i właściwie każdą z nich podejrzewamy! Mężczyźni na ich tle budzą raczej współczucie niż podziw dla inteligencji czy przedsiębiorczości. Nawet detektyw, ojciec Herbst ma w sobie pewien rys słabości, a zupełnie słabi wydają się być: chorowity Tadeusz oraz mąż Heleny. Bardzo spodobało mi się przesunięcie akcentów, którego dokonała tu Szwechłowicz. Jak mówiła sama autorka, w kryminałach retro kobiety często pełnią funkcję dekoracyjną, ona oddała im głos, czyniąc motorem akcji, a w każdym razie prowadzonego w pałacu śledztwa.

Schemat konstrukcyjny znany jako „zbrodnia w zamkniętym pokoju” nie jest łatwy. Autor musi odpowiednio rozmieszczać ślady i mylić tropy, by nie pozwolić czytelnikowi zbyt szybko wpaść na rozwiązanie zagadki. Tak jest właśnie w przypadku „Ostatniej woli”. Autorka powoli ujawnia przed czytelnikiem informacje, dzięki którym lepiej poznajemy bohaterów, ich życiowe cele i wybory oraz poglądy na świat i politykę. Nie zapominajmy, że gromadka krewnych spotyka się na kilka miesięcy przed wybuchem wojny. Niektórzy z nich nie mają złudzeń – zbliża się katastrofa, inni starają się nad tym nie zastanawiać. Towarzystwo jakie zebrało się u baronowej Korzyckiej, to Polska w miniaturze, a właściwie jej wyższa klasa. Szwechłowicz zapewne celowo nie wprowadziła do powieściowej rodzinki reprezentantów poglądów skrajnych – nie mamy tu ani komunisty, ani endeka. Właściwie wszyscy są umiarkowani – umiarkowanie konserwatywni lub umiarkowanie postępowi. No i ktoś wśród nich jest zabójcą.

Książka Joanny Szwechłowicz, podobnie jak poprzednia, „Tajemnica szkoły dla panien” była dla mnie grą z konwencją. Do pewnego momentu akcja rozwijała się zgodnie ze schematem znanym z utworów Christie, ale potem… W każdym razie, zakończenie było prawdziwą woltą.

Autorka nie byłaby sobą, gdyby i w tej powieści nie roiło się od intertekstualnych wstawek – mamy zatem benedyktyńskiego mnicha prowadzącego śledztwo w zimie, Urszula nosi nazwisko znanego malarza okresu secesji, którego głównym motywem była miłość, imię baronowej Korzyckiej zaczerpnięto ze słynnego filmu Luisa Buñuela… Można by tak długo wymieniać, ale nie chcę psuć czytelnikom przyjemności.

„Ostatnia wola” Joanny Szwechłowicz to nie tylko dobrze wymyślony kryminał retro, ale książka napisana pięknym plastycznym językiem. Autorka ma słuch do dialogów i potrafi je budować. Dzięki temu oraz umiejętności obrazowania, powieść ani przez chwilę nie nudzi i nie daje się odłożyć. Zaczyna nam bowiem zależeć nie tylko na rozwiązaniu zagadki, ale poznaniu wszystkich bohaterów i ich tajonych sekretów. A jest ich nie mało.

Z pewnych rozsianych po powieści aluzji wnoszę, że spotkamy się jeszcze przynajmniej z jedną z opisanych w „Ostatniej woli” postaci w kolejnym kryminale.

Już się nie mogę doczekać!

Książka pod patronatem Zbrodniczych Siostrzyczek, egzemplarz przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i Ska