Strona główna Nasze patronaty Val McDermid, Trujący ogród, fragment powieści

Val McDermid, Trujący ogród, fragment powieści

0
PODZIEL SIĘ

Zanim zmęczona błazeństwami CTC nadinspektor Jordan dotarła do szpitala, nadszedł już późny wieczór. Gdy przemykała korytarzem, dyżurna pielęgniarka próbowała jej coś powiedzieć, ale Carol nie była w nastroju do pogaduszek. Delikatnie zapukała do drzwi pokoju Tony?ego i otworzyła je bardzo cicho. Jeżeli zasnął, nie chciała go budzić. W takim wypadku zostawi mu jedynie plik wydruków z informacjami o ofiarach wybuchu i pójdzie.

Najpierw ujrzała krąg światła małej lampki padający na podręczny stolik, a potem dłoń Tony?ego obejmującą długopis i spoczywającą na jakichś papierach. Tony był zaspany, otępiały od leków, głowa leciała mu na ramię i z pewnością samodzielnie nie zdołałby utrzymać długopisu w dłoni. Ale na stoliku znajdowały się jeszcze inne ręce. Wypielęgnowane szpony zakończone czerwonymi pazurami podtrzymywały papiery, żeby się nie przesunęły, a drugie zaciskały się na palcach Tony?ego i naprowadzały długopis na odpowiednie miejsce.

? Dobry wieczór, pani Hill!

 

Vanessa próbowała zgarnąć dokumenty ze stolika, ale Carol okazała się dla niej za szybka.

? Co pani, do diabła, wyprawia? ? żachnęła się z oburzeniem. ? To są nasze rodzinne sprawy!

Carol włączyła górne światło. Tony zamrugał gwałtownie.

? Carol? ? zapytał.

Była zbyt pochłonięta studiowaniem dokumentów, które odebrała Vanessie, żeby odpowiedzieć. Natomiast sama Vanessa, przesuwając się wzdłuż łóżka, gwałtownie wyrzucała przed siebie ramię w desperackiej próbie odzyskania papierów.

? Przypominam, że jestem oficerem policji, pani Hill ? napomniała ją Carol tonem pełnym obrzydzenia, jaki zwykle rezerwowała dla najbardziej godnych pogardy przestępców. ? Tony, czego w twoim mniemaniu dotyczą dokumenty, które matka tak podstępnie podtyka ci do podpisu?

Przetarł oczy i z wysiłkiem zaczął się podnosić do pozycji siedzącej.

? Domu mojej babki. W połowie należy do mnie. Ma zostać sprzedany, dlatego muszę podpisać kilka stosownych papierków.

? Domu twojej babki? Jesteś pewien? ? Carol wolała zapytać raz jeszcze dla pełnej jasności, zanim przekaże Tony?emu wieść, która ? jak przypuszczała ? okaże się prawdziwą bombą.

? Tak.

? On majaczy. Nie wie, co mówi! ? zaprotestowała Vanessa.

? Wiem bardzo dobrze ? zaprzeczył chropawym, płaczliwym głosem przemęczonego trzylatka. ? Od chwili, kiedy zdołałaś mnie tu wytropić, bez przerwy opowiadasz o dokumentach związanych z domem babki i żądasz, żebym je podpisał.

? Czy twoja babka nazywała się Edmund Arthur Blythe? ? zapytała Carol głosem niewiniątka, obliczonym na doprowadzenie Vanessy do furii.

? Jak pani śmie! ? wysyczała Vanessa.

? Co takiego? ? wybełkotał Tony. ? Kim jest Edmund Arthur Blythe?

Vanessa raz jeszcze spróbowała wyszarpnąć papiery, ale tym razem Carol odepchnęła ją bez pardonu. Starsza kobieta zatoczyła się i wpadła na ścianę. Przez chwilę stała bez ruchu z wyrazem przerażenia na twarzy, przyciskając dłonie do ust, a potem jak pijana osunęła się po ścianie na ziemię.

? Nie! ? zajęczała. ? Nie!

Carol podeszła do łóżka, po czym powiedziała powoli i wyraźnie:

? Kimś, kto się uważał za twojego ojca.