Strona główna Aktualności TERAPEUTKA Bernadety Prandzioch. Fragment.

TERAPEUTKA Bernadety Prandzioch. Fragment.

0
PODZIEL SIĘ

TERAPEUTKA Bernadety Prandzioch. Fragment.

TERAPEUTKA Bernadety Prandzioch. Fragment.

„Jedna noc, obiecuję sobie, a potem powrót do tego piekła, które na mnie czeka.

Tylko jedna noc.

Zjeżdżam z autostrady, kierując się drogowskazami prowadzącymi do centrum miasta. Potem zdaję się już raczej na intuicję niż na pamięć, bo ostatni raz we Wrocławiu byłam kilka lat temu. Mgliście przypominam sobie przyzwoity hotel, w którym wówczas nocowałam po jakiejś konferencji. Skręcam w prawo i kiedy dostrzegam majaczącą w oddali rotundę Panoramy Racławickiej, gratuluję sobie doskonałej orientacji. Mijam szarą bryłę hotelu i parkuję w bocznej uliczce. Spoglądam z wahaniem na butelki pod siedzeniem, ale ostatecznie niczego nie zabieram. Zerkam na zegarek, za dwadzieścia dziewiąta. Na zakupy już raczej za późno. Powiedzmy, że mam wszystko, czego mi potrzeba.

TERAPEUTKA Bernadety Prandzioch. Fragment.

Popycham obrotowe drzwi i wchodzę do ciepłego wnętrza. Wita mnie uprzejmy, ale nie nazbyt szeroki uśmiech recepcjonisty. Zdejmuję kurtkę i podchodzę do podświetlonego łagodnym światłem kontuaru. Pokój. Podwójne łóżko. Ze śniadaniem.

Odpowiadam na kolejne pytania i przyglądam się stojącej na blacie rozłożystej, bladoróżowej orchidei. Ładna. Pawłowi by się spodobała. Myśli biegną w kierunku gościnnych progów jego mieszkania, w którym orchidee zajmują najważniejsze miejsce. Okiełznywanie ich fanaberii i kobiecej chimeryczności sprawia mu przyjemność. W mojej sypialni usychają nawet rośliny, które należy podlewać raz w miesiącu.

Mogłam jechać do niego. Zaszyć się na weekend w Warszawie, pić, palić, nie spać do świtu jak w studenckich czasach. O nic by nie pytał. Niczego nie musiałabym mu tłumaczyć.

– Proszę podpisać tutaj. – Cichy głos recepcjonisty przywołuje mnie do rzeczywistości.

Odkładam długopis i moją uwagę przykuwa ekran telewizora po lewej stronie. A raczej rozciągnięta na czterdzieści cali dziecięca twarz. Pod spodem czarne cyferki na żółtym tle. Równy szlaczek numerów alarmowych. Ktokolwiek widział. Ktokolwiek wie.

Ja nie wiem. I w tej chwili nawet nie chcę wiedzieć. Odbieram klucze, milcząco przyjmuję życzenia dobrej nocy, po czym kieruję się do windy. W drodze na trzecie piętro przyglądam się krytycznie swojemu odbiciu w lustrze. Naprawdę szkoda, że o tej porze wszystkie sklepy są już zamknięte, mogłabym kupić jakąś seksowną sukienkę, a potem wybrać się na nocne zwiedzanie miasta. Knajp. Miasta między jedną knajpą a drugą. Knajp z widokiem na miasto. Obojętne.

Wchodzę do pokoju, rzucam na komodę kurtkę i torbę, zdejmuję ubranie i kładę się na łóżku w samej bieliźnie. Do świadomości dociera, jak bardzo jestem wyczerpana po całym koszmarnym dniu. Odrętwienie opanowuje każdy mięsień. Kąpiel. Tego mi trzeba najpierw. Ale jestem zbyt zmęczona, żeby się ruszyć.

Przymykam oczy i natrętne obrazy napływają natychmiast, jakby tylko czekały na chwilę mojej nieuwagi. Fotografia Ani, słoń z różową trąbą, zbielałe kostki zaciśniętych dłoni Michała, bezradność Adama i jego spojrzenie – straszne, nienaturalnie puste.

Dość.

Zrywam się gwałtownie. Nie przyjechałam tutaj, żeby siedzieć w pokoju i bez końca przewijać w głowie dowody mojej klęski. Sięgam po telefon. Nieodebrane połączenie od mamy. Zapowiadam esemesem, że wpadnę do domu jutro, i wyłączam komórkę. Do rana chcę spokoju.

Wchodzę do łazienki i napuszczam wody do wanny. Wlewam całą zawartość stojącej na półce buteleczki, miękkie kłęby pary zakrywają moje odbicie w lustrze, a całe pomieszczenie wypełnia się lepkim zapachem migdałów. Zdejmuję bieliznę i zanurzam się w gorącej wodzie. Chłodne ciało powoli odzyskuje swoją miękkość, nabiera właściwych kształtów, ciężaru. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wina i papierosów. Wszystko w swoim czasie.

Leżę bez ruchu, z przymkniętymi powiekami, a rzeczywistość wreszcie zwalnia. Wychodzę niechętnie, dopiero kiedy woda już zupełnie ostygnie. Okrywam obsypane natychmiast gęsią skórką ciało grubym białym ręcznikiem i wycieram się bez pośpiechu. Dłońmi wyczuwam szczupłe, kościste ramiona, które przechodzą w nieco zbyt wystające obojczyki. Rysująca się drabinka górnych żeber prowadzi do zwieńczonych jasnobrązowymi brodawkami piersi, które niestety bez trudu mieszczą się w moich dłoniach. Wciągam powietrze i szybko prześlizguję się po wciąż jeszcze płaskim, ale coraz mniej sprężystym brzuchu, który ugina się pod palcami. Tylko uda nie utraciły jeszcze dawnych kształtów, które zawdzięczają setkom godzin spędzonych na parkiecie. Smukłe, umięśnione nogi wciąż pozostają moim największym, jeśli nie jedynym atutem.

Nie lubię cię, myślę, patrząc w lustro. Jesteś mi potrzebne, ale cię nie lubię.

Owijam się ręcznikiem i wychodzę do pokoju. Z torebki wyławiam tusz, błyszczyk i podkład. Wystarczy. Kwadrans później zerkam w lustro po raz ostatni. Rozpuszczone włosy opadają miękko, wilgotne rude pasma natychmiast się skręcają, kontrastując z czarnymi splotami wełnianego swetra. Układam powleczone czerwienią usta w kpiąco-pogardliwy uśmieszek i zadowolona z rezultatu wychodzę, zanim zdążę się rozmyślić.

Załatwiając formalności w  recepcji, zauważyłam przytulny bar po drugiej stronie holu i to właśnie tam się teraz kieruję. Wnętrze jest proste, niemal surowe, a mimo to nastrojowe. Tylko trzy stoliki na końcu sali są zajęte, pozostałe kuszą ustawionymi wokół nich niskimi, rozłożystymi fotelami. Podchodzę do baru i proszę o butelkę merlota, wybieram miejsce pod oknem, z widokiem na opustoszałą ulicę i park po jej drugiej stronie. Nawet o tej porze roku gęsta plątanina bluszczu oblepia charakterystyczną koronę Panoramy Racławickiej. Na szczęście zanim jutro pojawią się tu kolejni rozkrzyczani gimnazjaliści na obowiązkowej szkolnej wycieczce, ja będę już daleko. Chociaż nie jestem pewna, czy to, co mnie czeka, stanowi lepszą alternatywę.

Barman wyrasta bezszelestnie z prawej strony, stawia przede mną kieliszek i nalewa wino. Kiedy odstawia butelkę, proszę o popielniczkę.

– Niestety, proszę pani. W barze obowiązuje zakaz palenia – odpowiada w przesadnie delikatny sposób, jakby komunikował mi, że mam raka, i odpływa w swoją stronę. Nie mam pojęcia, skąd takie skojarzenie, może przez te papierosy. A przecież ja nawet nie palę, przynajmniej nie regularnie. Tylko czasami. W wyjątkowych sytuacjach.

Jak dzisiaj.

Więc tylko siedzę i popijam wino. Nie czytam, nie usiłuję niczym wypełnić czasu, nie próbuję podsłuchiwać toczących się wokół mnie rozmów, nie szukam z nikim kontaktu. Po prostu czekam. Na to, co, jak wiem, się wydarzy. Co musi się wydarzyć. Co zawsze się wydarza, właśnie tak.

I w końcu jest. Wchodzi do baru, kiedy nalewam sobie ostatni kieliszek. Ani wcześniej, ani później – w sam raz. Ciemnowłosy, ciemnooki, arogancki.

Dobry.

Mógłby być inny, oczywiście. Ale może być też taki, to bez znaczenia.

Wpatruję się w niego nieustępliwie, bo za chwilę, w oczekiwaniu, aż pojawi się przed nim szklaneczka whisky, rozejrzy się po sali, by ocenić jej zawartość. A ja jestem jedyną zawartością tej sali, na jaką ma zwrócić uwagę. I tak się dzieje. Oczywiście udaje, że nie, że z wszystkich obecnych tu osób to właśnie ja obchodzę go najmniej. Prześlizguje się wzrokiem, ledwie muskając spojrzeniem końcówki moich włosów i opuszki palców, ale tyle wystarczy. Musi wystarczyć.

Odwraca się, sięga po alkohol i wymienia z barmanem jakieś nieznaczące uwagi, jednocześnie zerkając na ekran telefonu. Świetnie, wygląda na to, że na nikogo nie czeka. Podnoszę się z miejsca i podchodzę do baru.

– Dla mnie jeszcze jeden kieliszek, a tymczasem pójdę zapalić.

Barman odpowiada jedynie usłużnym skinieniem i lekko pobłażliwym uśmiechem. Za dużo w życiu widział, żeby nie wiedzieć, że to nie jego dosięgnąć miała druga część zdania.

Przemierzam pusty hol i  wychodzę na zewnątrz. Zimno. Pojedyncze płatki śniegu wirują w powietrzu. Sięgam po papierosa, z kieszeni spodni wyjmuję zapalniczkę. Pstryk, płomyk gaśnie. Próbuję jeszcze raz. Zaciągam się głęboko i opieram plecami o ścianę.

– Twój merlot. Na rozgrzanie.

Nie muszę się odwracać, doskonale wiem, że to on. Wyciągam dłoń po kieliszek.

– Poczęstujesz mnie papierosem?

Wciąż bez słowa podaję mu paczkę i zapalniczkę.

– Co cię sprowadza do Wrocławia? – zaczyna jeszcze raz, inaczej.

Spoglądam na niego z rozbawieniem. Naprawdę cię to obchodzi? – mam ochotę zapytać, ale jeszcze nie jestem pewna, jak zareaguje.

– Miałam wolny wieczór  – odpowiadam naiwnie i słodko, żeby mógł się do tej odpowiedzi przylepić.

Patrzy. Ocenia. Mierzy siły.

„Pieprzysz się czy trzeba z tobą chodzić?” – przypomina mi się nagle absurdalna zaczepka z czasów licealnych i nie wytrzymuję: wybucham śmiechem.

– Co jest? Ja cię tak bawię? – Jego pewność siebie zostaje właśnie wystawiona na próbę.

Gaszę papierosa i przysuwam się do niego. Blisko. Mogłabym położyć mu dłoń na piersi, ale nie, jeszcze nie. I tak widzę, że przyspiesza mu oddech, zagłębienie widoczne w rozchylonej, nieskazitelnie białej koszuli pulsuje coraz gwałtowniej.

– Nie tak bym nazwała to, co ze mną robisz – szepczę z ustami tuż przy jego ustach.

A potem wchodzę do holu. I czekam.

Dzielą nas tylko szklane drzwi. I jego decyzja.

Sekunda, dwie, trzy. Nic się nie dzieje. Wzruszam ramionami i odwracam się. Mijam windy, ale się nie zatrzymuję. Winda byłaby ucieczką, przekreśleniem, wycofaniem. A ja jeszcze nie przegrałam. Wprost przeciwnie.

Wspinam się po wyłożonych jasnym kamieniem schodach. Nieskończenie długo. Powoli. Wyobrażam sobie, że na mnie patrzy. Nie, źle. Wiem, że na mnie patrzy. Dlatego wprawiam biodra w rozkołysany ruch przy każdym kroku.

Trzy stopnie, dwa, ostatni. Odwracam się. On też się zatrzymuje. Nie pomyliłam się. Nie zawiódł. Stoi tuż za mną. Mierzymy się spojrzeniami. A dzięki schodom to ja mam przewagę.

Chce coś powiedzieć, pewnie znowu o coś zapytać, ale mu na to nie pozwalam. Nachylam się i całuję go. Zaskoczony odpowiada na pocałunek dopiero po dłuższej chwili. Odrywam się od niego i podaję mu wolną rękę, w drugiej nadal trzymam kieliszek, chwilowo raczej zbędny. Podąża za mną pustym korytarzem, miękka wykładzina tłumi nasze kroki. Tabliczki sugerują, że to konferencyjna część hotelu. Naciskam pierwszą z brzegu klamkę, bez większych nadziei, ale drzwi nieoczekiwanie ustępują. Sala jest niewielka, całą ją wypełnia solidny, lśniący w półmroku owalny stół i kilka krzeseł. Odstawiam kieliszek na bezpieczną odległość, wreszcie obie ręce mam wolne. Mogę skinąć palcem i przywołać go do siebie. Mogę go przyciągnąć, chwytając za krawat. Wpijam się ustami, dłońmi szukam sprzączki paska. Wyczuwam jego erekcję. Prześlizguje się ustami po mojej szyi, wpycha ręce pod sweter. Przygryzam wargi, kiedy chłodne dłonie suną w kierunku brzucha. Moje palce rozpinają spodnie, zsuwają bokserki.

Prezerwatywy, przypominam sobie. Prezerwatywy za jedenaście dziewięćdziesiąt dziewięć, które wciąż tkwią w tylnej kieszeni moich dżinsów. Na coś się przydał grubas ze stacji benzynowej. Wyciągam pudełeczko i wyszarpuję z niego srebrny kwadracik. Rozrywam zębami folię i domyślam się, nie, źle, nie domyślam się, wiem, że on teraz marzy o tych ustach, o tym, jak się zamykają wokół jego sterczącego penisa. Ale nie, jeszcze nie, jeszcze nie dam mu wszystkiego. Jęczy cicho i przymyka oczy, kiedy go dotykam. Nie czekam na jego ruch, zsuwam dżinsy i majtki.

Odwracam się i opieram o blat stołu. Nie mam ochoty na niego patrzeć. Chcę tylko, żeby mnie pieprzył. Nie chcę widzieć rozchylonych w nagłym spazmie warg ani śliny, która zbiera mu się w kącikach ust, gdy ciężko dyszy. Nie chcę obserwować, jak obcym ciałem wstrząsają konwulsje, po których z tym samym prawdopodobieństwem mógłby nastąpić orgazm albo śmierć w męczarniach. Zaciska palce na moich biodrach i wdziera się we mnie bez ostrzeżenia. Jęczę z bólu. Jęczę z rozkoszy. Zagłuszam go tym jękiem i znika, nie ma go, kurczy się. Jest tylko chujem wepchniętym w moje krocze, niczym więcej. Zaciskam palce na krawędzi blatu i krzyczę.”