Recenzja Marty Guzowskiej
Tak to już jest, że dobra książka może przejść niezauważona (lub ledwie zauważona), a kiedy zrobi się na jej podstawie film, każdy po nią sięga. To właśnie stało się z powieścią Maksa Bro
oksa ?World War Z? zaraz po tym, jak na ekrany wszedł film pod tym samym tytułem z ni mniej ni więcej tylko samym Bradem Pittem, ucieleśnieniem westchnień wielu z nas, w roli głównej. Jednak w tym przypadku powieść Brooksa zupełnie słusznie wywindowana została na listy bestsellerów i każdemu, kto jeszcze nie miał jej w ręku, gorąco ją polecam.
Książka Maksa Brooksa ma formułę idealną dla każdego pisarza, który ma więcej pomysłów niż mocy przerobowych. Brooks też chyba nie potrafił się zdecydować, którego ze swoich bohaterów uczynić tym głównym, wiec postanowił, że nie będzie głównego. Książka to zapis rozmów jakie prowadzi narrator (niewiele o nim wiemy, oprócz tego, że zbierał materiał dla agencji rządowych, więc miał kasę i możliwości, żeby przemieszczać się po całym świecie) z rozmaitymi osobami, które brały udział w wojnie z zombie, od jej wybuchu, aż do momentu, kiedy sytuację uznano za opanowaną (z grubsza).
Wśród jego rozmówców jest chiński lekarz, który prawdopodobnie natrafił na pacjenta 0, były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, izraelski polityk, który wymyślił ideę muru, zwykła ?baseball mom? z amerykańskiego przedmieścia, dowódca chińskiej łodzi podwodnej, niemiecki żołnierz, południowoafrykański twórca cynicznego planu, który uratował ludzkość, astronauta w ostatniej ocalałej stacji kosmicznej? Wywiady z nimi układają się chronologicznie od wykrycia pierwszych przypadków wirusa Z, po ostateczne zwycięstwo (ale nie eliminację, autor opowiada szczegółowo dlaczego nie udało się eksterminować wszystkich zombie na kuli ziemskiej i jakie niebezpieczeństwo się z tym wiąże).
Brooks wspaniale pogrywa politycznymi detalami. Izraelczycy, którzy jako jedni powstrzymali napływ zombie, wpadli na pomysł, żeby odgrodzić kraj murem. Bardziej czytelnej aluzji do muru pomiędzy Izraelem a Palestyną nie dałoby się zawrzeć. Podobnie jest z Amerykanami, którzy zaplanowali bezsensowną militarną zasadzkę na zombie, zakończoną wielką klęską i z południowymi Koreańczykami, którym nagle zniknęło z radaru dwadzieścia kilka milionów ich północnych sąsiadów i boją się, że w północnokoreańskich bunkrach siedzi dwadzieścia kilka milionów zombie.
Oczywiście optyka Brooksa jest skażona amerykańskością, autor nie jest do końca obiektywny. Ale jego dar obserwacji i wyostrzony dowcip pozwalają ten amerykanocentryzm przełknąć bez większego bólu, nie takie w końcu rzeczy łykamy na hollywoodzkich filmach.
?World War Z? byłoby wspaniałą polityczną satyrą, gdyby nie było taką smutną historią. Max Brooks wyobraził sobie reakcje ludzi na niezwykle zagrożenie bardzo realistycznie. Wypunktował bezlitośnie głupotę i skostnienie polityków, owczy pęd, któremu ulega większość z nas, bezmyślność rasy ludzkiej i naszą niechęć do zmian nawet, kiedy do drzwi puka zombie. Brooks jest synem filmowca Mela Brooksa, słynnego ze swoich prześmiewczych komedii, więc dar obserwacji i punktowania odziedziczył zapewne po tatusiu. Ale ?World War Z? jest w gruncie rzeczy lekturą przygnębiającą. Wynika z niej, że nigdy się nie zmienimy i nawet zombie nie potrafią nas wybić z naszego samozadowolenia. I że może naprawdę powinny pojawić się wreszcie jakieś zombie, żeby nauczyć nas rozumu. Choć, zdaniem Brooksa, nawet one nie są w stanie tego uczynić.
?World War Z? Maksa Brooksa w tłumaczeniu Leszka Erenfeichta przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka.





