Strona główna Recenzje Tak brzydki, że aż piękny. Bukareszt według M. Rejmer

Tak brzydki, że aż piękny. Bukareszt według M. Rejmer

0
PODZIEL SIĘ

 

Recenzja Adrianny Michalewskiej

 

Kiedy odwiedziłam Rumunię, czyli także Bukareszt w 2007 roku, miałam wrażenie, że czas się cofnął.

Oto byłam w Polsce końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych. Kawiarnie, w których kawa była droższa niż w Warszawie krzyżowały się z pijalniami, gdzie za 1 leję można było dostać kawę po turecku i ciasteczko. Pizza Hut i bar z ciorba de burta, czyli flaczkami serwowanymi w asyście kwaśnej śmietany, osły i jaguary na ulicach, jedne żywe, drugie blaszane, drożyzna i tandeta, wszystko w jednym.

Oplecione czarnymi kablami miasto tonęło w błocie, a do pierwszego zbudowanego w Rumunii supermarketu Carrefour jechało się jak za miasto. Dławiłam się widokiem upiornie pięknego Pałacu Ludu, gdzie podobno są żyrandole o wadze idącej w tony i zapalałam świeczki w maleńkich cerkiewkach, których Słońce Karpat nie zdążył zburzyć. Jedna za żywych, druga za zmarłych, trzecia za mnie. Był luty, temperatura dochodziła do 8 stopni. Czynsz za miesiąc mieszkania w kawalerce na 11 piętrze wynosił 300 euro, ale miałam widok na największy budynek w Europie, drugi po Pentagonie na świecie. W mieszkaniu nie było kuchni, tylko mikrofala i zaparzacz do kawy na elektrycznej kuchence w przedpokoju. Zbliżał się pierwszy dzień marca, kiedy to mieszkańcy miasta przypinają sobie broszki z symbolem kwiatu, zwiastującego słońce. Gdy poszłam na obiad do najbardziej komercyjnej knajpy w stylu ludowym w mieście i natychmiast po zjedzeniu sałatki zrobiło mi się niedobrze, zrozumiałam Bukareszt. Wszystkiego tam jest i za dużo, i za mało. Nawet przyprawione do granic smaku jedzenie może zaszkodzić. Za dużo miłości może przecież zabić.

Na zbiór reportaży Małgorzaty Rejmer czekałam jak na Gwiazdkę. Miałam nadzieję, że moje impresje z tego miasta pogranicza wszystkiego co znam nie są wymysłem. I nie zawiodłam się. Autorka pokochała Bukareszt jak ja. Nawet gdy weszłam do zabytkowej kamienicy w starej części miasta, gdzie z dawnego luksusu zostały tylko potwornie brudne marmurowe schody, a jedna z mieszkanek kazała mi się wynosić nie miałam do niej żalu. Może dlatego, że natychmiast z innego mieszkania wyłoniła się kolejna gorącokrwista Rumunka, która dla odmiany zaprosiła mnie na gołąbki w liściach winogron. Europa i Azja, miłość i nienawiść, złoto i błoto. Po prostu trzeba to zobaczyć. A wcześniej, przeczytać.

Małgorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Czarne 2013, s.268