Strona główna Aktualności Stefan Ahnhem, Ofiara bez twarzy. Fragment.

Stefan Ahnhem, Ofiara bez twarzy. Fragment.

0
PODZIEL SIĘ

Prolog

Za trzy dni

Wrona usiadła na jego nagim brzuchu i wbiła w skórę ostre szpony. Wcześniej, gdy budziła go w ten sam sposób, kilkakrotnie udało mu się ją odgonić, ale teraz nie dawała się już tak łatwo przegnać, lecz dreptała uparcie wokół, coraz bardziej zniecierpliwiona i głodna. Wiedział, że niechybnie zbliża się chwila, gdy wreszcie ptaszysko wbije w niego dziób i kawałek po kawałku zacznie zjadać ofiarę. Wrzasnął najgłośniej, jak zdołał, aż w końcu wrona zerwała się z jego brzucha i odleciała z trzepotem i głośnym krakaniem.

Stefan Ahnhem, Ofiara bez twarzy. Fragment.

Początkowo był przekonany, że śni mu się horror, w którym gra główną rolę. Wystarczy się obudzić i wszystko wróci do normy. Jednak za każdym razem, kiedy otwierał oczy, znów widział wyłącznie ciemność. Ktoś zawiązał mu na oczach opaskę.

Czując na skórze lekkie podmuchy wiatru, domyślił się, że jest gdzieś na zewnątrz. Leżał nago na czymś zimnym i twardym, rozpięty jak człowiek na rysunku Leonarda da Vinci. Nie wiedział nic więcej. W głowie piętrzyła mu się piramida pytań. Kto go tu umieścił? I dlaczego?

Poruszył się, podejmując kolejną próbę uwolnienia się z więzów, ale im bardziej się szarpał, tym głębiej wbijały mu się w skórę kolce po wewnętrznej stronie skórzanych pasów zapiętych na nadgarstkach i kostkach. Ból ciął jak boleśnie wysoki dźwięk, przywołując w pamięci zdarzenie z dzieciństwa, kiedy jako dziewięciolatek nie zdołał przekonać dentysty, że nie działa znieczulenie.

Choć i tak było to niczym w porównaniu z bólem, który dopadał go kilka razy na dobę i czasem trwał nawet parę godzin, przemieszczając się po jego nagim ciele jak uderzenie gorąca. Raz po raz ból ten znikał nagle, po czym znów się pojawiał, równie nieoczekiwanie. Zdarzało się, że przez dłuższy czas nie nadchodził wcale. Próbował odgadnąć, skąd bierze się to cierpienie, zastanawiał się, czy ktoś go torturuje, ale potem całkiem się poddał i skupiał cały wysiłek na tym, by wytrzymać ból.

Oceniwszy, że musiała minąć kolejna godzina, znów zaczął wzywać pomocy. Krzyczał z całych sił. Przeraził się, słysząc, jak żałośnie to brzmi, i po chwili krzyknął ponownie, tym razem skupiając wysiłek na tym, by wydobyć z siebie dużo więcej basu. Jednak w zamierają- cym echu usłyszał tylko piskliwe częstotliwości desperacji, uparcie przebijające się przez jego krzyk. W końcu się poddał. I tak nikt go nie słyszał. Nikt poza wroną.

Podjął kolejną próbę podsumowania zdarzeń, które sprawiły, że znalazł się w tym położeniu. Nie pamiętał już, który raz to robi. Jednak za każdym razem miał nadzieję przypomnieć sobie jakiś szczegół, który poprzednio mu umknął.

Wyszedł z domu rano, tuż po szóstej, i miał ponad trzy kwadranse do rozpoczęcia dyżuru. Zdecydował się zostawić samochód pod domem, jak zwykł robić zawsze, gdy pozwalała na to pogoda. Spacer przez park nie zabierał mu więcej niż dwanaście minut, więc miał mnóstwo czasu.

Jednak tego dnia, natychmiast po wyjściu z domu, po plecach przebiegł mu dreszcz niepokoju. Uczucie to było tak silne, że przystanął na moment i omiótł wzrokiem okolicę. Nie dostrzegł nic niepokojącego: sąsiad jak zwykle walczył z niechcącym zapalić starym i zardzewiałym fiatem punto, a ulicą jechała na rowerze kobieta o pięknych blond włosach. W zamocowany nad przednim kołem koszyk miała wplecione plastikowe rumianki, a jej spódnica powiewała na wietrze. Blondynka wyglądała tak, jakby jeździła po okolicy tylko po to, by rozsiewać radość.

Jemu nic się z  tej radości nie udzieliło. Niepokój trzymał go w żelaz nym uścisku, sprawiając, że przeszedł przez ulicę, chociaż wyświetlał się czerwony ludzik. Było to coś, czego nigdy nie robił. Jednak ten poranek okazał się inny. Czuł, że całe ciało ma naprężone jak struna, a gdy wszedł do parku, był już tego całkiem pewien.

Ktoś za nim szedł. Słyszał kroki na żwirowej ścieżce, za swoimi plecami. Sądząc po odgłosie, człowiek, który go śledził, miał na nogach sportowe buty.

Zorientował się i  przyśpieszył, ale po chwili musiał nieco zwolnić.

Kroki były coraz bliżej, a on walczył ze sobą, by nie obejrzeć się przez ramię. Miał przyśpieszony puls, a  po plecach spływały mu strugi zimnego potu. W pewnej chwili poczuł, że jest na granicy omdlenia. Nie wytrzymał i się odwrócił.

Idący za nim mężczyzna rzeczywiście miał sportowe buty. Czarne reeboki. Poza tym nosił ciemne ubranie z mnóstwem kieszeni, dźwigał wypchany plecak, a w ręce trzymał jakąś szmatę.

Dostrzegł jego twarz dopiero wówczas, gdy nieznajomy podniósł głowę i spojrzał mu w oczy.

Potem świat nagle runął. Gdy pięść nieznajomego trafi ła go prosto w splot słoneczny, ból dotarł aż do zakończeń wszystkich nerwów w całym ciele. Opadł na kolana, walcząc o oddech. Napastnik błyskawicznie przytknął mu szmatę do ust.

Obudziły go wronie szpony na nagim brzuchu.

Wysoko ponad nim słońce przesłaniała maleńka chmurka. Był to chwilowy ratunek, ulotny jednak i nietrwały niczym zamek z piasku. Gdy obłoczek popłynął dalej, na niebie rozlał się błękit tak jasny, jaki można podziwiać tylko w samym środku szwedzkiego lata. Słońce świeciło z całą mocą, prosto w precyzyjnie ustawioną soczewkę, która skupiała jego promienie w punkcie znajdującym się tuż obok leżącego na plecach mężczyzny. Resztę roboty wykonywał ruch obrotowy Ziemi.

Ostatnim dźwiękiem, który usłyszał, był obrzydliwy trzask palących mu się na głowie włosów.

 

Przekład Ewy Wojciechowskiej