Recenzja Marty Guzowskiej
Pasjami lubię czytać wstępy i posłowia. Najbardziej takie, które pozwalają zajrzeć na chwilę za kurtynę i zrozumieć, co zainspirowało pisarza, jaka iskierka (czy też, idąc z duchem czasu, żarówka ledowa) zapaliła się w jego mózgu i doprowadziła do powstania takiego, nie innego tekstu. Ale nawet tym z Was, którzy za kurtynę zaglądać nie lubią polecam jako lekturę obowiązkową wstęp do powieści „Maestro z Sankt Petersburga” Camilli Grebe i Paula Leander-Engströma. Grebe już znacie, pisałam o niej kilka razy przy okazji jej znakomitych kryminałów popełnionych razem z siostrą, Åsa Träff. Leander- Engström natomiast wcale nie jest pisarzem. Jest ekonomistą, jednym z pionierów rozwoju rynku kapitałowego Rosji.

Grebe i Leander- Engström są przyjaciółmi od wielu lat, jeszcze ze studiów (bo Grebe, jak się okazuje, też studiowała ekonomię). Więc kiedy Leander- Engström doszedł do wniosku, że sam pomysł na napisanie powieści to nie wszystko, zadzwonił do starej przyjaciółki.
Grebe włożyła do „Maestra z Sankt Peersburga” talent narracyjny i znakomity pisarski warsztat. Leander-Engström włożył historie, które nie tylko usłyszał, ale, w większości, też przeżył. Powstała mieszanka wybuchowa.
Fredrik Kastrup to finansista zasiedziały w Rosji. Wylądował tam zaraz po pieriestrojce i brał udział w tworzeniu rosyjskiej finansowej rzeczywistości. Zaczynał w kowbojskich czasach, kiedy mafia i mafiopodobne organizacje przejmowały spółki, żeby, lata później, stworzyć z nich finansowe molochy.
Tom Blixen wylądował w Rosji na zasadzie „dalej już nie można”. Ścigają go duchy przeszłości, wypadku, który spowodował w rodzinnej Szwecji. W Moskwie jest mu wygodnie, pracuje w doskonałej firmie, sporo zarabia, ma przyjaciół. Nie zakorzenił się, ale tacy jak on się nie zakorzeniają.
Zakorzenił się za to Fredrik: dom w podmoskiewskim Srebrnym Borze, ewidentnie wzorowanym na Rublowce. Partnerka Olga, która spodziewa się drugiego dziecka. I do tego akcje tajemniczej firmy, które kupił lata wcześniej, kiedy on sam był jeszcze nikim, a firma była nieznana.
Akcja zaczyna się w momencie, kiedy Fredrik postanawia sprzedać kupione dziesięć lat wcześniej akcje. Ta jedna decyzja wywołuje łańcuch eksplozji, o których nie mogę, niestety, napisać ani słowa, bo zepsułabym Wam całą przyjemność.
Lubimy ostatnio na Rosjo wieszać psy, wieszanie obejmuje nie tylko Putina, ale też oligarchów. Leander- Engström i Grebe najwyraźniej nie podzielają tych animozji. Rosja w ich powieści jest rajem. Nie tylko można tam dobrze zarobić i dobrze się zabawić, nie tylko dziewczyny są piękne, a wódka zimna. Rosja zapewnia (przynajmniej Szwedom) smak przygody, o którą (jak przypuszczam, bo nigdy w Szwecji nie żyłam) trudno w ich dobrze zorganizowanym uporządkowanym i demokratycznym kraju. Więc chociaż w „Maestrze z Sankt Petersburga” dzieją się straszne rzeczy, próżno tam szukać potępienia systemu, który pozwala każdemu, kto dojdzie do pieniędzy, poczuć się panem świata. W Rosji te x nigdy nie żyłam, myślę jednak, że obraz wykreowany przez Grebe i Leandra- Engströma jest totalnie nieprawdziwy. Cóż jednak począć, kiedy jest piękny. I tak, jak można tęsknić za czasami Dzikiego Zachodu, kiedy (znów ulubiony mój cytat z Douglasa Adamsa): „men were real men, women were real women and small furry creatures from Alpha Centauri were real small furry creatures from Alpha Centauri”, tak można też tęsknić za Dzikim Wschodem, gdzie, w odróżnieniu od Nudnej Europy coś się dzieje.
Polecam: miłośnikom dobrego kryminału, miłośnikom Rosji oraz tym, którzy za czymś tęsknią, nawet jeśli nie do końca wiedzą za czym.
„Maestra z Sankt Petersburga” Camilli Grebe i Paula-Leandra Engströma przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sonia Draga.





