Strona główna Inne Rebecca Fleet „Zamiana”. Fragment

Rebecca Fleet „Zamiana”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Rebecca Fleet „Zamiana”. Fragment„Niełatwo stworzyć tu przytulny nastrój. Zbieramy wszystkie poduszki, które udaje nam się znaleźć w całym domu, i rzucamy je na kanapę. Zapalamy kilka świeczek, włączamy muzykę w tle. Robię krok w tył i rozglądam się po pokoju. Drobna zmiana, a jednak zrobiła sporą różnicę: w pomieszczeniu panuje teraz zupełnie inna atmosfera, wrażenie nieprzyjemnej anonimowości nieco zelżało. Wreszcie mogę zapomnieć o dręczących mnie myślach i niepokojących wskazówkach. Gdyby tylko był tu Eddie, można by uznać, że spędzamy niemal normalny rodzinny wieczór.

Zerkam na zdjęcie, które wysłała mi dziś mama: Eddie uśmiecha się szeroko do obiektywu, wskazując naklejkę z napisem „Dobra robota!” na kurtce. Bardzo chciałabym tam być, ale odpycham tę myśl od siebie. Nie pozwolę, żeby coś zepsuło mi najbliższe godziny.

Francis ugotował curry. Podczas nakładania wyjaśnia w najdrobniejszych szczegółach, jakich przypraw użył i dlaczego. Na mój gust jest nieco zbyt ostre, ale jem mimo to, co chwila popijając łapczywie wodą, choć Francis ostrzega, że to nie pomoże. Po kolacji zbieramy talerze i decydujemy, że skorzystamy z którejś z przywiezionych z domu gier. Zgodnie z moimi przewidywaniami Francis wybiera scrabble. Rozkładamy planszę na doskonale czystym szklanym stoliku kawowym.

– Uważaj, żeby nie porysować – ostrzega. – Pewnie jest podpięty do gorącej linii na komendzie. Jeden fałszywy ruch i zamkną nas za wandalizm.

– Oooch – podejmuję grę i przygryzam wargę z udawaną trwogą. – Lepiej włóżmy rękawiczki.

Francis dotyka stołu jednym palcem, otwiera szeroko oczy i prędko zabiera rękę, jakby kopnął go prąd. Trochę przeciągamy żart, ale to pierwszy wieczór od przyjazdu, kiedy wszystko toczy się tak naturalnie. Nieco ponad rok temu mój mąż był zupełnie innym człowiekiem. Tamten mężczyzna nadal wstępuje w niego od czasu do czasu – z bezlitośnie nieprzewidywalną częstotliwością. Alarmujące przeskoki od euforii do letargu jeszcze się zdarzają, ciągną go z powrotem w objęcia choroby. Wiem, że nie powinnam tak na to patrzeć, ale przez te nawroty dobre chwile się wyostrzają, niosą ulgę. Bardziej je cenimy, uderzają nam do głowy jak szampan.

Zaczynamy grę i już po pięciu minutach staje się oczywiste, że nie mam szans na zwycięstwo. Jestem przeciętnie dobrą zawodniczką, a Francis przejawia irytujący talent do takich gier, choć twierdzi, że nie grał nigdy więcej ode mnie.

– Ej – protestuję, gdy z błyskiem w oku kładzie X na potrójnie punktowane pole. – „Xu” to nie słowo, tylko dwie przypadkowe litery.

– Ojej, rzeczywiście! – Odchyla się i z udawaną powagą przygląda się planszy. – Przepraszam… Chociaż nie, Caroline, mylisz się. Tak się składa, że xu to jednostka monetarna używana w Wietnamie.

– Każdy głupi to wie – przytakuję sarkastycznie, potrząsając głową.

– To jedna setna donga – odpowiada cierpliwie, jakby rozmawiał z małym dzieckiem.

– Że co? – Pomimo narastającej frustracji nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Dodaję jedną literę do istniejącego już słowa, jak frajerka, i czekam na jego następny manewr. – O, nie, teraz już chyba robisz sobie ze mnie jaja! – protestuję, gdy bez wahania dokłada H do obecnej już na planszy litery E. – „He”?! Co to niby jest?

– Okrzyk – wyjaśnia zarozumiale Francis – wyrażający zdziwienie lub uznanie. Lepiej zacznij już trenować, bo jeśli się nie mylę, puszczę cię zaraz w skarpetkach.

– Wydaje ci się, że jesteś taki sprytny – mamroczę, popatrując na niego z ukosa.

Francis odwzajemnia spojrzenie. Drżące płomienie świec podkreślają jego kości policzkowe, pogłębiają cienie pod zielonymi oczami. Przebiega mnie lekki dreszcz zaskoczenia, gdy uświadamiam sobie, że to przecież mój mąż – i że przez ostatnie dwa lata powoli zmieniał się z powrotem w mężczyznę, który kiedyś tak mnie zachwycał, że godzinami patrzyłam, jak śpi, nie mogąc oderwać od niego wzroku.

– Twój ruch – mówi wreszcie.

Nachylam się nad stołem i go całuję. Najpierw delikatnie, ale on przyciąga moją twarz bliżej, wplata mi palce we włosy. Zaczynam szybciej oddychać. Nasze wargi naciskają na siebie mocniej. Podnoszę się z krzesła i siadam mu pospiesznie na kolanach, oplatam jego szyję ramionami i wyginam plecy, by mógł wsunąć mi ciepłą dłoń pod bluzkę. Przez ostatnie piętnaście lat robiliśmy to już tysiące razy, aż staliśmy się w tym dobrzy – jak w każdej powtarzanej przez dekady czynności. Tak dobrzy, że nie musimy się nawet zastanawiać. Umysł mam pusty, wypełnia go trzeszczący biały szum. Francis rozpina mi stanik, ciągnę za rozporek jego dżinsów, potem za własny. Chcę zrobić to szybko i bez ceremonii, ale on nagle się odsuwa i patrzy w jakiś punkt nad moim ramieniem. Na jego twarzy maluje się niepokój.

– Słyszałaś to?

– Co takiego? – Kręcę głową z zaskoczeniem. – Nic nie słyszałam, nie przejmuj się.

Znów zaczynam go całować, ale kilka sekund później ja też to słyszę – nieśmiałe, ciche postukiwanie do drzwi. Spoglądam na zegar na ścianie: dochodzi dwudziesta druga.

– Kurwa mać – mamroczę. – Kogo tam niesie?

Francis wstaje z krzesła, zapina dżinsy i rusza do drzwi wejściowych.

– Poczekaj na mnie – instruuje, posyłając mi wymowne spojrzenie spod zmrużonych powiek. – Sprawdzę kto to i zaraz się go pozbędę.

Wzdycham i wyciągam się w fotelu. Całe moje ciało aż wibruje od frustracji, jak swędzący punkt, którego nie da się podrapać. Kątem oka dostrzegam swoje odbicie w lustrze – rozchełstana bluzka, spodnie zawinięte na udach. Gdzieś w tyle głowy wykluwa się mroczna myśl: twoje dłonie na moim ciele, ściągające materiał. Natychmiast duszę w sobie ten obraz, ale to wystarcza, by urok chwili przeleciał mi przez palce.

Słyszę dźwięk otwieranych drzwi wejściowych i zdziwione „Dobry wieczór?” Francisa. Następnie rozlega się kobiecy głos, niski i uwodzicielsko przepraszający. Nie rozpoznaję słów, ale głos jest znajomy. Zrywam się na równe nogi, poprawiam ubranie i wybiegam na korytarz. Tak jak się spodziewałam, na progu stoi Amber. Ma na sobie krótką czarną sukienkę i wojskową kurtkę zapiętą aż pod szyję. Długie blond włosy spływają gładką falą na ramiona. Uśmiecha się do Francisa z tym samym swobodnym urokiem, którym emanowała w kawiarni. Kiedy mnie dostrzega, cała aż promienieje. Macha do mnie lekko, na wpół radośnie, na wpół ze skruchą.

– Caroline, dobrze cię widzieć. Siedziałam w domu i umierałam z nudów, więc pomyślałam, że może zajrzę do was się przywitać. Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłam.

– Nie… – odpowiadam odruchowo, widząc, że Francis odsuwa się na bok i zaprasza ją gestem do środka.

– To świetnie. Wczoraj się zorientowałam, że nie umówiłyśmy się na następne spotkanie, i uznałam, że to byłaby straszna szkoda, gdybym nie zobaczyła cię już przed wyjazdem. Jesteście tu jeszcze przez kilka dni, prawda?

– Do weekendu – przytakuję.

Uświadamiam sobie, że w tej rozmowie nie byłoby nic dziwnego, gdyby odbywała się o trzeciej po południu zamiast po dziesiątej wieczorem. Amber pewnym krokiem idzie przez korytarz i otwiera drzwi do salonu. Prędko rozgląda się po pokoju.

– Chyba nie przyszłam za późno? – pyta, jakby czytała mi w myślach.

– Nie, nie – zapewniam z przesadnym entuzjazmem.

Francis patrzy na mnie zza pleców Amber. „Kim jest ta wariatka?” – pyta mnie wzrokiem, ale mimo to zauważam, jak na nią patrzy, kiedy dziewczyna przysiada na kanapie, a krótka sukienka jeszcze bardziej odsłania jej długie, smukłe nogi. Jest ubrana jak na wieczór w barze, nie na spontaniczną sąsiedzką wizytę. Czuję ukłucie seksualnej zazdrości. Od bardzo dawna nie doświadczyłam czegoś takiego w stosunku do męża i innej kobiety. Odkrywam, że sprawia mi to perwersyjną przyjemność.

– Przyniosę ci coś do picia – oferuje Francis i znika w kuchni.”

 

Tłumaczenie Aga Zano