Strona główna Inne Nie jesteśmy prowincją! O przemożnym wpływie Lewisa Carrolla i powieści ?Kot z...

Nie jesteśmy prowincją! O przemożnym wpływie Lewisa Carrolla i powieści ?Kot z Cheshire? z Markiem Żelkowskim rozmawia Marta Guzowska

0
PODZIEL SIĘ

MG: Czym jest ?Kot z Cheshire?? Na pewno powieścią sensacyjną, ale pojawiają się w niej wątki… ezoteryczne. To może zbić czytelnika z tropu.

 

MŻ: Z całą pewnością wątki sensacyjne ?pisał? mój umysł. Mam zatem nadzieję, że jest w miarę logicznie i ekscytująco. Bo taka właśnie powinna być powieść sensacyjna. I raczej nie ma w niej miejsca na jakieś deus ex machina lub ?hokus pokus?. Sądzę, że czytelnik powieści akcji może autorowi bardzo wiele wybaczyć, ale trudno będzie mu znieść sytuację, w której racjonalne wyjaśnienie i rozwiązanie akcji, zostałoby zastąpione jakimś ?czary mary? lub mistycznym bla, bla, bla. Natomiast za wszystko to, co określiła Pani mianem wątków ezoterycznych, odpowiada zdecydowanie mój duch. A z duchem to bywa już bardzo różnie. Tak jak z kotem. Duch również lubi chadzać własnymi drogami. Czasami zapuszcza się w bardzo dziwne obszary naszej rzeczywistości. Podsumowując, akcja powieści to typowa sensacja. Mam nadzieję, że udana, ale to już osądzą czytelnicy. Natomiast elementy ezoteryczne służą do lepszego pokazania, przedstawienia jednego z bohaterów. Jego świat również jest rozdzielony. Z jednej strony pozostaje człowiekiem chłodno myślącym, działającym z rozmysłem, szczegółowym planem i morderczą konsekwencją. Z drugiej, to postać, która w momentach trudnych odwołuje się do świata, którego, jeśli istnieje, z pewnością nie można opisać za pomocą ?szkiełka i oka?. Takie rozdwojenie może zaobserwować u siebie większość ludzi. Mówiąc szczerze… mam wrażenie, że wszyscy. Ale część z nich, obawiając się śmieszności, za żadne skarby nie przyzna się do tego. Sądzę, że najlepiej scharakteryzowała ową dwoistość naszej natury Agnieszka Osiecka pisząc: ?Życie jest formą istnienia białka, tylko w kominie czasem coś załka?.

 

 

 

 

MG: Nie bał się Pan umieścić akcji powieści sensacyjnej w Polsce? Wielu autorów obawia się, że jesteśmy zbyt zaściankowi?

 

MŻ: Zaściankowi? Chyba nie… Nie uważam tak. Wydaje mi się, że prawdziwą prowincją byliśmy za czasów komuny. Odnoszę wrażenie, że to wówczas kryminały i sensację pisało się naprawdę ciężko. Niektórzy aparatczycy z Komitetu Centralnego uważali nawet, że ?to nie przystoi, aby w socjalistycznym państwie epatować czytelnika zbrodnią, przemocą oraz niegodziwością.? Poza tym, kryminalna rzeczywistość PRL-u była wprawdzie bogata i okrutna, ale przy tym przeważnie dosyć monotonna. A sensację, jako gatunek najczęściej wiązano z polityką i łapaniem imperialistycznych szpiegów. Dlatego mam wielki szacunek dla ówczesnych pisarzy, którzy potrafili wyczarowywać pasjonujące zagadki na kartach swoich książek. Potrafili, ale nie było im łatwo. To przecież nie przypadek, że Joe Alex umieszczał akcję swoich powieści poza naszym krajem. Słyszałem również, że owa wyzierająca zewsząd zaściankowość i pszenno-buraczana rzeczywistość skłoniły Juliusza Machulskiego do przeniesienia akcji filmu ?Vabank? w lata przedwojennej Polski. Chyba dobrze zrobił, bo gdy wyobrażę sobie, że Henryk Kwinto oraz jego kompani obrabiają bank spółdzielczy w Bydgoszczy, aby ukarać jakiegoś nieuczciwego działacza socjalistycznej młodzieżówki, to robi mi się chłodno.

 

 

Natomiast Polska w XXI wieku, to już zupełnie inne miejsce. Duży kraj w Europie, który leży niemal na pograniczu dwóch politycznych światów… To z punktu widzenia autora nie może być nudne, zaściankowe miejsce. Jeśli chodzi o zbrodnię, przemoc i różne tego typu atrakcje, szybko zbliżamy się do średniego poziomu światowego. Natomiast jeżeli chodzi o motywy wykorzystywane w powieściach sensacyjnych… Mam wrażenie, jakby niektórym naszym służbom oraz decydentom zależało na tym, aby utrzymywać społeczeństwo w przekonaniu, iż jesteśmy prowincją. Nie, nie jesteśmy! Mógłbym w tym miejscu przytoczyć różne przykłady, albo udawać, że wiem więcej niż wiem naprawdę… Mógłbym wreszcie powoływać się na logikę, wypowiedzi byłych szpiegów… Proponuję inne wyjście. O skali szpiegostwa w naszym kraju oraz działalności czegoś, co umownie nazwijmy ?międzynarodowym syndykatem zbrodni?, najlepiej jest przekonać się, wpisując w google najpierw hasło ?szpiedzy w Polsce?, a później podążać za kolejnymi frazami jakie nam się nasuną. Tylko tyle. Jeżeli wziąć pod uwagę, że w wyniku lektury tekstów ?zawieszonych? w internecie, uzyskamy wiedzę, której skalę najlepiej oddaje określenie ?wierzchołek góry lodowej?, to stanie się jasne, że w naszym kraju trwa tak naprawdę cicha wojna wywiadów i nie tylko wywiadów. Skoro rozmawiamy o ?Kocie z Cheshire? to posłużę się adekwatnym przykładem mojej domowej kotki Luny. Ona czasami chowa się za firankę i udaje, że jej nie ma. Nauczyłem się odpowiednio patrzeć i dlatego teraz już za każdym razem ją widzę. Nie wyprowadzam jej jednak z błędu. Niech kociak myśli sobie, że jest sprytny. Natomiast goście, którzy nas odwiedzają, przeważnie nie widzą Luny za firanką. Nie są w stanie jej ujrzeć. Po pierwsze dlatego, że nie spodziewają się, iż kot jest schowany za firanką, po drugie patrzą inaczej, nie dostrzegają szczegółów. Z ich punktu widzenia kota nie ma w domu. A przecież jest! Podobnie rzecz ma się ze służbami specjalnymi, szpiegami, wyrobami mafiopodobnymi i całym tym badziewiem, które bierze udział w cichej wojnie toczącej się tuż obok nas. Istota tej wojny jest właśnie taka, że większość społeczeństwa niewiele o niej wie. Więcej, niewiele chce wiedzieć. ?Bo przecież u nas jest fajnie, bezpiecznie, europejsko i ciepła woda płynie z kranów. A szpiedzy i geniusze zła działają gdzieś tam… daleko!?. Moim zdaniem, wielu ludzi ?wdrukowuje? sobie taką właśnie wizję rzeczywistości. Oni poczuliby się bardzo źle, gdyby zobaczyli ją taką, jaką ona jest naprawdę. Ale skoro lepiej się z tym czują… Mam tylko nadzieję, że ludzie odpowiedzialni w Polsce za bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, reprezentują inną opcję postrzegania świata. Zapewnienie społeczeństwu bezpieczeństwa oraz problemy z tym związane to zagadnienie, które mnie pasjonuje. A jeśli osobę piszącą prozę coś fascynuje, to przeważnie przelewa ową fascynację na papier.

 

MG: Ale ?Kot…? nie jest przecież książką szpiegowską.

 

MŻ: To prawda. Zdecydowanie nie jest! Jednak niektórzy jej bohaterowie… To są przecież ludzie, którzy krążą lub krążyli niebezpiecznie blisko wspomnianej już cichej wojny. Cała ta niebezpieczna i często mordercza machina znajduje się gdzieś w tle. A wracając do moich fascynacji. W kolejnej książce, która trafiła już do wydawcy, a która nosi tytuł ?Tweedledee?, klimat szpiegowski pojawia się w większym stężeniu.

 

MG: ?Tweedledee?? A zatem ponownie tytuł nawiązujący do powieści Lewisa Carrolla. Kontynuacja ?Kota z Cheshire??

MŻ: Nie, nie. To zupełnie inna historia. Opowieść niezależna od ?Kota…?. Książki Lewisa Carrolla dostarczają mi jednak kolejnych pomysłów na tytuły. W kolejce czekają jeszcze: ?Królowa Kier?, ?Szalony Kapelusznik?, ?Marcowy Zając? i ?Druga strona lustra?.

MG: W Pana powieści niezwykle ważną rolę odgrywają cytaty z ?Alicji w krainie czarów?. Dlaczego właśnie Lewis Carroll?

MŻ: To niezwykle inspirująca książka. Przynajmniej dla mnie. Może dlatego, że jest niejednoznaczna. W każdym razie niemal za każdym razem, kiedy sięgam po tę leciwą już przecież lekturę, przychodzi mi do głowy jakiś ciekawy pomysł. To jest trochę tak, jak z lawiną. Niewielki kamyk może spowodować olbrzymią katastrofę. Jedno, dwa zdania z prozy Carrola i fruuu… jest pomysł na powieść. Sam nie wiem dlaczego tak mi się porobiło. Zresztą nieważne. Ważne, że mechanizm inspiracyjny działa bez zarzutu.

 

MG: A wracając do realiów ?Kota…?, nie odcina się Pan całkiem od Zachodu: agent FBI, osoby o przezwiskach Iron, Silver?

MŻ: Nie odcinam się ani od Zachodu, ani od Wschodu. Jest też daleka Azja, USA, Bliski Wschód, Ameryka Południowa… Więcej nie powiem, bo ta ?geograficzna migotliwość? jest pewną tajemnicą jednego z bohaterów ?Kota…?. A jeśli chodzi o agenta FBI… To ważna, ale przecież jedna z wielu, mam nadzieję, barwnych postaci przewijających się przez karty powieści.

 

MG: Oprócz tego Pana bohaterowie noszą całkiem zwyczajne imiona: Anna, Adam, ale mało polskie nazwiska: Nitrus, Boban? Ktoś kiedyś powiedział, że John Smith może próbować rozbroić zapalnik czasowy bomby, ale kiedy robi to Jan Kowalski, mamy niezamierzony efekt komiczny. Czy wybór imion i nazwisk w Pana powieści był celowy czy przypadkowy?

MŻ: Wszystko zależy od punktu widzenia. Dla sporej części czytelników Jan Kowalski rzeczywiście jest w dalszym ciągu mało przekonujący. Znacznie bardziej cenią i szanują Johna Smitha. Takie nazwisko brzmi bardziej światowo, wiarygodnie. Po raz kolejny dotykamy więc problemu pokutującego w niektórych umysłach, że u nas w Polsce nie może zdarzyć się nic naprawdę ponurego, groźnego lub ekscytującego. Nie uważam tak, ale widocznie jestem człowiekiem ?małej wiary?, gdyż na Kowalskiego jednak się nie zdecydowałem. Świadomie posłużyłem się nazwiskami, które wprawdzie można w Polsce spotkać, ale są rzadkie i przez to brzmią nieco obco. Zapewne zostały przeniesione do naszego kraju w wyniku jednej z historycznych zawieruch, które przecież w poprzednich wiekach nie omijały naszej ojczyzny. Wspomniałem na początku odpowiedzi o punkcie widzenia. Otóż dla Polaka Jan Nowacki brzmi zwyczajnie i niegroźnie. Ale dla Amerykanina wydźwięk jest już inny. Takie nazwisko jest obce. A skoro obce, to może mieć również wydźwięk złowieszczy. To kwestia pracy pisarza, w jaki sposób scharakteryzuje postać. W amerykańskiej powieści sensacyjnej z Jana Nowackiego łatwiej byłoby zrobić bohatera demonicznego, złego i okrutnego. A jeszcze łatwiej można tam, w krajach anglosaskich, mianować czarnym charakterem Saszę Miedwiedzia. USA wygrało zimną wojnę, ale podświadomy strach przed ?Iwanem? pozostał. Strach połączony z niezdrową fascynacją. W naszym kraju trzeba byłoby włożyć sporo pracy, aby czytelnik uwierzył, że postać o nazwisku Nowacki jest zagrożeniem dla świata i czyha na jego spokój. Wszystko zależy zatem od kontekstu i wspomnianego już punktu widzenia. W sumie… nie jest ważne, czy kot nazywa się jakoś swojsko, na przykład Mruczek, czy też egzotycznie, chociażby Hildebrand. Kocia natura zawsze jest taka sama. A jak jest z ludzką naturą? To już bardziej skomplikowana sprawa. Myślę jednak, że pewne reakcje i odruchy są wspólne dla wszystkich… Nooo, prawie wszystkich. W każdym razie mam nadzieję, że nazwiska, imiona oraz pseudonimy udało mi się dobrać w ?Kocie…? w odpowiednich dawkach i proporcjach. Wprawdzie to nie one stanowią o sile i wiarygodności intrygi, ale… to jak z przyprawami. Zawsze można danie przesolić lub go nie dosolić. O pieprzu nie wspominam, żeby nie pojawiły się różne takie… skojarzenia.

MG: W ?Kocie? pojawia się sporo terminów technicznych: ?podkalibrowy rdzeń stalowy?, ?kolimator?, ?P-90?. W jaki sposób robił Pan badania źródłowe?

MŻ: Czytałem i czytam książki tonami i z racji zawodu dużo rozmawiam z ludźmi. Ale nie będę teraz opowiadał ilu lektur oraz wywiadów wymagał ?Kot…?. Powiem tylko, że sporo. Wyszedłem bowiem z prostego założenia, że wiarygodność postaci zależy w sporej części od tego, czy autor wie o czym pisze. Ale również od przyjętej perspektywy. Dla człowieka używającego pewnego rodzaju broni, w pewnych określonych warunkach, kolimator i jego działanie są oczywistością. Albo nawet oczywistą oczywistością. W każdym razie są czymś codziennym. I w taki sposób myśli on o tym urządzeniu. Przecież trzymając w palcach długopis nie rozważamy jego konstrukcji i właściwości. Jest on częścią naszego otoczenia. Jest artefaktem, którego nie opisujemy szczegółowo, kiedy o nim myślimy. I tu pojawia się drobny narracyjny problem, o którym chciałbym napomknąć. Otóż czasami mechanizm działania urządzeń lub konstrukcja niektórych przedmiotów są na tyle skomplikowane, że autor stoi przed nieco diabelskim dylematem ? albo zacznie je szczegółowo opisywać (narażając się na rozdrażnienie niektórych czytelników), albo wzorem swoich bohaterów przyjmie, że wszyscy wiedzą, czym jest chociażby wspomniany kolimator (a to z kolei bankowo rozdrażni innych lekturowiczów). Jak zatem może poradzić sobie człowiek wstukujący nową powieść w komputer? Ja przyjąłem zasadę, że czasami warto umożliwić odbiorcy książki rozpoznanie istoty działania z kontekstu, w jakim przedmiot się pojawia. Czasami udaje się to lepiej, czasami gorzej. Mam nadzieję, że załapałem się do pierwszej grupy. A jeżeli komuś naprawdę zależy, aby poznać zasadę działania kolimatora, to w dobie internetu nie ma przecież żadnego problemu. Jednak wrzucanie tego rodzaju wiedzy na karty książki nie zawsze przynosi dobry skutek.

MG: Powieść sensacyjna, w odróżnieniu od kryminału, rzadko doczekuje się kontynuacji. Myśli Pan o kontynuacji ?Kota…?, czy to już zamknięta karta?

MŻ: Przywiązałem się do niektórych postaci i dlatego nie wykluczam, że jeszcze kiedyś pojawią się, w którejś z moich nowych książek. Ale obiecać nie mogę. Z całą pewnością nie ma ich w ?Tweedledee? i wątpię, aby zawitały na karty ?Królowej Kier?. A jeżeli chodzi o kolejne powieści… Wszystko może się zdarzyć.