Marta Guzowska: Najdziwniejsze pytanie, jakie Ci zadali Czytelnicy?
Agnieszka Krawczyk: Hmm, było takie jedno. Czy mam kryminalną przeszłość…
MG: I co odpowiedziałaś? Masz? A może to zbyt osobiste?
AK: Nie, no coś ty! Nie mam kryminalnej przeszłości, aczkolwiek żywię nadzieję, że mam kryminalną przyszłość – jako autor powieści oczywiście!

MG: No to porozmawiajmy o kryminałach, bo niedawno ukazała się „Noc zimowego przesilenia”, Twoja najnowsza powieść. To jest Twój drugi kryminał retro, po „Dziewczynie z aniołem” bardzo mroczny i z akcją toczącą się w Krakowie…
AK: Tak. „Dziewczyna z aniołem” opowiadała o latach 50., zaś „Noc zimowego przesilenia” o czasach drugiej wojny światowej. Kraków oczywiście jest tłem wszystkich wydarzeń.
MG: Dlaczego akurat rok 1941? Nie wystarczy wojennych okropności? Musiała być jeszcze zbrodnia?
AK: No właśnie. Przeczytałam w pewnej recenzji, że tą książką w ogóle rządzi paradoks. Główny bohater, detektyw Artur Załuski, szuka zaginionego jasnowidza, który sam jest specjalistą od osób zaginionych. Prowadzone jest śledztwo w sprawie morderstwa w sytuacji, gdy ludzie giną tysiącami na froncie, ale też mordowani w gestapowskich katowniach. Właśnie ten paradoks mnie uwiódł. Najpierw chciałam bardzo opisać historię zaginionego jasnowidza, potem doszedł główny wątek kryminalny powieści.
MG: Początek powieści jest jak z opowieści grozy albo romansu paranormalnego. Spotykają się dwaj jasnowidze i obaj, w tym samym momencie mają wspólną makabryczną wizję. Ciarki mnie przeszły!
AK: I tak miało być, cieszę się, że się udało. Ta wizja jest zresztą bardzo ważna dla powieści, nic tu nie dzieje się przypadkiem. Chciałam tej scenie nadać taki rys groźnej niesamowitości, wprowadzić czytelnika w nastrój. Potem przecież będzie dużo o podziemiach, tajnych stowarzyszeniach, niebezpiecznych kultach…
MG: Chciałam o to zapytać: w całej powieści nigdzie nie pada nazwa Ahnenerbe, ale piszesz najwyraźniej o tym, prawda?
AK: Tak, masz rację. Czarne Bractwo Sol Invictus z mojej powieści jest wzorowane na Ahnenrebe, czyli Niemieckim Dziedzictwie Przodków. Była to organizacja założona przez Himmlera, która zajmowała się okultyzmem. W ich siedzibie zamku Wewelsburg odbywały się różne, mrożące krew w żyłach obrzędy – między innymi składano ofiary z ludzi, zwykle byli to więźniowie obozów koncentracyjnych. Członkowie Czarnego Zakonu SS, bo tak też nazywano Ahnenerbe poszukiwali tajemniczej siły Vril, która miała im dać władzę nad światem. By odnaleźć źródło Vril szukali legendarnych artefaktów takich jak Arka Przymierza, czy Graal. Był taki członek Ahnenerbe Otto Rahn, który całe swoje życie poświęcił na tropienie świętego Graala.
MG: Bohater Twojej powieści major Lothar Glass ma w swej biblioteczce książkę Rahna…
AK: Owszem! Jest to najbardziej kontrowersyjna praca Rahna, czyli „Czeladź Lucyfera”. Nie wdając się w zawiłe szczegóły, powiem tylko, że Rahn był pewny, że znalazł zamek świętego Graala, i że była to twierdza katarów Montsegur. Trudno powiedzieć, czy odkrył tam kielich, bo sam zaginął w tajemniczych okolicznościach, podczas zamieci śnieżnej w górach. Są tacy, którzy wierzą, że Otto Rahn i inni prominentni członkowie Ahnenerbe posiedli tajemnicę długowieczności i żyją po dziś dzień.
MG: Trudno uwierzyć, że Niemcy, wydający się być tak racjonalni w prowadzeniu wojny, dali się uwieść takim historiom!
AK: Też mnie zadziwia ten paradoks (kolejny w mojej książce!). Mam taką teorię, że do tego dziwnego mistycyzmu popchnęło ich zapamiętanie w źle. Po prostu w swoim okrucieństwie przekroczyli wszystkie granice, poczuli się bezkarni i jednocześnie wszechmocni. Stworzyli więc sobie coś w rodzaju religii, wedle której istniała jakaś kosmiczna siła, zdolna przesuwać kontynenty, wysuszać morza, czy wypiętrzać góry. Skoro panowali nad ludzkim życiem i śmiercią, teraz chcieli posiąść tajniki tej siły, by panować nad przyrodą. Myślę, że sięgnęli tutaj granic obłędu, traktując jednocześnie to wariactwo zupełnie poważnie.
MG: Napisanie takiej powieści jak „Noc zimowego przesilenia” wymaga chyba dużo pracy. Jak długo dokumentowałaś tę książkę?
AK: Na pomysł napisania „Nocy” wpadłam kilka lat wcześniej. Pierwszą przymiarką było opowiadanie „Memento” z tomu „Zatrute pióra”, które w założeniu miało być takim kryminałem z wątkiem fantastycznym, a wyszła mi political fiction. To opowiadanie także traktuje o tajnej organizacji o nazwie „Memento”, która dąży do zdobycia władzy nad światem. Pasjonował mnie wówczas wątek kradzieży tożsamości i starałam się go twórczo rozwinąć. Potem pomyślałam, że hitlerowscy okultyści to temat na większą formę niż opowiadanie. Kiedy kończyłam „Dziewczynę z aniołem” napisałam pierwszy szkic „Nocy”. Potem długo zbierałam materiały – o okultystach wiedziałam dużo, ale potrzebowałam źródeł na temat życia pod okupacją niemiecką w Krakowie. Materiałów jest mnóstwo, co paradoksalnie wcale nie pomaga – trzeba się bardzo pilnować, by nie zanudzić czytelnika różnymi szczegółami. Detale historyczne powinny budować tło, ubarwiać, a nie dominować w akcji. Dużo wykreśliłam z pierwotnej wersji, bo to co mi wydawało się takie „smakowite” historycznie, nie miało tak naprawdę żadnego znaczenia dla akcji i nużyło.
MG: Przeczytałam taką krótką recenzję Twojej książki, która strasznie mi się podobała: „Hercules Poirot spotyka Hannibala Lectera w mieście ogarniętym dżumą”.
AK: Tak. Mnie też się podobało to zdanie. Choć Artur Załuski to nie jest dobrotliwy, pełen dziwnych przyzwyczajeń Hercules Poirot, który jak pamiętamy lubił mówić do siebie w trzeciej osobie. Załuski to raczej bohater z powieści Chandlera – zmęczony życiem fatalista.
MG: Nie przesadzaj! To jest człowiek, który niczego się boi! Jaki tam z niego fatalista!
AK: Może właśnie dlatego niczego się boi, że jest fatalistą. Załuskiego nie obchodzi czy przeżyje wojnę, czy zginie, a właściwie nie bardzo zaprząta sobie tym głowę. Ponieważ niczego się boi, ma jak to sam mówi „amputowane poczucie strachu”, może zaangażować się w każde nawet najniebezpieczniejsze zadanie. Ryzykowne śledztwo w sprawie porwania jasnowidza, czy działalność w ruchu oporu.
MG: Do towarzystwa dałaś mu typową femme fatale Agnes Petzoldt, jednooką niemiecką baronównę. Kobietę piękną, wyzywającą i niebezpieczną. Od początku, gdy się pojawia, zaczynamy kibicować w tym starciu – kto kogo pokona.
AK: Nie patrzyłam na to w ten sposób, ale masz rację: to są dwie bardzo silne osobowości, w dodatku stojące po dwóch stronach barykady. Musi dojść do konfrontacji, to nieuniknione. Agnes jest piękna, pomimo widocznej skazy na urodzie, jaką jest czarna opaska przykrywająca okaleczone oko, ale z drugiej strony ucieleśnia wszystko to, czego Artur nie akceptuje. Jest ulubienicą Hitlera, na jego rozkaz poszukuje rzadkich dzieł sztuki, krążą plotki o jej okrucieństwie.
MG: A jednak pomaga Arturowi w jego śledztwie…
AK: Zapewne nie robi tego bezinteresownie. Nie zapominajmy, że jest nałogową hazardzistką!
MG: Książka miała aż trzy tytuły. Powiedziałaś kiedyś, że wszystkie stały się tytułami rozdziałów.
AK: Tak. Trzy kolejne tytuły, to tytuły rozdziałów: pierwszego, ostatniego i przedostatniego. Czyli Sol Invictus, Czas jasnowidzów i Noc zimowego przesilenia. Tytuł łaciński odradził mi Marek Krajewski, kiedy rozmawialiśmy o tytułach na festiwalu literackim w Darłowie w ubiegłym roku. Pan Marek Krajewski sam miał podobny dylemat z tytułem swej najnowszej powieści, która ostatecznie nosi tytuł „W otchłani mroku”. Jej łaciński tytuł brzmiał „Experimentum Crucis” i odnosił się do pewnej próby wierności, czy też moralności. Mój tytuł, „Sol Invitus”, czyli Słońce Zwycięskie, to z jednej strony nazwa tajemniczego stowarzyszenia, które wymyśliłam wraz z całą jego ideologią i piktografiką, ale też nazwa najkrótszego dnia w roku, dnia zimowego przesilenia, które nasza kultura zwykła utożsamiać z Wigilią (w rzeczywistości zimowe przesilenie wypada 21 lub 22 grudnia).
MG: Czyli właściwie wszystkie tytuły krążyły wokół głównego tematu – przesilenia i jasnowidzów. Powiedziałaś już, że Artur Załuski powróci. Co to będzie za powieść?
AK: Mam już napisany szkic tej powieści i wprowadzenie. Tym razem będzie to bardziej powieść szpiegowska niż typowy kryminał, choć wątku detektywistycznego także nie zabraknie. Artur zostanie kurierem AK i będzie się podejmował w całej Europie najbardziej brawurowych zdań. Akcja toczyć się będzie przed lądowaniem w Normandii. Chciałabym wysłać mego bohatera do Francji, na Węgry, może do Afryki…
MG: A co z Twoim trzecim kryminałem krakowskim? Wiem, że planowałaś powieść, której akcja miała się toczyć współcześnie. Mówiłaś, że każdy z trzech kryminałów krakowskich będzie się toczył w innych bardzo od siebie odległych czasach – wojna, lata 50., wreszcie czasy najnowsze.
AK: Przyznam się, że też go zaczęłam. Będzie to kryminał z mocnym rysem niesamowitości. Tutaj być może wrócę do moich bohaterów znanych z opowiadań z tomu „Mordercze miasta”, czyli policjantów Wesołowskiego i Nowaka oraz emerytowanego inspektora Wrony, obecnie autora poczytnych kryminałów. Sprawa, z którą przyjdzie im się zmierzyć także będzie mroziła krew w żyłach.
Chciałabym tutaj pokazać koloryt współczesnego Krakowa, który jest miastem wielkich kontrastów i chyba wciąż mało znanym.
MG: Piszesz kryminały, ale też powieści obyczajowe. Twoje dwie pierwsze książki „Napisz na priv” i „Magiczne miejsce” to były takie ciepłe powieści z dużą dozą humoru. Wrócisz do nich jeszcze?
AK: Oczywiście! Ja wyznaję zasadę płodozmianu – piszę powieści kryminalne przeplatając je z obyczajowymi. Wkrótce ukaże się na rynku wyczekiwana przez czytelników kontynuacja „Magicznego miejsca”.
MG: Bardzo się cieszę! „Magiczne miejsce” to jedna z niewielu powieści, przy których śmiałam się na głos! Mam nadzieję, że mimo tylu prac pisarskich nie zaniedbasz Zbrodniczych Siostrzyczek?
AK: Ależ skądże. Ani mi to w głowie! W lecie Zbrodnicze Siostrzyczki wystartują z kilkoma świetnym projektami. Jeden już mamy na stronie, czyli konkurs fotograficzny „Zbrodnicze miejsca”, gdzie zachęcamy do zrobienia fotografii niesamowitych miejsc, które mógłyby stać się scenerią zbrodni i wysyłania do nas. Drugi projekt jest jeszcze bardziej interesujący. To „Torebki Kryminalistek” – namówiłyśmy najlepsze polskie pisarki kryminałów, by sfotografowały zawartość swoich torebek i opowiedziały nam coś o niej. Wyszły naprawdę pasjonujące historie! Poza tym Zbrodnicze Siostrzyczki planują kolejne mocne wejście na scenie kryminalnej, ale o tym na razie sza!
MG: Tak! Sza! Żeby nie zapeszyć! Powiedz więc jeszcze jak oceniasz obecności Zbrodniczych Siostrzyczek na rynku mediów internetowych. Jak to wygląda z perspektywy kilku lat. Warto było poświęcać tyle czasu, by prowadzić portal?
AK: A Ty jak uważasz? Warto było? Myślę, że miałyśmy bardzo dobrą rękę z tą stroną. Wspaniale nam się rozwinęła, jesteśmy rozpoznawalne w branży, patronujemy wielu świetnym książkom, współpracujemy z najlepszymi wydawnictwami. Uważam to za nasz wielki sukces.
MG: Ja również. Bycie Zbrodniczą Siostrzyczką to fajna rzecz!
AK: Ja chcę jeszcze podkreślić, że tutaj nic nie bierze się samo z siebie. Zarówno praca literacka jak i prowadzenie strony to duży wysiłek. Trzeba samodyscypliny i dużej zawziętości, żeby wszystko działało. A tak się składa, że jestem zawzięta. Obie jesteśmy i dlatego to się tak kręci!





