Strona główna Do poczytania Motyl i burza Waltera Luciusa – fragment

Motyl i burza Waltera Luciusa – fragment

0
PODZIEL SIĘ

MMotyl i burza Waltera Luciusa - fragmentotyl i burza Waltera Luciusa – fragment

Przekład: Ryszard Turczyn

1.

Farah Hafiz starannie odłożyła naszyjnik z posrebrzaną zawieszką obok trzech srebrnych pierścionków i bransoletki z czarnej skóry. Spojrzała w jasnoniebieskie oczy swojego nagiego odbicia w lustrze i przesunęła opuszkami palców po niezliczonych drobnych bliznach na ramionach, piersiach i brzuchu. Kiedyś sama zrobiła te nacięcia na swojej karmelowej skórze w niejasnym przeświadczeniu, że miłość nie istnieje bez bólu.

Nie ma na co czekać: smoliście czarne włosy, spadające w skręconych kosmykach aż do ramion, zostają zebrane ku górze i ściągnięte w ciasny węzeł.

Potem trzeba wciągnąć szerokie spodnie z czarnej satyny i zawiązać wokół bioder. Ręce wsunąć w szeroko rozcięte rękawy bluzy, a ją samą związać czerwoną satynową szarfą, tak żeby jej poły opadały na lewe biodro.

Farah Hafiz ponownie spojrzała na siebie, jak stoi w sportowym stroju. Chociaż od świata zewnętrznego oddzielała ją jedynie cieniutka warstwa jedwabistej tkaniny, to w myślach zamknęła się w pancerzu. W niewidocznej, ale nie dającej się przebić kolczudze. Zrobiła głęboki wdech, zamknęła oczy i starała się wyprzeć okrzyki tłumu, które w nieregularnych falach docierały przez podziemia ze starej sali teatru Carré aż do jej szatni.

Ugięła lekko kolana i zaczęła wykonywać ćwiczenia rozgrzewające, których kiedyś nauczyła się od ojca. Nie minęła chwila i słyszała już tylko własny oddech. Znowu miała pięć lat i stała w otoczonym murem ogrodzie na tyłach rodzinnego domu, pod starą jabłonią w Wazir-Akbar-Khan, bogatej dzielnicy Kabulu. Obok ojca w śnieżnobiałej koszuli i szytych ręcznie lnianych spodniach. Liczył na głos w niezrozumiałym dla niej języku, którego sam nauczył się jako mały chłopiec od indonezyjskiej niani:

Satu, dua, tiga… –

Farah wypowiadała teraz szeptem te same słowa w amsterdamskiej szatni starego budynku cyrku na drewnianych palach. Te same słowa, po każdym wydechu:

Satu, dua, tiga. –

W tym samym momencie otworzyły się drzwi i zobaczyła w nich sylwetkę swojego trenera.

Do środka dotarł niski głos spikera, zapowiadającego kolejną walkę. Ruszyła wąskimi korytarzami w stronę wielkiej sali, wychwytując w drodze strzępy zapowiedzi.

…Farah Hafiz! Anioł zemsty o ciele i sile orientalnej tygrysicy! –

Orientalnej? Od dziesiątego roku życia mieszkała w Holandii. I chociaż w jej piersi biło aż nazbyt afgańskie serce, to postrzegała siebie jako Holenderkę.

Mrużąc oczy, weszła w białe światło punktowego reflektora i wbiegła po schodkach na znajdującą się na podwyższeniu matę. Jej przeciwniczka po drugiej stronie, białowłosa Rosjanka, wyglądała jak sęp. Zimna i bezlitosna. Farah na próżno szukała u niej objawów respektu. Sama miała raczej mieszane uczucia. Brała udział w tej gali, ponieważ uwielbiała sporty walki. Obok dziennikarstwa był to najważniejszy sens jej życia. Pencak silat, szlachetna sztuka walki z Archipelagu Malajskiego. Nauczył ją tego ojciec i już choćby z tego powodu wiedziała, że będzie uprawiać tę dyscyplinę sportu przez całe życie. Było to coś na zawsze. Był to też sposób życia. Nieustający mentalny i duchowy rozwój w pozytywnej intencji i z humanistycznym przesłaniem.

Zamknęła oczy i raz jeszcze powróciła do ciszy, w której się przygotowywała. Obok niej znowu stał ojciec. Na chwilę odebrany śmierci. Przemawiał do niej łagodnym głosem kogoś, kto już nie musi się niczym przejmować.

„A pamiętasz jeszcze, co zrobiłaś, kiedy po raz pierwszy poczułaś strach?”

Pamiętała.

„Musisz poczuć strach, aby móc przez niego przejść”.

Przyjęła pozycję wyjściową w niewielkiej odległości od przeciwniczki. Prawa dłoń otwarta i skierowana do przodu, jakby w zastygłym uderzeniu w wyimaginowany mur. Rosjanka stała naprzeciwko niej w lustrzanej pozycji.

Farah poczuła niemal elektryczne napięcie, kiedy ich nadgarstki niemal się zetknęły.

Wiedziała, że samą siłą nie ma cienia szansy z tą kobietą.

Musi być zwinna i szybka.

Kiedy rozległ się okrzyk sędziego, zareagowała ułamek sekundy za wolno. Rosjanka chwyciła jej lewe przedramię i z całej siły pchnęła je w tył. Farah poczuła raptem, jak paraliżuje ją fala strachu. Nagle miała przeciwko sobie dwójkę przeciwników: swoją rywalkę i siebie samą. Musi być jak bambus, który odgina się, a potem z całym impetem oddaje. Nie jak napięta struna, która może pęknąć przy pierwszym ruchu. Musi sterować walką. Oddychać. Myśleć.

Kątem lewego oka dostrzegła nadlatujący cios. Sparowała go i unieruchomiła rękę przeciwniczki. Szarpiąc się nawzajem i próbując przewrócić jedna drugą, wirowały na macie. Nagle Rosjanka sięgnęła w górę i złapała Farah za jej długie włosy. Walcząc z napływającymi jej do oczu łzami bólu, Farah wykonała nożyce, rzucając przeciwniczkę na plecy, i przycisnęła jej rękę do piersi, robiąc dźwignię na staw łokciowy. Rosjanka leżała pod nią unieruchomiona.

Nagle Farah poczuła piekący ból w lewej łydce. Jej przeciwniczka z całej siły wbiła zęby w jej nogę. Ból przeszył całe jej ciało, ale zamiast rozluźnić chwyt, Farah jeszcze mocniej wygięła ramię Rosjanki.

Leżały tak przez jakąś chwilę, Rosjanka unieruchomiona dźwignią na łokieć, Farah z determinacją utrzymująca chwyt, ze łzami bólu w oczach, aż wreszcie sędzia uderzył płaską dłonią w ich napięte ciała.

Berhenti, berhenti! Stop, stop! –

Farah rozluźniła chwyt i podniosła się chwiejnie, przesuwając dłonią po łydce, co pozostawiło krwawy ślad na jej nadgarstku. Spojrzała w przymrużone oczy Rosjanki i nagle poczuła, jak wypełnia ją siła, nad którą nie ma żadnej kontroli. To była jedna z tych chwil, których najbardziej się bała. Ktoś lub coś zyskiwało nad nią władzę, sprawiając, że robiła rzeczy, nad którymi nie panowała.

Zanim zorientowała się, co robi, wyprowadziła prawy prosty w podbródek przeciwniczki. Poprawiła lewym pod żebra, a potemcałym ciężarem ciała wyprowadziła kopnięcie, które sprawiło, że Rosjanka padła na matę jak szmaciana lalka.

Gdzieś z oddali słyszała, jak ktoś krzyczy jej imię. Spojrzała za siebie. Na matę wskoczył jej trener. W jego oczach widziała panikę.

Kiedy odwróciła się z powrotem, zobaczyła, jak sędzia i jego pomocnik pochylają się nad ciałem Rosjanki, leżącej bez ruchu na macie.

W sali zaległa martwa cisza.

 

3

Kiedy znalazła się z powrotem w szatni, wokół niej wszystko zrobiło się jaśniejsze. Zupełnie jakby przebudziła się z koszmaru.

Spojrzała pytająco na trenera, który zaczął przemawiać do niej uspokajająco:

To nie twoja wina, Farah. Dokładnie widziałem, co się stało. To nie była twoja wina. –

Uświadomiła sobie, co zaszło. Za dużo zainkasowała. Oczywiście byłaby w stanie obronić się przed siłą fizyczną Rosjanki, nie umiała jednak stawić czoła sile o wiele intensywniejszej i groźniejszej niż tamta: chodziło o nienawiść Rosjanki, która przeniknęła jej emocjonalną obronę i wywołała u niej niekontrolowany wybuch szału.

Doskonale wiedziała, jak ważne jest, potrafić w najbardziej nawet niemożliwych sytuacjach utrzymać w ryzach swój temperament. Samokontrola już kilkakrotnie uratowała jej życie. Akurat tego wieczoru jednak straciła panowanie nad sobą.

Było to tylko kilka sekund, ale wystarczyło, by spowodować u przeciwniczki ciężkie obrażenia.

Farah rzadko kiedy zatracała się w czasie walki. O wiele częściej działo się to w miłości; tu miała już na koncie pokaźną liczbę ofiar, z tym że te – chociaż ze złamanym sercem – żyły spokojnie dalej.

Jeśli idzie o kobietę, która dzisiejszego wieczoru stała naprzeciwko niej na macie, nie było to jeszcze tak do końca pewne.

Usłyszała, jak otwierają się drzwi. Podczas gdy tumult w korytarzu wdarł się na moment do środka z siłą orkanu, a jej trener odbył krótką rozmowę przyciszonym głosem z jednym z oficieli, Farah próbowała odnaleźć w myślach spokój.

Słyszała, jak trener podchodzi do niej ciężkim krokiem, jak staje tuż przy niej i czeka, aż będzie gotowa usłyszeć, co się stało. Słyszała jego oddech. Po jej policzkach powoli płynęły łzy. Tato, gdzie jesteś? Dopiero, kiedy odzyskała pełną kontrolę nad oddechem, podniosła się, odwróciła i zobaczyła w oczach trenera spokój. Jego słowa zabrzmiały pocieszająco.

Będzie dobrze. –

Niecały kwadrans potem Farah sprawnie zaparkowała swoje czarne porsche carrerę na podziemnym parkingu Waterland Medisch Centrum. Stanęła niedaleko schodów i chwilę później wbiegła po nich na górę, do wejścia izby przyjęć. Recepcjonistka spojrzała na nią zmęczonym wzrokiem, z którego zniknęła wszelka empatia. Farah powiedziała, że przyszła zobaczyć się z kobietą, którą niedawno przywieziono ze złamanymi żebrami i wstrząśnieniem mózgu.

A pani jest? –

Osobą, która jej to zrobiła – odpowiedziała Farah. –

Kobieta spojrzała na nią zdumiona. W tym momencie do holu wpadła grupa lekarzy i pielęgniarek i pobiegła w stronę karetki, która właśnie zajechała na sygnale.

Farah zobaczyła, jak wwożą na noszach na kółkach ciężko ranną dziewczynkę o orientalnych rysach. Kolorowe strzępy okrywające jej ciało to pocięty na kawałki tradycyjny strój. Dziewczynka była obwieszona ozdobami i dzwoneczkami, które dźwięczały przy każdym poruszeniu noszy. W całym tym chaosie przekrzykujących się lekarzy i pielęgniarek uwagę Farah całkowicie przykuły oczy dziewczynki, w których dostrzegła śmiertelne przerażenie. Zobaczyła, jak jej sine wargi powoli i bezgłośnie próbują wypowiedzieć jedno słowo.

Wyglądało na to, że nikt tego nie widzi ani nie słyszy. A nawet gdyby ktoś usłyszał, to i tak nikt nie potrafiłby tego zrozumieć, ponieważ słowo pochodziło z języka, którym nikt tutaj nie mówił. Ale Farah tego właśnie słowa użyła dziś wieczorem w szatni. Nie wypowiedziała go, tylko pomyślała.

Padar. Ojciec.

Przecisnęła się przez tłumek medyków i pochyliła się nad leżącą dziewczynką. Odpowiedziała jej w języku dari.

Spokojnie, kochanie. Wszystko będzie dobrze. –

Lekarka o blond włosach w pomarańczowej kamizelce pogotowia spojrzała na nią zdumiona.

Pani z rodziny? –

Nie, ale ona wzywała ojca. –

To nie dziewczynka, tylko chłopiec. –

Chłopiec, w takich szatach? Z takimi ozdobami i w pełnym makijażu? W jednej chwili Farah uświadomiła sobie, o co tu może chodzić. Nigdy w życiu nie pomyślałaby, że ta wielowiekowa tradycja wywodząca się z jej ojczystego kraju może zawitać na Zachód. Ale jednoznaczny dowód leżał właśnie przed nią zakrwawiony na noszach.

Macie tu tłumacza? – spytała Farah. –

Właśnie ściągają kogoś telefoniczne – powiedziała jasnowłosa – lekarka, zatrzymując Farah ruchem dłoni przed drzwiami gabinetu, do którego wwieziono chłopca.

Ja mogę tłumaczyć! – zawołała Farah, patrząc, jak sanitariusze – przekładają chłopca z noszy na stół zabiegowy. W tym samym czasie słyszała nerwową wymianę zdań. Zrozumiała, że jasnowłosa lekarka nie zgodziła się zostawić chłopca swoim kolegom. Nagle zamachała do Farah.

Proszę go zapytać, kto jest jego ojcem – powiedziała, rozcinając – jednocześnie do końca szatę chłopca. Dwie pielęgniarki zdejmowały z niego w tym czasie wszystkie ozdoby, wkładając je do przezroczystej plastikowej torebki, którą przymocowały do noszy.

Farah podeszła do chłopca. Dawała mu może z siedem, najwyżej osiem lat. Zaczęła łagodnie przemawiać do niego w języku dari, starała się go przekonać, że jest już bezpieczny i że musi się trzymać. I że zostanie przy nim.

Ostrożnie ujęła jego dłoń, a on zacisnął ją na jej palcach.

Jak się nazywasz? –

Patrzył na nią przerażony, jakby pochodziła z innego świata.

Namet chist? Jak się nazywasz? –

Trzymała ucho tuż przy jego wargach, ale przez ogólny harmider i głośno wypowiadane polecenie, prawie nie słyszała jego szeptu, nie mówiąc już o tym, żeby mogła go zrozumieć.

Usłyszała, jak jasnowłosa lekarka, która przywiozła chłopca, informuje telefonicznie, że zaraz przetransportują „ciężki przypadek”. W tym momencie do gabinetu wpadła pielęg-
niarka.

Chirurg urazowy jest już w drodze – oznajmiła. –

Sama go zoperuję – powiedziała jasnowłosa lekarka tonem – nieznoszącym sprzeciwu, mocując jednocześnie dren do klatki piersiowej chłopca. Farah o mało nie zemdlała, kiedy to zobaczyła. Ponownie pochyliła się nad chłopcem i szepnęła mu do ucha:

Ma Farah astom, to ki hasti? Ja jestem Farah, a ty? –

Zobaczyła łzy spływające mu po policzkach i nagle poczuła przeogromną chęć rozpłakania się razem z nim, ale zdołała się opanować i zaczęła szeptać mu do ucha to, co zwykle mówi się w takich sytuacjach.

Jestem przy tobie. Nie zostawię cię samego. –

Wiesz już o nim coś więcej? – spytała lekarka. –

Jeszcze nie. A tak właściwie, to gdzie go znaleźliście? –

W Lasku Amsterdamskim. Potrącony przez samochód. Sprawca uciekł z miejsca wypadku. –

Farah słyszała gniew w jej opanowanych słowach. Zaraz potem lekarka zwróciła się ponownie do obecnych w gabinecie.

No, dobra. Mamy tu złamania żeber i złamanie otwarte kości udowej. – Do tego przypuszczalnie krwotoki wewnętrzne w jamie brzusznej, a prawdopodobnie także wewnątrzczaszkowe. Chłopak idzie najpierw na salę operacyjną. Trzeba unieruchomić złamania, bo inaczej całkiem się wykrwawi. Potem zrobimy tomografię. Wszystko jasne?

Chłopca wywieziono z gabinetu urazowego. Farah szła obok noszy na kółkach i cały czas trzymała go za rękę. Lekarka szła obok niej aż do drzwi windy, które właśnie się otworzyły.

Jak się nazywasz? – zapytała, kiedy już były w windzie. –

Farah. –

Słuchaj, Farah, nie możesz wejść do sali operacyjnej. –

Nawet nie miałam takiego zamiaru. –

Zostawisz swoje nazwisko i numer telefonu? –

Będę w kontakcie – zapewniła Farah. – O kogo mam pytać, jak będę chciała z tobą rozmawiać? –

Daniëlle. Daniëlle Bernson. –

Chłopiec jęknął. Farah pogładziła go dłonią po włosach, drugą cały czas trzymała jego rękę.

Zaraz zaśniesz – powiedziała szeptem. – Wtedy już nic nie będzie cię bolało. A jak się obudzisz, znowu będę przy tobie. –

Popatrzył na nią z niezrozumiałą ulgą.

Drzwi windy się rozsunęły. Ruszyli dalej pustym korytarzem, aż zatrzymali się przy sali operacyjnej numer 12.

No to jesteśmy – powiedziała Daniëlle. –

Farah zbliżyła twarz do twarzy chłopca.

Pani doktor ci teraz pomoże. A ja tu na ciebie poczekam? Zgoda? –

Zobaczyła w jego oczach błysk rozpaczy. Pocałowała go w policzek i powoli uwolniła dłoń z jego uścisku.

Dzięki, Farah – powiedziała Daniëlle, wchodząc do sali. –

Farah prawie jej nie słyszała. Kiedy chłopiec zniknął za dźwiękoszczelnymi drzwiami, docierało do niej tylko bicie jej własnego serca, które waliło jak szalone. Zaczęła chodzić tam i z powrotem po pustym korytarzu. A potem podjęła decyzję.

Tłumaczył: Ryszard Turczyn

Fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Amber

O „Motylu i burzy” u nas TUTAJ