Strona główna Inne Konrad Grześlak „Miasto Iluzji. Tom I. Pistolety”. Fragment

Konrad Grześlak „Miasto Iluzji. Tom I. Pistolety”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Konrad Grześlak „Miasto Iluzji. Tom I. Pistolety”. FragmentRuszył spod willi Adlera i minął kilka kolejnych posesji. Głupio mu było przystawać przy parkanach, wspinać się na podmurówki i zaglądać komuś na podwórko. Zobaczył jakąś szopę, ale czy miała na drzwiach wydrapane runy? Ciężko było dojrzeć z tej odległości.

– Przepraszam. – Podszedł do kolejnego parkanu. – Nie orientuje się pani, gdzie mieszkają państwo Sosnowscy?

Nieco smutna blondynka przed czterdziestką podniosła wzrok znad papryk i bakłażanów, które kroiła na drewnianym stole. „Chyba ostatni grill w tym roku” – pomyślał Marcin. Na leżaku w głębi ogrodu siedział dwunastoletni chłopak i z zaciętą miną grał na przenośnej konsoli.

– Sosnowscy? – spytała kobieta. – Ja tu prawie nikogo nie znam. Mieszkam od niedawna.

– Rozumiem.

– Ale może mąż będzie wiedział…

Jak na zawołanie z domu wyszedł wysoki mężczyzna, niósł aluminiowe tacki z mięsem. Dość potężnie zbudowany, ogolony na łyso, ubrany mimo chłodu w sprany podkoszulek z orłem w koronie, zbyt mały i trochę za bardzo opinający mięśnie. Na pierwszy rzut oka Marcin przykleił mu łatkę typowego podmiejskiego kulturysty-patrioty.

Facet spojrzał ponurym wzrokiem. Coś było nie tak. „Ma oczy jak pięć złotych” – pomyślał Marcin.

– Adam, pan pyta, gdzie mieszkają jacyś Sosnowscy – powiedziała blondynka.

– To ty nie wiesz, gdzie jest Sosnowskich dom? – wycedził mężczyzna nazwany Adamem. Brzmiało to tak, jakby miał sklejone wargi. – Sporo czasu. Okolica już dawno poznana, tak być powinno. Powinno tak, powinno…

– Adam! – Blondynka przewróciła oczami. – Proszę cię, opanuj się na minutę.

Marcinowi zrobiło się nieswojo. Gdy facet się odezwał, źle przyklejona łatka od razu odpadła. Jak na zwykłego kulturystę z przedmieść miał zbyt wielkie źrenice i za bardzo rozbiegany wzrok, a jego ton sugerował jakiś problem z głową.

Dziwna sytuacja, ale to znaczyło, że dom rodziców Artura musiał być gdzieś niedaleko.

– A czemu szuka Sosnowskich? – rzucił w powietrze Adam, idąc z mięsem do nierozpalonego grilla.

Marcin poczuł się wywołany do tablicy, chociaż pytanie skierowane było raczej do blondynki.

– Czy to ważne? Po prostu szukam.

– To ważne, tak. Pojeby się tu kręcą, węszą, kto ma jaki wóz albo co trzyma w chacie. Ważne, tak. Ten nie wygląda, ale chuj go tam wie.

Chłopak z konsolą dotknął czoła otwartą dłonią, jakby chciał powiedzieć: „Nie rób siary, chłopie”.

– Adam! – wykrzyknęła znów kobieta i uśmiechnęła się do Marcina przepraszająco.

– Mówię tylko, jak jest. – Facet strzepnął dwoma palcami niewidzialny pyłek.

Sytuacja wymykała się spod kontroli. Adam nie odpuszczał i zaczął nawijać blondynce w swoim dziwacznym pokręconym stylu, jak to na wiosnę chodził taki jeden po osiedlu i węszył, a potem była seria włamów dwie ulice dalej. Płytki wdech: „Zajebali citroena Tarczyńskiemu”. Płytki wydech: „Walendom wynieśli kino domowe”. Blondynka nie kojarzyła, więc Adam strzepywał palcami niewidoczne pyłki i nakręcał się jeszcze bardziej. Marcin miał wrażenie, że jeśli mu przerwie, to facet bez namysłu chwyci go wielkimi łapskami za fraki.

A jednak trzeba było jakoś zareagować.

– Jestem kolegą Artura Sosnowskiego – powiedział głośno.

Adam przerwał swoje wywody i spojrzał na Marcina dziwnie zalęknionym wzrokiem. W lekko załzawionych oczach Marcin dostrzegł niepewność.

– Jakoś nie przypominam sobie ciebie – powiedział Adam powoli. – A kojarzyłem większość jego kumpli.

– No to nie wszystkich najwyraźniej. Chodziłem z Arturem do liceum.

Facet wyglądał na zbitego z tropu. Trzy razy zadrgała mu powieka. „Dziwny tik” – pomyślał Marcin. A Adam wciąż milczał.

– Hej! Tutaj! – zawołał ktoś posesję dalej. – Chodź!

Marcin spojrzał w tamtym kierunku. Przy płocie stała dziewczyna po dwudziestce, ubrana w żółty gumowy płaszcz i czapkę z daszkiem, spod której wystawały długie jasne włosy. Trzymała grabie i machała nimi Marcinowi.

– No to już wie, gdzie jest dom Sosnowskich – powiedział Adam do blondynki, a tak naprawdę sam do siebie. – Dwie drogi, ale trzecia. Jeszcze nie teraz. Moja wina. Jeśli lekko byłem niemiły.

– To mu się zdarza – rzuciła blondynka przepraszająco.

– Lekko tylko. Nie ma sprawy. – Marcin pokiwał głową.

Odetchnął z ulgą. „Kurwa, co za dziwaczny facet…” – pomyślał. Szybko pokonał te kilkanaście metrów i poczekał, aż dziewczyna podejdzie do furtki. Otworzyła i zaprosiła go gestem do środka.

Wszedł na posesję. Kątem oka zobaczył jeszcze, jak Adam wybałusza oczy i nieufnie patrzy w jego stronę.

 

– Ten koleś już taki jest – powiedziała dziewczyna, kiedy weszli do domu. – Od paru lat ma jakieś zwidy. Trzęsie dupą, że ktoś mu zaraz wyniesie sprzęty z chaty. Rzadko z niej wychodzi, więc nie wiem, jak mogliby cokolwiek wynieść. Kuku na muniu i paranoja.

Marcin rozejrzał się po przedpokoju, ale niewiele dojrzał. Ciemne wnętrze wyłożone brązową boazerią. Przypominający świecznik mały smętny żyrandol, którego dziewczyna zapomniała włączyć, albo nie włączyła specjalnie. Było trochę jak w krypcie.

– Już wiem, że jesteś kolegą Artura. – Dziewczyna zdjęła płaszcz, ale została w czapce z daszkiem. – Zanim powiesz cokolwiek więcej, musimy zawrzeć umowę.

– Umowę?

– Starych nie ma. Są na zakupach, niedługo wrócą. I wtedy im powiemy, że jesteś moim kumplem ze studiów. Pasi?

– Po co? – spytał Marcin niepewnie.

Zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią.

– Powiem tak – wychrypiała w końcu. – W tym domu temat Artura od paru lat jest zamknięty. Dobrze mi z tym i nie chcę, żeby cokolwiek się zmieniło.

– Okej. – Marcin kiwnął. – Jestem twoim kumplem ze studiów. Mam jakiś cel tej wizyty?

– Pożyczyć książkę z metalografii.

Dziewczyna zniknęła w kuchni. Wszedł za nią i się rozejrzał. Pierwsze, co wyczuł, to intensywny zapach chloru z detergentu. Nieskazitelny porządek. Żadnych okruchów na blatach, pusty i suchy zlew. Wyszorowana do czysta podłoga, wielka nowoczesna lodówka z podajnikiem do lodu.

– To kuchnia reprezentacyjna. – Dziewczyna wydęła wargi. – Matka jej nie używa. Drugą mamy na piętrze. Tam się gotuje rosołki i smaży schabowe. No i tam można sobie pozwolić na syf, bo matka obcych na piętro nie wpuszcza.

Marcin w dziennym świetle mógł wreszcie przyjrzeć się dziewczynie. Miała bladą, lekko zaczerwienioną skórę i nos usiany piegami. Prawie bez makijażu, tylko odrobinę tuszu na rzęsach nad ciemnoniebieskimi oczami. Przypominała trochę Artura, ale tylko trochę.

– Posłuchaj – zaczął. – Jako twój kumpel powinienem wiedzieć, jak się nazywasz.

– Sorki, zapomniałam. – Uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń. – Jestem Weronika. Siostra Artura.

– Marcin. Marcin Bielawski.

Dziwne. Artur nigdy nie chwalił się, że ma siostrę. Marcin ugryzł się w język, dziewczyna mogła to źle odebrać.

– Co cię do nas sprowadza, Marcin?

Otworzyła lodówkę. Marcin dojrzał w środku dwa rzędy kartonów z sokami, poukładane jedna na drugiej zafoliowane tacki z mięsem, kilka zgrzewek serków homogenizowanych. Środkowa półka wypełniona była butelkami z mlekiem. Wyglądało to jak zapasy na cały tydzień.

– Oprócz podręcznika do metalografii? – spytał z krzywym uśmiechem.

– No. – Weronika wyjęła sok i napiła się prosto z kartonu. – Jestem trochę zdziwiona. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek przyszedł tu jakiś kolega Artura.

Marcin wziął głęboki wdech.

– Ja i Artur pisaliśmy scenariusz. Chodziliśmy razem do liceum, ale dopiero na studiach jakoś bliżej się zgadaliśmy.

– Byliście razem na architekturze? – Weronika zmrużyła oczy.

– Nie. Ja studiowałem kulturoznawstwo. Zaczęliśmy kiedyś gadać o filmach na spotkaniu naszej klasy z liceum. Artur powiedział mi, że ma spisanych mnóstwo ciekawych dialogów i że warto by było zrobić z tego scenariusz.

Weronika machnęła dłonią zachęcająco, by kontynuował.

– Skończyliśmy pisać pierwszą połowę, a potem pojechaliśmy na te pieprzone Mazury. Artur miał podobno spisany dalszy ciąg, ale nie zdążył mi go dać przed… no wiesz…

Weronika przewróciła oczami.

– Przed swoją śmiercią – powiedziała szorstko. – Dżizas, człowieku, minęło osiem lat. Nie musisz być taki delikatny.

Marcin odwrócił głowę. Patrzenie tej dziewczynie w oczy było męczące. Pewnie musiała nauczyć się żyć z tematem śmierci brata, krążącym po domu jak wysysający wszelką energię wampir. Przez te wszystkie lata zdążyła się otoczyć grubym pancerzem z szorstkości i wymuszonego luzu.

– Okej, masz rację, to było dawno – powiedział z niepewnym uśmiechem. – W każdym razie wczoraj ten temat wypłynął w trochę dziwnych dla mnie okolicznościach. Ktoś się tym zainteresował. Chce, żebym dokończył ten scenariusz.

– Chcą zrobić z tego film? – Weronika znów wydęła wargi. – Co to będzie? Kryminał? Nie mów mi tylko, że Artur wymyślił komedię romantyczną, bo nie uwierzę.

– Nie. To było o nas. O dwóch chłopakach, którzy nadają nie do końca na tych samych falach. Jadą w podróż po Polsce i to odmienia całe ich życie. Taki film drogi.

– Aaa. – Marcinowi wydało się, że Weronika nagle straciła zainteresowanie. – Więc co tam było w tym scenariuszu? Artur i jego szemrani kumple?

– Coś w ten deseń.

Dziewczyna omiotła wzrokiem idealną kuchnię.

– Mam tylko nadzieję – skrzywiła się – że wyrzucisz z tego waszego dzieła cokolwiek, co Artur dał o naszej rodzinie. Nie mam zamiaru oglądać w kinie tych wszystkich sytuacji, jak kłócił się z matką i trzaskał drzwiami. Chociaż mógłbyś zostawić to, jak robi mi zjeby i opierdala, że za długo siedzę w kiblu. Pieprzony palant.

Marcin uśmiechnął się pod nosem. W tej ukończonej połówce usunęli z Arturem niemal wszystkie wątki dotyczące jego rodziny. Została jedna kłótnia, mała, a matkę dali za ścianą, tak że słychać było tylko jej głos. O ojcu ani słowa. Żadnej młodszej siostry. Jakby narodził się z obłoku pyłu i żył w próżni. „To mi się nawet bardziej podoba” – mruczał zadowolony Artur.

– Posłuchaj, Weronika – zaczął Marcin. – Przyszedłem tu, bo mam dwie sprawy do załatwienia.

– No słucham.

– Nie śmiej się, ale pierwsza jest taka, że nie mam tego scenariusza. Zgubiłem swój egzemplarz.

– Grubo. – Uśmiechnęła się zgryźliwie.

– Z drugą jest problem. Chciałem prosić twoich rodziców o zgodę. Z szacunku do nich. I do Artura.

Weronika przez chwilę patrzyła na Marcina bez słowa.

– Metalografia, pamiętasz? – wycedziła w końcu.

– Nie za bardzo mogę ruszyć ten temat, jeśli przynajmniej jedno z nich nie powie mi: tak, możesz się tym zająć, nie mamy nic przeciwko temu.

– Możesz też wypieprzyć wszystko, co Artur napisał. Nie? – Odepchnęła się od ściany i podeszła do drzwi kuchni. – Z tym pierwszym mogę spróbować ci pomóc. Ale o drugim zapomnij – powiedziała cicho i dobitnie.

Marcin przez chwilę rozważał, czy po prostu nie wyjść teraz i nie darować sobie tematu. Ale to by było tak, jakby odpadł na pierwszej lepszej przeszkodzie.

– Pójdziemy do pokoju Artura? – spytał.

– Nie – rzuciła krótko Weronika. – Tam nic nie ma, wszystko uprzątnięte i wypucowane. Zresztą mówiłam ci, u nas obcy nie wchodzą na piętro.

– To co robimy?

– Ty nic. Usiądziesz w salonie i poczekasz – zakomenderowała, wskazując dłonią na skórzaną sofę. – Ja poszukam na strychu. Jak to mogło wyglądać?

– Albo zielony zeszyt z odręcznymi zapiskami, albo skoroszyt z wydrukiem. Grubszym fontem nazwy scen, a pośrodku kartek takie węższe kolumny z dialogami.

– Okej.

Weronika zniknęła w korytarzu. Marcin usłyszał trzeszczenie drewnianych schodów, kiedy wchodziła na piętro. Rozejrzał się po salonie. Wszystko było tak samo czyste jak w kuchni, żadnego kurzu, żadnych rozrzuconych gazet czy książek. Na błyszczącej politurowanej komodzie stały w równych rzędach wydania klasyki literatury z lat siedemdziesiątych w beżowych i czerwonych okładkach. Dwie wyrośnięte palmy w wiklinowych koszach pilnowały jak strażnicy dużego telewizora. Marcin omiótł wzrokiem ściany w poszukiwaniu jakiegoś zdjęcia, na którym mógł być Artur. Nie znalazł nic, tylko obraz z Jezusem i Matką Boską.

Ktoś otworzył drzwi wejściowe, a Marcin zamarł. Po chwili w progu salonu stanął siwy mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, w swetrze w kratę i popielatych dżinsach. Popatrzył na Marcina podejrzliwie bladoniebieskimi oczami.

– A pan to kto? – spytał gardłowym głosem, w którym dało się wyczuć mieszankę złości i zmęczenia.

Marcin zastanawiał się przez chwilę nad najlepszą z możliwych odpowiedzi.

– Dzień dobry – zaczął, siląc się na naturalność. – Jestem kolegą Weroniki. Poszła po podręcznik dla mnie. Z metalografii.

Ojciec Artura przewiercał go wciąż na wylot wypranym spojrzeniem.

– Aaa, pan z politechniki? – spytał nieufnie.

– Tak.

– Z którego roku?

– Z czwartego. – Marcin poczuł, że zaczyna się pocić. – Za rok będę robić inżyniera – dodał, próbując przypomnieć sobie różnice między uniwerkiem a polibudą.

– Jasne.

Ojciec Artura podszedł do regału z książkami i zabębnił palcami o półkę. Marcin usłyszał skrzypienie schodów.

– No, znalazłam. – Weronika stanęła w progu i pokazała Marcinowi podręcznik do metalografii. – Możemy pogadać w ogrodzie – dodała, zerkając na ojca z ukosa.

Marcin wstał z sofy, podszedł do Weroniki i wziął książkę z bladym uśmiechem.

– Mogłaś chociaż powiedzieć panu, że inżyniera robi się na czwartym roku, a nie na piątym. – Usłyszał za plecami pełen ironii głos. – Kłamać to trzeba umieć, ludzie!

Weronika rzuciła Marcinowi pełne wyrzutu spojrzenie. Wyrwała mu książkę z rąk i rzuciła niedbałym gestem na szafkę.

– Pan wejdzie do kuchni – powiedział nieco milej ojciec Artura. – Nie będziemy robić scen. Żona wróci za piętnaście minut. Cokolwiek pan tam knuje, ona nie musi o niczym wiedzieć. – Uniósł palec w ostrzegawczym geście. – Adam mi powiedział, że jest tu jakiś kolega Artura – dodał z lekkim uśmiechem satysfakcji.

 

– Obawiam się, że nie mogę dać panu na to zgody – powiedział ojciec Artura bez wrogości.

Od paru minut siedzieli naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Marcin zreferował krótko, po co przyszedł. Weronika stała przy oknie i przyglądała im się w milczeniu, popijając sok z kartonu.

– Nie zdaje pan sobie sprawy, z czym my tu musieliśmy się zmierzyć. Przez dwa lata żona brała środki uspokajające i nasenne. Weronice też się oberwało. – Wskazał na córkę. – Nie byliśmy w stanie poświęcić jej czasu, kiedy tego potrzebowała. Na szczęście teraz wszystko jest już bardziej… – zawahał się na chwilę – normalne.

Marcin nie wiedział, co powiedzieć.

– Teraz pan zajmie się tym scenariuszem, a my znowu będziemy musieli przechodzić przez całe to piekło – mówił dalej ojciec Artura. – Poza tym ta historia nie zasługuje na to, żeby dowiedziało się o niej pół Polski.

„Dziwnie zaakcentował frazę TA historia – pomyślał Marcin. – Ale czym ona właściwie jest?”

– I tu się mylisz – wtrąciła Weronika spod okna.

Ojciec Artura rzucił jej przeciągłe uciszające spojrzenie. Dziewczyna nie dała się jednak zbić z tropu.

– Teraz Artur jest nikim. Ktoś skopał go na jakimś poboczu i nikt nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności. Nikogo to nie obchodzi – unosiła się coraz bardziej. – Nie myślisz, że taki film to byłby jakiś hołd dla Artura?

– Może i tak. A może i nie – odpowiedział ojciec. – Dla mnie ważniejszy jest święty spokój. Mój, twój i twojej matki.

– O mój święty spokój to się nie martw. – Zezłościła się. – Dałam sobie radę wtedy, dam i teraz. Gówno was obchodziło, co ja czuję. Dwa lata musiałam słuchać tylko, jak matka gada: „Artur to, Artur tamto, Artur sramto”. Co by Artur powiedział, co by Artur pomyślał.

– Przestań mi tu wrzeszczeć do ucha – rzucił jej ostro ojciec, a w jego bladych oczach pojawiły się ostrzegawcze ogniki. – Ona zaraz wróci i chcę, żeby do tego czasu ten pan sobie poszedł. I nie życzę sobie, żeby pracował nad scenariuszem.

Marcin poczuł na policzkach palący rumieniec zażenowania. Weronika aż parowała od wściekłości.

– Przy okazji – syknęła. – Nie znalazłam na strychu ani zeszytu, ani wydruku.

Marcin uniósł wzrok. Dziewczyna nie kłamała. Ojciec Artura oparł się mocniej na krześle i przez chwilę patrzył martwo przed siebie.

– Artur zabrał zeszyt na Mazury – powiedział. – Kiedy dojechałem do szpitala, nie miał go przy sobie. Nie mam pojęcia, co się z nim stało.

– A wydruk z pierwszą częścią? – spytał Marcin.

Mężczyzna popatrzył mu w oczy.

– Spaliłem – powiedział cicho i dobitnie.

– Że co…? – Weronika uniosła dłonie w geście niedowierzania. – Kurwa, tato!

Marcin zaczął żałować po trzykroć, że nie spuścił Adlera na drzewo i nie dał rano odporu matce i jej opowieściom z krypty. Mogliby odrobić z Martą wszelkie zaległości: pochodzić pod rękę, pójść do kina, poszwendać się po sklepach z ubrankami dla niemowląt. Wykorzystać niedzielę.

Tymczasem siedział w kuchni jakiegoś dziwnego domu z dwójką kompletnie obcych ludzi. Dziewczyna chciała być pomocna, ale biły od niej złe emocje. Ojciec Artura łypał wypranymi oczami – złamany życiem, posklejany, pewnie bał się, że klej puści przy pierwszej nadarzającej się okazji. To wszystko było cholernie przytłaczające i przygnębiające.

Ojciec Artura poczuł się chyba wywołany do odpowiedzi przedłużającym się milczeniem Marcina.

– Wie pan – zaczął łagodniejszym, choć wciąż szorstkim tonem. – W tym scenariuszu było wszystko, co Artur robił poza domem. Pijany. Naćpany. Chodzi w jakieś podejrzane miejsca. Kupuje tam broń, gada jakieś bzdury. Te wszystkie bluzgi, ci jego kumple.

– To był Dawid – powiedział Marcin bez przekonania. – W scenariuszu był Dawid.

– Sam pan wie, że tam nie było za grosz fikcji. To był Artur, nie żaden Dawid. Nie mogłem pozwolić, żeby to wpadło w ręce jego matce. Wolałem, żeby zapamiętała go takim, jaki był w domu.

Weronika parsknęła i przewróciła oczami. Zaległa głucha cisza. Marcin wstał zdrętwiały i wyjął z kieszeni płaszcza wizytówkę.

– Mimo wszystko dziękuję.

Podał wizytówkę ojcu Artura. Mężczyzna przyjrzał się jej i odłożył ją niedbale na stół. Marcin odczytał z jego twarzy „nie ma za co”. Rzeczywiście, nie było.

– Gdyby pan jednak zmienił zdanie co do tej zgody, to proszę zadzwonić – powiedział i ruszył do przedpokoju.