Strona główna Recenzje K. Pisarzewska, Zbieg okoliczności

K. Pisarzewska, Zbieg okoliczności

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Adrianny Michalewskiej

 

Powieści autorki śledzę od czasu, gdy zadebiutowała książką „Halo, Wikta”.  „Zbieg okoliczności” to opowieść o małym miasteczku, w którym w każdej niemal szafie poupychano jakieś upiory. A to ojczym lubi przyglądać się przebierającej się pasierbicy, a to matka specjalizuje się w osuszaniu butelek, a to dzieciaki kradną.

To także opowieść o matriarchalnej społeczności, których w Polsce jest bardzo wiele. Jak mówi jedna z bohaterek, kobiety są jak jak jabłonie, a mężczyźni jak liście. One trzymają fason, a oni spadają. Rzecz w tym, że czasami trzymają ten fason odrobinę za mocno. Krzywdzone córki mszczą się jak potrafią, a wieczne pytania o męża, brak dzieci i ustabilizowanie się mogą stać się przyczyną niejednego nieszczęścia. 

 

Takie opowieści zna każdy, bo każdy przynajmniej raz je słyszał. Pisarzewska napisała powieść stendhalowską z licznymi elementami beylizmu, czyli takiej koncepcji, która zmusza bohatera do poszukiwania szczęścia przez indywidualne doświadczenia zmysłowe. Beylizm kultuwuje też indywidualizm. A tego u Pisarzewskiej nie brakuje. 

Trudno znaleźć w tym społeczeństwie kogoś, kogo życie w zgodzie z normami społecznymi uszczęśliwia. Ta makatka utkana z różnych potrzeb wciąż się dziurawi i rozchodzi na szwach. Wcześniej, czy później każdy idzie w swoją stronę i dojrzewa do tego, aby zrozumieć, że innej możliwości nie ma.

„Zbieg okoliczności” to także historia, gdzie ginie kobieta a pociąg zabija młodego człowieka. Poszukiwania winnych stają się tłem do historii dramatów poszczególnych bohaterów. Zarówno tych, którzy stali się ofiarami, jak i tych, którzy zawodowo zajmują się przestępstwem.

Ta historia stanowi szereg pytań o to, czy można wybaczyć rodzicowi, który nie potrafił pokochać swojego dziecka, a jedynie dokładał wszelkich starań aby je wychować. Co ciekawe prawie każde małżeństwo w Gosztowie rozpada się, albo trzyma się razem z powodu zbrodni. Wyraźny jest tu też brak elementu boskiego, co w tak małej społeczności może dziwić, jednak autorka wyjaśnia to zmianami, jakie zachodzą w małych miejscowościach masowo okupowanych przez przesiedlających się tam mieszczuchów. Tak, czy siak, proboszcz nie interweniuje, ot przygląda się z boku. Nowa społeczność? Chyba tak. Choć grzechy wciąż te same.

 

 

Bardzo polecam.

 

Powieść przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka