Strona główna Inne Już jesteś martwa Sharon Bolton – fragment

Już jesteś martwa Sharon Bolton – fragment

0
PODZIEL SIĘ

Już jesteś martwa Sharon Bolton - fragmentJuż jesteś martwa Sharon Bolton – fragment

Balon wisiał w powietrzu jak odwrócona do góry nogami bombka na choince. Jego kulista powłoka w pasy odbijała się w lustrze jeziora. W blasku poranka woda mieniła się barwą dojrzałej brzoskwini, przy brzegach bladym złotem, a na środku głębszym, bogatszym różem. Nie wiało. I było cicho. Drzewa wzdłuż brzegu przestały szeleścić. Żaden z trzynastu pasażerów balonu nie poruszał się ani nie odzywał. Wydawało się, że świat wstrzymał oddech.

            W dole, tak daleko, jak sięgał wzrok, w każdą stronę rozciągały się bezkresne, porośnięte wrzosami torfowiska Parku Narodowego Northumberland. Hektary traw falowały jak sierść olbrzymiego budzącego się zwierzęcia, strumienie błyszczały jak srebrne łuski węży, palące wschodzące słońce ogarniało ogniem szczyty wzgórz. Krajobraz nie miał końca, był dziki, taki sam jak przed setkami lat, jakby balon był wehikułem czasu, który przeniósł ich w czasy, gdy północ Anglii zamieszkiwało jeszcze mniej ludzi niż teraz. Nie widzieli żadnych dróg, linii kolejowych, miast ani wsi.

            Poza nimi świat wydawał się pusty.

            Kosz był duży, prostokątny, jak zwykle w przypadku lotów wycieczkowych, podzielony na cztery sekcje, żeby ograniczyć możliwość przemieszczania się pasażerów po pokładzie. Pilot miał własne miejsce, pośrodku prostokąta. W jednym z przedziałów były dwie kobiety, obie po trzydziestce. Jedna ubrana na czarno, druga na zielono. Nie były aż tak podobne, żeby wziąć je za bliźniaczki, ale na pewno były siostrami. Ta w czerni wyrzuciła z siebie cichą bańkę dźwięku, zbyt głośnego na westchnienie, zbyt radosnego na jęk.

            – Nie ma za co. – Siostra w zielonym uśmiechnęła się.

            Swój przedział siostry dzieliły z księgowym z Dunstable. Jego żona i dwójka nastoletnich dzieci stali w sąsiednim. Po przeciwnej stronie pilota byli trzej mężczyźni, ubrani jak światła na pasach w czerwone, pomarańczowe i zielone kurtki, małżeństwo w średnim wieku ze Szkocji i emerytowany dziennikarz.

            Płynęli nad jeziorem, a kosz kontynuował swój powolny i leniwy spiralny obrót. Ten stały ruch był jednym z największych zaskoczeń wyprawy, tak samo jak odczucie powietrza na wysokości. Było ostrzejsze i bardziej świeże niż na dole. Zimne, ale nie w ten nieprzyjemny sposób jak mroźne poranki. To powietrze szczypało w skórę, musowało w płucach.

            Kobieta w zieleni, Jessica, przysunęła się do siostry, której twarz była blada, dłonie kurczowo wczepione w krawędź burty. Wpatrywała się w lustro wody w dole, z oczami rozszerzonymi zdumieniem. Jessicę naszła nagła i niepokojąca myśl. Że siostra zaraz wyskoczy.

            Krótką chwilę później pomyślała, że lepiej by się stało, gdyby wyskoczyły obie, że jedna czy dwie sekundy strachu i bolesne zderzenie z powierzchnią wody to wcale nie aż takie straszne. Chłodna dławiąca czerń mogłaby je zabić, ale równie dobrze mogłaby wypchnąć je w górę i zanieść do brzegu. Gdyby wyskoczyły w tamtym momencie, może obie wciąż by żyły.

            – Niesamowite, prawda? – spytała. Już dawno temu się przekonała, że rozproszenie uwagi potrafiło czasami powstrzymać siostrę przed jakimś lekkomyślnym ruchem. – Podoba ci się? Nie mogę uwierzyć, że nigdy wcześniej tego nie zrobiłyśmy.

            Isabel się uśmiechnęła, ale nie odpowiedziała. Po co? Było jasne, że jest zachwycona wycieczką.

            – Jest cudownie, prawda? Popatrz na te kolory.

            Nadal żadnej odpowiedzi, jednak Jessica odczuwała satysfakcję, gdy patrzyła, jak siostra podnosi głowę i rozpromienionym wzrokiem omiata grupę drzew rosnących tuż przy brzegu. Były jak damy na balu, rozpychające się, walczące o miejsce. Zwiewne suknie spływały do samej ziemi, plątały się, aż nie było wiadomo, gdzie   kończy się jedna, a zaczyna druga. Za drzewami wzgórza, błyszczące jak drogocenne klejnoty, ciągnęły się w nieskończoność.

            – Przelatujemy teraz nad majątkiem Harcourt. – Od chwili startu tylko pilot mówił głośniej, a nie szeptał jak reszta. – Pierwotny dom stał na tamtym wzniesieniu bezpośrednio przed nami, ale spłonął w pożarze pod koniec dziewiętnastego wieku.

            – Nie powinniśmy się wznieść trochę wyżej? – Emerytowany dziennikarz z przerzedzonymi włosami, za to z dość obfitym brzuchem, z niepokojem przyglądał się szybko się zbliżającym drzewom.

            – Nie ma się czego obawiać. Już nie raz tędy latałem. – Wysoki, rudowłosy pilot z akcentem okolic Newcastle popieścił powietrze nad palnikiem krótkim snopem płomienia. Ci, którzy stali najbliżej, poczuli na głowach podmuch gorąca, jak z pieca. – Lubię w tym punkcie lecieć nisko, bo te lasy to w Humberland jedno z najlepszych miejsc, żeby zobaczyć wiewiórki. A także, chociaż to już dość późno w sensie pory roku, rybołowy.

            Nastąpiło nagłe poruszenie, ludzie wyciągnęli kamery i zaczęli się przeciskać do brzegów kosza od strony lasu. Żadna z sióstr nie zabrała kamery, więc to one pierwsze zobaczyły zrujnowaną górną część domu, kiedy się pojawiła, wyrastając spomiędzy koron drzew jak pokryty kamieniem ząb. Siostra w czerni zadrżała.

            – Ten szesnastowieczny dom wybudowano tu w celach obronnych – oznajmił pilot, gdy balon lekko się wzniósł, żeby ominąć wierzchołki drzew. – W tamtym czasie rozciągał się z niego niczym

niezmącony widok na prawie osiemdziesięciu kilometrów. Piętnaście minut do lądowania, proszę państwa.

            – Co to? Na czubku tego szerokiego drzewa z żółtymi liśćmi? Szarawobrązowe pióra. – Jeden z mężczyzn pokazał do tyłu, na szczyty drzew, i uwaga wszystkich przeniosła się tam.

            – Możliwe. – Pilot odwrócił się od kierunku podróży i podniósł do oczu lornetkę.

            – Tam w dole ktoś jest.

            – Gdzie? W lesie? – Jessica spojrzała tam, gdzie patrzyła siostra, ale jej wzrok nigdy nie był aż tak dobry. Słuch Isabel też miała lepszy. I zawsze pierwsza wyczuwała zapachy i dziwny smak w potrawach. Z nich dwóch to ona była tą wrażliwszą, z bardziej wyostrzonymi zmysłami.

            – Za domem.

            Jessica wspięła się na palce. Ponad ramieniem siostry zobaczyła ziejące dziury w dachu i rozpadające się mury.

            – Jakaś dziewczyna. Biegnie.

            Balon przepłynął nad domem tak nisko, że dało się zobaczyć maleńkie poduszki mchu i pokruszone dachówki. Pilot, zajęty wypatrywaniem rybołowa, pozwolił, żeby zeszli jeszcze niżej.

            – Tam.

            Biegnąca postać – młoda kobieta, szczupła, ciemnowłosa, w czymś niebieskim, chyba orientalnym – dotarła do odległego krańca ogrodu.

            – Co ona robi?

            Dziewczynę w dole obserwowały tylko siostry. Inni pasażerowie próbowali uwiecznić na zdjęciach rybołowa, dziennikarz radził, jak najlepiej fotografować dziką przyrodę. Jessica rozejrzała się, niepewna, czy powinna zaalarmować resztę. Z kieszeni kurtki wyciągnęła telefon.

            W dole, w ogrodzie, zza linii zarośli wyłonił się jakiś mężczyzna. Szedł powoli, ale zdecydowanie. Z góry siostry mogły określić tylko jego sylwetkę i strój – niski, ale mocno zbudowany.  W  luźnej skórzanej kurtce i filcowym kapeluszu. i  Biała koszula. Spod ronda kapelusza wystawały ciemne kręcone włosy.

            Obok mężczyzny biegł owczarek niemiecki.

            – Och! – Jessica jeszcze bliżej przysunęła się do siostry. – Bello, nie ruszaj się, daj mi tylko…

            Na widok mężczyzny dziewczyna w dole osunęła się na kolana, skuliła i zasłoniła głowę rękami.

            – Co to? – zdumiała się Isabel.

            – Nie wierzę! To on.

            – Kto? Jess, znasz tego mężczyznę?

            – Sean! – Jessica sięgnęła do tyłu, żeby dotknąć ramienia pilota. – Musisz to zobaczyć.

            – O co chodzi? – Pilot odwrócił się w ich stronę, tak samo księgowy.

            – On ma broń. – Nastoletni syn księgowego zauważył parę w dole. Pokazywał na coś w lewej ręce mężczyzny. Coś, co wyglądało na sztucer lub strzelbę. W prawej mężczyzna trzymał duży kamień.

            – Och, mój Boże, faktycznie – rzuciła matka nastolatka. – Co z tym zrobimy?

            Nadal mówili przenikliwym szeptem.

            Inni w koszu przestali się interesować rybołowem. Więcej głów zwracało się w stronę sióstr. Dziewczyna na ziemi spojrzała w górę, zobaczyła balon i zaczęła krzyczeć. Mężczyzna, który jeszcze ich nie spostrzegł ani nie usłyszał, podniósł kamień wysoko. Dziewczyna przywarła do ziemi, jakby chciała się pod nią zapaść. Mężczyzna z rozmachem opuścił kamień.

            Dziewczyna już więcej  nie krzyknęła. Zduszony okrzyk, doskonale słyszalny w porannym powietrzu, wydarł się z ust kogoś w balonie. To był jedyny dźwięk, jaki wydali. Byli w szoku. Mężczyzna na ziemi odwrócił się i spojrzał w górę. Jego pies też. Zaczął szczekać. Pasażerowie w balonie zobaczyli, że mężczyzna upuszcza kamień i podnosi rękę do głowy. Przytrzymując kapelusz, odchylił się i patrzył na nich.

            – O Chryste – jęknęła Jessica.

            Powietrze wokół nich zaryczało, bo Sean otworzył zawór i wypuścił płomień. Ale podczas instruktażu mówił, że po zawsze należy się liczyć ze zwłoką, do dziesięciu sekund. Może minąć aż dziesięć sekund, zanim balon się wzniesie. Isabel, która prawdopodobnie przypomniała sobie to samo, zaczęła cicho liczyć.

            – Dziesięć, dziewięć…

            Jessica podniosła telefon, włączyła  aparat i pstryknęła zdjęcie mężczyźnie. Zauważył to. Przez sekundę patrzył jej prosto w oczy.

            – Osiem, siedem…

            Mężczyzna na ziemi przełożył strzelbę do prawej ręki.

            – Kryć się! Wszyscy na dół! – Jessica zepchnęła siostrę poniżej krawędzi burty i sama  przykucnęła. Sięgnęła w tył i pociągnęła za rękę księgowego. Nie mogła się schować do końca,  w koszu po prostu nie było na to miejsca, więc nadal wpatrywała się w mężczyznę w dole. Czubek jej głowy niebezpiecznie wystawał ponad krawędź.

            Pies biegał podekscytowany w kółko, ujadając na to coś dziwnego na niebie.

            – Sześć, pięć… – liczyła Isabel.

            Chyba się wznosimy, chociaż wolno, pomyślała Jessica. Niektórzy nadal stali.

            – Schowajcie się – zawołała.

            Kolejny płomień strzelił w górę w tym samym momencie, w którym mężczyzna na ziemi podniósł strzelbę. Ciszę porannego powietrza przeszyły okrzyki przerażenia. Pasażerowie wołali do siebie i do pilota. Kiedy księgowy, sięgając nad przegrodą przedziałów, zaczął spychać rodzinę w dół, kosz zaczął się obracać. Siostry znalazły się dalej od dramatu rozgrywającego się na ziemi.

            – Cztery, trzy… – Zdecydowanie się wznosili, teraz już szybciej.

            – Trzymajcie się mocno! – Sean wypuścił płomień po raz trzeci.

            – Dwa, jeden.

            W myślach Jessica odliczyła jeszcze jedną sekundę, potem kolejną. Tak, teraz wznosili się szybko. Balon przefrunął za otoczone murem granice ogrodu. Z każdą sekundą nabierał wysokości.

            – Och, dzięki Bogu! – Szybko, w górę. – Och, mój Boże! Ludzie, schowajcie głowy!

            Kosz się obrócił, znowu widziała ogród. Przez przejście zwieńczone łukiem, kiedyś pewnie wyposażone w solidne dwuskrzydłowe drzwi, mężczyzna na ziemi wyszedł na otwartą przestrzeń za domem. Jessica podniosła telefon i znowu zrobiła zdjęcie. Tym razem miała doskonałą widoczność. Na nieszczęście mężczyzna też.

            – Głowy w dół! Głowy w dół!

            Nie wiedziała, kto krzyczy. Prawdopodobnie pilot, ale nie mogła się poruszyć, nie mogła ukucnąć i się schować. Dalej wpatrywała się w mężczyznę, który dla równowagi oparł się o mur, a potem przyłożył kolbę do ramienia.

            Celował w nią. Była pewna.

            Strzał – głośny, wyraźny i bardzo, bardzo bliski – i kilkusekundowa, wypełniona szokiem cisza. Potem ciche mamrotanie i zduszony jęk. Nastoletnia dziewczyna zaczęła płakać.

            Balon wznosił się teraz bardzo szybko, ziemia w dole się kurczyła. Dwie postacie, jedna zwinięta jak pogrążony we śnie wąż, druga krocząca szybko wzdłuż wzniesienia, jakby chciała ich dogonić, zaczynały być niewyraźne. Kątem oka Jessica zobaczyła, że nad burtą pojawia się następna głowa. Słyszała, że ktoś się porusza, drapie w rattanowy szkielet kosza. Inni pasażerowie podnosili się na nogi. Isabel popchnęła ją, więc się odchyliła, żeby siostra mogła wstać.

            – To się stało naprawdę?

            – Nie wierzę.

            – Wszyscy są cali?

            – Helen? Poppy? Nathan? Odezwijcie się.

            Mężczyzna w dole znowu podniósł strzelbę. Kosz się zachybotał, bo ludzie znów  zaczęli się chować. Tym razem obie siostry pozostały tam, gdzie stały. Byli już wysoko, pewnie tak wysoko, jak wtedy, gdy rozpoczynali lot. I kilkaset metrów dalej. Wydawało się, że są bezpieczni.

            – Mamy tu zasięg? – Dziennikarz wciąż kucał. – Musimy zawiadomić policję.

            Jessica już to sprawdzała. Nic. Zasięg był bardzo słaby albo w ogóle go nie było. Park Narodowy Northumberland to nadal jeden z najbardziej odosobnionych, słabo zaludnionych, najtrudniej dostępnych zakątków kraju.

            Głowy znowu zaczęły się pojawiać. Księgowy, który wcześniej przedstawił się jako Harry, sięgnął do żony otaczającej ramionami stojące u jej boków dzieci. Ludzie, wyraźnie wstrząśnięci, patrzyli w dół na wzniesienie, na ruiny domu, na jesienną mozaikę lasu. Jezioro nadal błyszczało w porannym słońcu jak porzucona jednopensówka. Było już bardzo daleko.

            – Już dobrze. Niech się wszyscy uspokoją. Nat, nic ci nie jest? Już po wszystkim. Jesteśmy już daleko. Już go nawet nie widzę. Jezu Chryste, my to naprawdę widzieliśmy?

            Jessica poczuła, że zaczyna drżeć, przerażenie ustępowało miejsca uldze. Znowu sprawdziła telefon. Tam na ziemi jest kobieta, która nie da rady uciec. Ktoś z inną siecią może mieć więcej szczęścia. Otworzyła usta, żeby poprosić, aby wszyscy sprawdzili swoje komórki…

            Krzyk uderzył ją w bok głowy jak młot.

            Pasażerowie jak jeden mąż odwrócili się w kierunku, skąd dobiegł. Po drugiej stronie kosza stała nauczycielka w średnim wieku, Natalie. Zasłaniała twarz dłońmi, nie przestając krzyczeć. Jej mąż chwycił ją za ramiona i próbował odwrócić do siebie.

            Pozostali pasażerowie popatrzyli na nią, powiedli spojrzeniami za linią jej wzroku i natychmiast zorientowali się, że czegoś brakuje. I że ten brak przywiedzie ich do zguby.

            Sean, rudowłosy pilot, nie stał już wyprostowany w swoim oddzielnym przedziale pośrodku kosza, z jedną ręką na zaworze palnika, a drugą zaciśniętą na lornetce. Ci najbliżej niego przechylili się w przód, jakby sądzili, że on też się schował. Nastoletni chłopak został odciągnięty przez ojca. Jeden z mężczyzn odwrócił się, na twarzy miał wyraz obrzydzenia.

            – Co?

            – Gdzie on jest?

            – Zniknął?

            Jessica przecisnęła się bliżej i wspięła na palce, żeby wyjrzeć nad ramieniem księgowego, a potem znowu podniosła telefon i zaczęła robić zdjęcia.

            Wnętrze przedziału pilota wyglądało, jakby ktoś oblał je czerwoną farbą. Po rattanowych bokach spływała krew i kleisty szary śluz. Na spodzie plątanina kończyn i tułowia.

            Głowy nie było. Została odstrzelona od ciała.

Tłumaczyła Małgorzata Stefaniuk

Za możliwość publikacji fragmentu dziękujemy Wydawnictwu Amber

O Już jesteś martwa u nas TUTAJ i TUTAJ