Strona główna Inne Jędrzej Pasierski „W imię natury”. Fragment

Jędrzej Pasierski „W imię natury”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Jędrzej Pasierski „W imię natury”. FragmentRozprawa przeciwko Elektrowni Jabłoczno nam nie poszła. Sąd nie zamierzał uchylić decyzji środowiskowej dotyczącej rozbudowy bloków i trzeba było postanowić, co dalej.

Wstyd przyznać, ale w ostatnim okresie bardziej niż na naszą działalność analityczno-procesową liczyłem na rzeczy pozostające poza moim wpływem. Od pewnego czasu śledziłem nie tylko branżowe media energetyczne, ale i zerkałem do prasy gospodarczej. Wydania „Forbesa” i „Harvard Business Review” zalegały na moim biurku, budząc zdziwienie kolegów; podejrzewali pewnie, że już mi się znudziła zabawa w NGO-sy i zatęskniłem za biznesem i prawdziwymi pieniędzmi.

Prawda była inna. Łapczywie wertowałem czasopisma, w których nieodmiennie brylował młody człowiek o banalnej twarzy i modnie zaczesanych do tyłu włosach, w garniturach wyglądających na takie, za które można by kupić mojego saaba i przez rok go tankować.

Łukasz Orski, przyszły król polskiej energii i nie tylko. Syn zmarłej żony miliardera Macieja Rusa i jego spadkobierca. Rus umarł nagle i bez testamentu, co pasowało do ekscentryczności, którą przejawiał w życiu i biznesie. Nie pozostawił bliskich krewnych. A ponieważ w 2009 roku do grona spadkobierców ustawowych dołączono pasierbów, z zamożnego człowieka Łukasz Orski stał się arcybogatym.

Skierowały się na niego światła reflektorów. Media informowały: Kawaler. Prawnik z wykształcenia, a biznesmen z nadania. Niewiele poniżej czterdziestki. Absolwent świetnych szkół, przyjaciel możnych, obywatel świata.

I takie tam brednie.

Mnie jednak Łukasz Orski się podobał. Podobał bardzo i spijałem jego słowa z licznych wywiadów. Znałem je tak dokładnie, że pamiętałem całe frazy.

Łukasz Orski spotykał się z księciem Karolem i Alem Gore’em. Łukasz Orski miał w Niemczech i Wielkiej Brytanii przyjaciół, którzy razem z nim kończyli prestiżowe szkoły podyplomowe, najlepsze z najlepszych studia MBA. I Łukasz Orski wcale nie wydawał się związany wizją swojego ojczyma, który zbił fortunę na tanim węglu i kontaktach z rządem. Wyglądało na to, że teraz ta wielomiliardowa zdaniem „Forbesa” fortuna może zostać przesunięta w bardzo interesujące miejsce.

Kilkukrotnie w wypowiedziach młodego bogacza pojawiało się stwierdzenie: „Niemcy potrafią uzyskać z energii odnawialnej taką moc jak my z całej naszej konwencjonalnej energetyki opartej na węglu”. Wiadomo, Niemcy to nie my. Ale od czego jest się młodym, wyedukowanym dziedzicem fortuny. Nie od powielania błędów, ale od zmieniania świata.

Łukasz Orski miał plan. Plan, na który pewnie nigdy by sobie nie pozwolił za życia ojczyma. Plan, którym zyskiwał poklask takich właśnie prominentnych piewców energetyki odnawialnej jak następca brytyjskiego tronu i niedoszły amerykański prezydent. Teraz Orski wyjawiał swój pomysł światu, a jego hasło wzbudzało we mnie radość nie mniejszą niż każdy z uśmiechów Igi.

Morska farma wiatrowa.

Pierwsza w Polsce. Zakładana moc: czterysta tysięcy megawatów.

Czterysta tysięcy megawatów rocznie! Najpewniejszej energii wiatrowej, bo wiatry na morzu są silniejsze i sta40 bilniejsze. Czyściutkiej, taniej mocy. I nawet jeśli jedna farma nie wystarczy, żeby przewrócić do góry nogami polski koszyk energetyczny, to przecież kiedy nasi włodarze zobaczą, że się da…

Oczywiście pozostawała jeszcze cała mafia górnicza, brudne interesy rządowe i wszystkie inne pełzające patologie. Ale politycy pękną w końcu pod wpływem społeczeństwa, bo tego, że Polacy w ogromnej większości popierają energię odnawialną, nie można było dłużej ukrywać. To był fakt, nasza krajowa tajemnica poliszynela.

Bez takiego potężnego i pewnego źródła zielonej energii panował jednak pat. Powietrze powietrzem, ale w ostatecznym rozrachunku żaden Polak nie chciał zostać bez prądu, nawet przez chwilę. Wszyscy mieli swoje telewizory, lodówki i pralki. A zagrożenie choćby i przejściowym niedoborem mocy mogło być świetnie wykorzystane przez polityków.

Lecz taka potężna farma wiatrowa dostarczająca mocy dla całego regionu mogła być tą wyczekaną forpocztą postępu w dziedzinie energii odnawialnej. Prąd, który wygeneruje elektrownia, oczywiście trzeba będzie jeszcze sprzedać.

Czy jednak spadkobierca człowieka, który najsprawniej w dziejach Polski biznesowo dogadywał się z rządem, mógłby tego nie ugrać? Ostatecznie kombinacja unijnych nacisków prawnośrodowiskowych, kontaktów i znaczenia nazwisk Rus i Orski, a także zwyczajnej, choć niezwykle powolnej ewolucji w stronę zielonej energii w Polsce musiały zaowocować czymś dobrym.

Byłem podekscytowany i zakładałem, że moi współpracownicy też o tym rozmawiają, lecz profesjonalizm kazał nam działać tak, jakbyśmy nie mogli liczyć na żadne ułatwienia czy zdawać się na tego młodego dandysa. Ale jakim wsparciem byłaby dla nas pomoc pierwszoligowego gracza biznesowego!

Spotkania się przeciągały, ledwo miałem czas pójść do toalety. Dlatego dopiero po południu uświadomiłem sobie, że nie zamieniłem słowa z Mają, a i ona nie dała dzisiaj znaku życia.

Dzwoniła natomiast Iga. Trzy razy. Poczułem jakiś dziwny niepokój. Od czasu krótkotrwałej ślepoty świat wydawał mi się trochę mniej pewnym miejscem. Wypadek, szpital, choroba. Oddzwoniłem do córki. Odebrała po drugim sygnale i od razu wyczułem, że jest zła.

– Gdzie jesteś, tato? – zapytała.

– W pracy, jak to o czternastej. A gdzie powinienem być?

Miałem niemalże stuprocentową pewność, że Igę dziś również odbiera Maja, a Staś po przedszkolu pojedzie do Aleksa. Przecież zamieniłem o tym rano dwa słowa ze Swetrową, mamą tego chłopca i pewnie z sześciorga innych dzieci mieszkających w dokładnie takim domku jak nasz. Nigdy nie doliczyłem się, ile dokładnie nasza sąsiadka ma potomstwa. I nawet jeśli wiedziałem, dawno już zapomniałem, jak Swetrowa ma właściwie na imię.

Maja, zdolna czasem do celnych złośliwości, nadała jej ksywkę po jednej z wywiadówek, podczas której Swetrowa przez cały czas głośno i irytująco perorowała, i to do niej przylgnęło. Matczyne swetry zasłaniały jej biust, którym można by wykarmić połowę żłobka. Wydawała się całkowicie poświęcona misji odmłodzenia polskiego społeczeństwa; jej nikt nie będzie mógł zarzucić, że nie pracuje na nasze emerytury.

Jako niepracującej mamie najlepszego kolegi naszego syna sporo jej jednak zawdzięczaliśmy. Często odbierała Stasia z przedszkola i to zawsze Staś szedł do Aleksa, a nie odwrotnie. Tak jak i dziś. Żadne z nas, a zwłaszcza Febik, nie przeżyłoby najazdu potomstwa Swetrowej.

– Dlaczego nikt po mnie nie przyjechał? – spytała Iga.

– Gdzie jesteś?

– Poszłam do Nero. Odrabiam lekcje. Mama ma wyłączony telefon, ty nie odbierasz… – oznajmiła z wyrzutem w głosie.

Wyrodni rodzice zmuszają dziecko do przesiadywania w modnych kawiarniach. Mógłbym to jakoś skomentować, gdybym miał humor. Ale nagle straciłem ochotę.

– Jak to wyłączony? – zapytałem głośniej, niż chciałem. Maja, nawet jak pracowała, była pod telefonem.

– Tak to. Dzwoniłam ze dwadzieścia razy, aż mi się odechciało. To kiedy możesz po mnie przyjechać? Czy mam się tłuc autobusem?

Stary wyrzut przeprowadzki pod las zabrzmiał w głosie Igi, lecz nie miałem ochoty na utarczki. Nie teraz.

– Mama nie wspominała, że nie da rady cię dzisiaj odebrać? – upewniłem się.

– Nie, tato.

– Poczekaj chwilę, zadzwonię do niej. I nigdzie już nie łaź, wyjdę z pracy w ciągu dwudziestu minut. Wyślij mi SMS-em adres kawiarni.

– Lepiej pinezkę ci wyślę – skomentowała Iga.

Nauczyła mnie tego ostatnio: wysyłania lokalizacji i przede wszystkim odczytywania jej w telefonie. Dobrze, bo nie miałem czasu na dodatkowe objaśnienia.

Ręka mi drżała, kiedy wciskałem jedynkę na klawiaturze. Maja nie korzystała z poczty głosowej, więc odpowiedział mi tylko suchy stęk i – bach – połączenie zostało przerwane. Bezmyślnie spróbowałem jeszcze raz. I jeszcze raz, na nic. Napisałem SMS-a: „Odezwij się, jak tylko będziesz mogła. Martwię się”.

Mieliśmy jeszcze jedno spotkanie, z zaprzyjaźnioną organizacją ekologiczną. Pracowaliśmy nad wspólną kampanią, bo oni dysponowali zasobami personalnymi i promocyjnymi, by wesprzeć naszą wiedzę i umiejętności analityczne. Wciąż jednak zastanawiałem się, czy to właściwy krok, tak bardzo różniły się nasze podejścia. W każdym razie pojawiła się teraz doskonała wymówka, żeby opuścić tę naradę – a może myślałbym tak, gdybym nie był pogrążony w niepokoju.

W trzech słowach opowiedziałem Ani, co się dzieje. Nie było potrzeby rozwijać tematu, zrozumiała już po pierwszym zdaniu, a pewnie jeszcze wcześniej, po spojrzeniu na moją twarz. I nie wyraziła dezaprobaty dla ucieczki z biura, w ostatnich miesiącach mojego stałego grzechu.

– Nie martw się, Matek. Na pewno nic takiego się nie dzieje – powiedziała.

Pokiwałem głową.

– Jedź – dodała. – Wezmę ich na klatę.

Nasze dyskusje z partnerami mogły skończyć się wzajemnym przekrzykiwaniem, więc to nie było byle co ze strony mojej wspólniczki.

– Dzięki – rzuciłem już w drzwiach. Ruszyłem w stronę wyjścia, kierując się do saaba, bo trawił mnie lekki, ale stale narastający lęk.

 

Droga do pracowni Mai zajęła mi koszmarne trzydzieści pięć minut; Wisłostrada stała w korkach, jak co dzień. Władowałem się w sam środek piekła i nic nie było w stanie ukoić moich nerwów, kiedy raz po raz bezsensownie wybierałem numer Mai. Wściekałem się na innych kierowców, nie śpieszyli się tak jak ja.

W końcu udało mi się przebić w kierunku Żoliborza, na placu Inwalidów zaparkowałem „na zakazie” i pognałem do atelier mojej żony.

Klatkę schodową na poddaszu oświetlała tylko jedna licha żarówka. Maja dorobiła mi kiedyś klucz do pracowni, włożyłem go do zamka i walczyłem dłuższą chwilę, napotykając zaskakujący opór.

Nic dziwnego: drzwi były otwarte. Pchnąłem je, wszedłem do środka i od razu poczułem silny zapach rozpuszczalnika. Mimo tego deprymującego aromatu panował tu porządek, moja żona nie umiała inaczej pracować. Poza tym wnętrze było za małe, żeby pozwolić sobie na bałagan.

Obraz leżał na podłodze. Fantazyjna mozaika, namalowana jak po zażyciu kwasu albo grzybów halucynogennych. W innych okolicznościach mógłbym być dumny, że Maja umiała tak malować na trzeźwo.

Popołudniowe światło wpadało przez ukośne okno. Dostrzegłem podłużne wgłębienie w rozległym płótnie – było przerwane. Wzory skłaniały się ku sobie, jakby chciały porozmawiać.

Płótno miało kilka metrów długości, więc ubytek nie był duży. No, ale był. Zastanawiałem się, czy da się to naprawić, czy obraz nie został bezpowrotnie zniszczony.

Wątpliwe, że spadła na niego jedna z mniejszych prac, opartych o ściany. Tych obrazów było zresztą bardzo mało, tak jak i krzeseł. Poza nimi Maja nie umieściła w pracowni żadnych mebli.

Pochyliłem się nad wgłębieniem. Miało sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt centymetrów długości. Wstałem, by zyskać perspektywę, i następnie kucnąłem nad obrazem, delikatnie dotykając farby. A potem instynktownie przełożyłem dłoń na drugą stronę.

Przez moment błądziłem palcami po warstwie kurzu, dopóki nie dotknąłem czegoś o ostrej krawędzi. Uchwyciłem to i równie ostrożnie wyciągnąłem, po czym podniosłem do światła. Trzymałem w dłoni kawałek paznokcia.

Przez kilkanaście lat związku z malarką nawet taki tłuk jak ja nauczył się rozróżniania kolorów. Dlatego wiedziałem teraz, że odłamek pomalowany jest lakierem o barwie koralu.

Nie musiałem długo główkować, czyjego paznokcia był

kiedyś częścią. Maja niezmiennie malowała je w tym jednym kolorze, twierdząc, że koral najlepiej gra z jej cerą. Przywiązywała do tego ogromną wagę, rzadko robiła manicure sama i chroniła dłonie w trakcie pracy.

Odłamek paznokcia znalazłem po drugiej stronie rozleglejszej z zadr na obrazie. Kilkadziesiąt centymetrów powyżej dostrzegłem na płótnie jeszcze jedno, bardziej owalne i płytsze wgłębienie, gdzie nie doszło do przerwania materiału.

Niemal położyłem się teraz na obrazie, próbując dopasować swoją sylwetkę do zniszczeń. Miałem sto osiemdziesiąt centymetrów, Maja dziesięć mniej. Ale te dziesięć centymetrów nie robiło obecnie różnicy.

Tam gdzie było owalne wgłębienie, spoczęła zapewne głowa mojej żony, a tam gdzie przebiegało ostrzejsze cięcie, Maja złamała sobie paznokieć.

Poczułem dreszcz na karku.

Moja żona upadła na własny obraz, niszcząc wielomiesięczną pracę.