Strona główna Aktualności I nagroda w naszym konkursie z REBISEM

I nagroda w naszym konkursie z REBISEM

0
PODZIEL SIĘ

Szanowni Państwo,

 

przedstawiamy opowiadanie, które zwyciężyło w naszym konkursie z REBISEM. Jego autorem jest pan Maciej Biernawski.

Jutro przedstawimy laureata drugiego miejsca. Zajrzyjcie.

Do pana Maćka pojedzie aż 10 powieści ufundowanych przez wydawnictwo REBIS. Prosimy o potwierdzenie chęci odbioru nagrody i podanie adresu do przesyłki.

 

ROZEJRZYJ SIĘ, JEST WSZĘDZIE!

 

Jest podstępne. Jest potężne. I jest wszędzie. Nie jest widoczne na pierwszy rzut oka, choć niektórzy mają to nieszczęście doświadczyć go w całym jego bezmiarze. Ale przeciętny człowiek widzi tylko jego cień, albo karykaturę, przeważnie w formie stworzonej przez przemysł filmowy na potrzeby rozrywki dla bezrozumnej gawiedzi. Ciemnoty, która pędzi do kina, by je obejrzeć z bezpiecznej odległości, która dzieli wygodny fotel od ekranu. Potem wychodzą z kina, nieświadomi, że ono czai się niedaleko.

Że nie śpi.

Że jest.

Że często jest w nich samych.

Ja je widziałem. Wciąż je widuję. Czytam o nim w gazetach, oglądam je w wiadomościach, w internecie. I w pracy. W filmach ono przeważnie przegrywa. Tak już musi być, inaczej w człowieku coś się buntuje. I to pozwala niektórym sądzić, że walka z nim wciąż w nas trwa i że kiedyś ono naprawdę przegra. Lecz ja już nie mam złudzeń. To ta walka jest tylko złudzeniem. Iluzją. Jego przewaga polega na tym, że ludzie sądzą, że tak naprawdę istnieje tylko w filmach i książkach. Albo gdzieś indziej, w innym kraju, na innym kontynencie, gdzie ludzie, na podobieństwo dzikich zwierząt wyrzynają się wzajemnie, topiąc swoich pobratymców w hektolitrach krwi. A ono jest obok. U sąsiada. W szkole. Na ulicy. Wszędzie!

 

Czy się z nim rodzimy? Czy jest w nas od samego poczęcia, niczym niewidzialna, trzecia komórka, współtworząca zygotę od początku istnienia skażoną jego pierwiastkiem? Tkwi w nas na podobieństwo jądra w atomie, otoczonego chmurą elektronów spraw naszego życia. Jądro ciemności? A może tylko czai się obok, czekając na okazję, by zamieszkać w naszej duszy. A okazji jest wiele. Bo ono jest atrakcyjne. Daje siłę, dodaje pewności siebie, przynosi łatwy i szybki zysk. Wystarczy na chwilę ugiąć się przed nim, a ono wnika w nas i nie odpuszcza. Nigdy. Jest jak HIV. Nabawiasz się go w chwili słabości, ktoś zaraża cię nim, świadomie lub nie. I nawet jeśli nie jesteś temu winien, już je masz w sobie i ono drąży twoją duszę docierając do najgłębszych zakątków. Sadowi się w jej najciemniejszych zakamarkach i przyczaja. Powoli anektuje ją, obejmując cię w swoje posiadanie. Uderza niespodziewanie, w chwili zwątpienia. Za nic ma konwenanse czy dobre wychowanie, które czasem hamują je, nie pozwalając się ujawnić w pełnej postaci. Lecz skutecznie ogarnia mrokiem ostatnie, jasne miejsca twojego ?ja?, sprawiając, że stajesz się ?nim?. I jeszcze jedno. Coraz częściej ludzie pozostają na nie obojętnymi. Jeśli już je dostrzegą, okazuje się, że jest oswojone. Przyjmują jego obecność, dziękując Bogu, losowi, czy swojemu szczęściu, że nie dotyczy ich. Ich osobiście. Do czasu?

O czym mowa? Określamy je jednym, krótkim słowem.

Zło.

*  *  *

Od dziecka wiedziałem, co chcę robić w życiu. Chciałem zostać detektywem. Zaczytywałem się w kryminałach, a moim idolem był oczywiście Sherlock Holmes. Imponował mi bystrością umysłu, umiejętnością odczytywania niewidzialnych dla innych znaków i śladów, ukrytych pośród mnóstwa pozornych rozwiązań lub w gąszczu fałszywych tropów. Podziwiałem go. Kiedy podrosłem, uświadomiłem sobie, w czym tkwił sekret jego sukcesów. Nie jest sztuką rozwiązać zagadkę, kiedy sam ją wymyślasz. To Conan Doyle snuł i plątał nić intrygi, a Holmes rozwiązywał ją tylko dzięki temu, że jego umysłem kierowało pióro autora. Prysł czar, zająłem się tą tematyką bardziej serio. Czytałem stare pitavale, nieliczne dostępne wtedy młodzieży naukowe opracowania dotyczące wiktymologii czy generalnie kryminalistyki. Dostałem się na prawo, obroniłem pracę magisterską i kontynuowałem naukę w szkole oficerskiej policji, nowej formacji, powstałej na bazie peerelowskiej milicji. Wkroczyliśmy w nowe czasy, a ja, jako młody, zdolny oficer sekcji kryminalnej wylądowałem w Komendzie Miejskiej Policji w S., gdzie pracuję do dziś. Życie zweryfikowało idealistyczne wyobrażenia o pracy detektywa. Uświadamiano nam to już w szkole, ale co innego usłyszeć, a co innego doświadczyć tego na własnej skórze. Zanurzyłem się w bezdenne bagno ludzkiej podłości, brutalności i zła. Nie miałem jeszcze wtedy świadomości jego niezwykłej siły. Powody, dla których człowiek zabijał człowieka, bo to chyba najgorszy z przejawów zła, były czasem tak błahe, że nie chciało się wierzyć. Kilka złotych długu, krzywy uśmiech, dawne urazy sięgające dwa pokolenia wstecz. Widziałem dziesiątki trupów, czasem w takim stanie, że trudno było rozpoznać w tym coś, co jeszcze nie tak dawno temu było istotą ludzką. Chodzącą, oddychającą, mającą rodzinę, przyjaciół. Żyjącą swoim życiem.

Jedne zabójstwa były bezmyślne, inne wyrachowane. Ale zło jest inteligentne. Nawet bezsensowna z pozoru zbrodnia ma sens. To triumf zła, jeszcze jeden akt, ukazujący jego siłę i potęgę. Widziałem dziesiątki morderców. Kobiet i mężczyzn. Także dzieci, bo niektórzy z nich mieli po kilkanaście lat. Patrzyłem im w oczy podczas przesłuchań, w trakcie śledztw, albo na zdjęciach z policyjnych kartotek. To w oczach, zwierciadłach duszy, starałem się odnaleźć to coś, co kazało im zabić, czasem w tak okrutny sposób, że to aż nie mieściło się w głowie. Pomijając zwykłych bandziorów, patrzących w obiektyw aparatu z wystudiowaną pogardą dla ?psów?, przede wszystkim przyglądałem się przypadkowym zabójcom. Zabijali w afekcie, w złości, czasem sami nie wiedzieli, dlaczego zabili. Matkę, brata, sąsiada, przypadkowego przechodnia, nowo narodzone dziecko. Zwyczajne twarze zwyczajnych ludzi, jakich setki mijasz codziennie na ulicy. Ukryty głęboko na dnie duszy pierwotny byt dał znać o sobie w tej jednej chwili, której mieli żałować przez następnych kilkanaście czy kilkadziesiąt lat w celi. Jedni żałowali tego, co zrobili, inni tego, że ich złapaliśmy. Łączyło ich jedno. Zło.

*  *  *

Tego lata S. sparaliżowane był strachem. W mieście pojawił się szaleniec, psychopatyczny morderca. Panikę podsycała prasa, podkreślając seryjny charakter zabójstw, choć my staraliśmy się zachować wszystko w tajemnicy, ujawniając jedynie takie szczegóły śledztwa, których poznanie przez ogół społeczeństwa mogło nam pomóc wykryć sprawcę. Były jednak przecieki, co niestety nam nie pomagało. Telefony ze zgłoszeniami przerażonych ludzi, podejrzewających swych sąsiadów, były na porządku dziennym. Z wyjątkiem ewidentnych przypadków zaburzeń psychicznych, pozostałe musieliśmy sprawdzać. Roboty było mnóstwo. Stałem na czele zespołu śledczego, powołanego przez komendanta wojewódzkiego. Były już dwie, bestialsko zamordowane ofiary, których nic ze sobą nie łączyło. Poza dwoma wyjątkami. Oba ciała były skrępowane. Ponadto, przy obu trupach znaleziono dziecięce zabawki: sterowany radiem samochód i lalkę, disnejowską Roszpunkę. Od razu wiedziałem, że te rzeczy nie mogły należeć do ofiar. Trzydziestodwuletni prawnik raczej nie bawi się lalkami, a staruszka samochodzikami. Teoretycznie mogły je tam zostawić jakieś dzieci, ale oboje żyli samotnie. Mecenas, mieszkający w bloku w Śródmieściu miał tylko rodziców w E., a starsza pani, zajmująca małe mieszkanko w willi przy ulicy Libelta, nie miała nikogo. Obecność zabawek mogła być przejawem jakichś dziwactw, zbieractwa czy zboczenia, jednak wykluczał to pewien szczegół. Znaleziony przy zwłokach staruszki radiowóz-zabawka miał na masce starannie wydrapany napis ?CHWDP?, a siedzący w nim plastikowy policjant przebity był gwoździem. Laleczka, włożona w usta prawnika, miała na rękach malutkie kajdanki. Na żadnej z zabawek nie znaleziono ani odcisków palców, ani innych śladów biologicznych. To właśnie przez te zabawki, mimo, że na razie popełniono tylko dwa zabójstwa, przyjęcie hipotezy o seryjnym mordercy wydawało się być oczywistym. Zabójca podjął z nami dziwną grę. A my, zainstalowani w pokoju na poddaszu budynku komendy, czekaliśmy, kiedy uderzy po raz kolejny.

Kilka dni po odkryciu drugiej ofiary, kiedy w pocie czoła snuliśmy kolejne hipotezy, czekaliśmy na wyniki kolejnych ekspertyz i staraliśmy się znaleźć jakieś powiązania, do pokoju wpadł Berdak. Jarek Berdak jest moim współpracownikiem, w zasadzie podwładnym. Bystry chłopak, wstąpił do policji kilka lat temu. Ma miłą żonę i małego synka. Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, jak po tym wszystkim, co widział w pracy, może wrócić do domu i po prostu o tym zapomnieć. Tłumaczył mi, że to właśnie dzięki rodzinie. Że to miłość i czystość tego dziecka pozwala mu się oderwać od złych myśli. ?Jestem wtedy jak człowiek, którego obrzucają gównem, a ono się go nie ima, pozostaje pachnący i czysty na przekór tym, którzy chcą go skalać? ? śmiał się, błyskając równymi, białymi zębami. Szczęśliwy człowiek.

– Słuchajcie ? wpadł do pokoju, trzaskając drzwiami ? dzwonili z Komendy Głównej. Przysyłają nam człowieka do pomocy. Uwaga, kurwa, teraz będzie trudne słowo: profilera! Po kursie FBI w Quantico, wyobraźcie sobie!

Roześmieliśmy się wszyscy, trochę z przymusem. Nikt nie lubi, jak ktoś mu się wtrąca w robotę. Nie sądzę, żeby był to wyraz braku zaufania ze strony tych z Głównej, raczej próba zastosowania zachodnich standardów, lecz mimo wszystko, nie było nam przyjemnie. Ale co zrobić? Na władzę nie poradzę? Przyjechał nazajutrz. Nadkomisarz Żmudziński. Całą swoją osobą manifestował swą niezwykłość. Zachowaniem, wyglądem, usposobieniem. Końcówki włosów miał utlenione, nosił się z warszawska, jakby właśnie wrócił z imprezy w modnym klubie. Przywitał się po kolei z każdym, podając rękę i rzucając od niechcenia swoje imię, od razu skracając dystans. Pewnie pozostałość po pobycie w Stanach. Nie spodobał mi się. Kiedy podszedł do mnie i powiedział ?Jacek?, przedstawiłem mu się stopniem służbowym i pełnym imieniem i nazwiskiem. Nie będzie mi tu gówniarz skakał. Chłopaki uśmiechnęli się półgębkiem. A on nawet się nie speszył.

– Więc jak, panie komisarzu ? zapytałem ? jakieś pierwsze wnioski?

– Dopiero przyjechałem, muszę się trochę ogarnąć, bo wygląda na to, że spędzę tu jakiś czas. Niepotrzebnie wracałem do Warszawy. Byłem w S. trzy dni temu ? wyjaśnił, przysiadając na krawędzi biurka. Mojego.

– To akurat wtedy, jak nasz ptaszek załatwił tego prawnika ? Jarek patrzył badawczo na Żmudzińskiego. Sprawdzał gościa. Ten nie dał się sprowokować. Żartobliwie pogroził Jarkowi palcem. Bransoletka ze skórzanego rzemyka opadła w kierunku łokcia.

– Uważaj, chłopaku. Ty też byłeś na miejscu!

– Tak, ale w robocie ? Jarek uśmiechnął się i rozejrzał po twarzach chłopaków. Też się uśmiechali. Wyglądało na to, że go zaakceptują. O ile nie będzie się za bardzo mądrzył.

– Dobra ? Żmudziński wstał z biurka ? idę się zainstalować w tym waszym Sheratonie ? miał na myśli policyjny hotel na tyłach komendy ? Wrócę za dwie godzinki, to pogadamy.

Kiedy wyszedł, Kudelski, sierżant-wywiadowca, powiedział:

– Ja się tam kurwa, nie znam, ale jak ktoś mi powie, że można opisać popaprańca z charakteru, wyglądu, a nawet stwierdzić, co przeżył w dzieciństwie tylko na podstawie zbrodni, które popełnił, to go wybrechtam. Nawet jak będzie po kursie w FBI czy innym NBA.

Wszyscy roześmieliśmy się. Potem Jarek odebrał telefon, który przełączyła centrala. Dzwoniła jakaś pani, twierdząc, że jej sąsiad jest poszukiwanym, seryjnym mordercą. Zapytana, dlaczego tak sądzi, odpowiedziała, że widziała, jak trzy dni temu wychodził w nocy z mieszkania. Nie mogła uwierzyć, że morderstwo sprzed trzech dni popełniono w biały dzień.

*  *  *

Parę godzin później byliśmy już w prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej. Ja i Żmudziński. Wciąż uparcie tytułowałem go komisarzem, on mnie też. Młody anatomopatolog, Andrzej Winiarczyk, z którym już wcześniej pracowałem, rzucił na biurko w swoim skromniutkim gabinecie plik wielkoformatowych zdjęć.

– Myślałem, że mamy XXI wiek ? zdziwił się Żmudziński. Winiarczyk spojrzał na niego i pokazał stojący obok laptop.

– Mam swój styl pracy, no. Dla ciebie odpalę fotki na kompie ? oczywiście z inicjatywy Żmudzińskiego byli już na ?ty?.

Włączył laptop i kliknięciem myszy otworzył folder zatytułowany ?KTZ?. Tak między sobą nazywaliśmy ?naszego? mordercę. Było to nawiązanie do amerykańskiego seryjnego zabójcy z Kansas, który sam siebie nazywał skrótem BTK. Bind, Torture, Kill. Krępuj, Torturuj, Zabij. Działali bardzo podobnie. Żmudziński popukał paznokciem w ekran laptopa, w miejsce ikony folderu i uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Dobre!

Pewnie uczył się o BTK w Quantico.

– Właśnie po to są papierowe zdjęcia ? Winiarczyk odsunął palec Żmudzińskiego od monitora ? żeby uniknąć smarowania ekranu paluchami. Możesz sobie je macać do woli?

Żmudziński westchnął teatralnie i pokręcił głową, a potem wziął do ręki zdjęcia i zaczął je przeglądać. Przekręcał je, przybliżał do oczu, a potem oddalał. Cmokał, marszczył brwi, słowem, odstawiał przedstawienie. Idiota.

– Czytałeś już mój raport, no nie? I co o nim sądzisz? ? zapytał go lekarz.

– Cóż? Charakter obrażeń i zadanych ran może świadczyć o jego sadystycznych skłonnościach, to oczywiste. Wygląda na to, że wie, gdzie uderzyć, żeby zadać ból ? wskazał na zdjęciu ślady uderzeń z krwawymi podbiegnięciami widoczne na korpusie prawnika ? a jeśli chodzi o te zabawki? Chce zakpić z policji. Niewykluczone, że chciał być policjantem, a jego kandydatura została odrzucona. Mści się w ten sposób. Daje nam sygnał: ja wam pokażę, kto jest lepszy. Jest w miarę inteligentny, skrót wydrapany na samochodziku jest napisany prawidłowo, przez ?ch?, a nie jak piszą to kibole ? przez samo ?h?. Prawdopodobnie swoje życie zawodowe związał jakoś z mundurem, nie wiem: ochroniarz, strażnik ochrony kolei, strażnik miejski? A może ratownik medyczny z pogotowia? Zna anatomię, mógł znać okolice z interwencji karetki. Nie znam jeszcze wszystkich szczegółów. Ale wiem, z powiedzmy dziewięćdziesięciopięcioprocentową pewnością, że ma kuchenkę gazową?

– Co? ? zdziwił się lekarz.

Żmudziński przejrzał zdjęcia i wyciągnął z pliku jedno z nich. Rzucił je na biurko. Sfrunęło z wdziękiem i sunąc po blacie zatrzymało się przed Winiarczykiem. Przedstawiało zabawkę znalezioną w mieszkaniu staruszki, ofiary numer jeden. Na zbliżeniu widać było wyraźnie napis, o którym była przed chwilą mowa oraz przebitą gwoździem, siedzącą za kierownicą radiowozu figurkę policjanta.

– Zobaczcie. Gwóźdź nie jest wbity, tylko? wsunięty jak w masło. On musiał być rozgrzany. Brzegi plastiku w dziurze są nadtopione, a plastik nie jest popękany, co miałoby miejsce przy użyciu siły. Musiał rozgrzać gwóźdź nad palnikiem kuchenki. I pewnie zrobił to u siebie w domu. Na pokrętłach kuchenki staruszki były tylko jej odciski palców, nie rozmazane, więc nie zrobił tego u niej?

– Albo zrobił to w pracy. Albo zapalniczką ? rzuciłem ? poza tym to, co pan przed chwilą stwierdził, zawęża grono podejrzanych do jakichś kilkuset tysięcy osób. I to tylko z S. Bo być może sprawca jest u nas na gościnnych występach?

Wkurzył się. Na niezmąconej do tej pory pogodnej twarzy pojawił się lekki grymas zniechęcenia. Nie powiem, ucieszyło mnie to trochę.

– Komisarzu Kurc ? spojrzał na mnie ? takie spostrzeżenia, jakim przed chwilą się z wami podzieliłem, to tylko mały klocek w układance, jaką jest często nasza, nomen omen, żmudna, policyjna robota. Przecież pan o tym doskonale wie, więc po co te cięte komentarze pod moim adresem?

Wciąż patrzył na mnie ciężkim wzrokiem. Winiarczyk udawał, że go nie ma, grając na laptopie w sapera. Postanowiłem trochę rozluźnić atmosferę. Podszedłem do Żmudzińskiego z wyciągniętą dłonią.

– Okej ? powiedziałem ? ma pan rację, przepraszam. Jurek. Mów mi po imieniu.

Uniósł brwi do góry, tak, że niemal dotknęły linii włosów. Podał mi rękę.

– Jacek. Zatem wstępujemy na nową, świetlaną ścieżkę współpracy.

– Tak jest ? uśmiechnąłem się. Co nie oznacza, że zmieniłem o pajacu zdanie.

Pogadaliśmy jeszcze trochę o obrażeniach ofiar i możliwych wersjach przebiegu zdarzeń. Konkluzja była raczej nieprzyjemna. Wyglądało na to, że sprawca dopiero się rozkręcał. Byliśmy pewni, że na dwóch zabójstwach się nie skończy.

*  *  *

Wieczorem zadzwonił Żmudziński, zapraszając mnie do siebie, do hotelu. Pewnie w ramach dalszego przełamywania lodów. Kiedy wszedłem do małego pokoiku, którego wystrój pamiętał czasy kartek na mięso, gospodarz powitał mnie butelką alkoholu. Nie żadnej whisky, koniaku czy innej eleganckiej wódki, tylko zwykłą czystą. Podejrzewałem od początku, że ma problem z piciem, choć nie widać było tego na pierwszy rzut oka. Jak się okazało, miał problem. Cóż, nie on jeden, kolejny przykład siedział po chwili obok niego na starej kanapie. Poznał swój swego?

Jestem co prawda niepijącym alkoholikiem, ale zawsze alkoholikiem. To zostaje w człowieku do końca życia. Dlatego teraz uprzejmie podziękowałem za kieliszek, wyjaśniając powód odmowy. Zdziwiłem się, kiedy w jego oczach wyczytałem zrozumienie. Nie nalegał więcej, uznał też, że nie będę miał nic przeciw, jeśli będzie pił sam. Nie miałem. Po kilkunastu minutach luźnej pogawędki, a właściwie jego monologu przerywanego haustami żołądkowej gorzkiej, był gotowy. Jego zachowanie zmieniło się diametralnie. Puściły hamulce, nadmiar alkoholu ujawnił prawdziwe oblicze, maskowane dobrymi manierami. Jego samouwielbienie przekraczało wszelkie granice dobrego smaku. Przekonanie o własnej wielkości, bezmiarze zalet przy jednoczesnym braku wad było, jak dla mnie, wręcz maniakalne. Po jakimś czasie zniżył bełkotliwy głos do szeptu i nachylając się, powiedział mi na ucho poufale:

– Pokaszę ci cssoś? Tylko ćśśśś? – przytknął palec do ust.

Wstał, trzymając się kurczowo oparcia kanapy i podszedł chwiejnym krokiem do łóżka, na którym niedbale rozwłóczona była pościel. Sięgnął pod poduszkę i z głupim uśmieszkiem na ustach wyciągnął spod niej rewolwer, małego Smith&Wessona. Machał nim w powietrzu, prychając wargami.

– Po co ci to? ? zapytałem ostrożnie.

– Wwwwieszsz, ilu pojebuff siedzi przese mnie? ? wybełkotał ? Jaką mam gwaransję, że któryś nie będzie chciał się na mie zemś? mśś? cić?

?Dwóch, trzech??, zapytałem cierpko w myślach.

– Przecież siedzą w pierdlu albo w psychiatryku ? odpowiedziałem rzeczowo, na głos.

– A jakh wyjdom? ? zapytał przebiegle, uśmiechając się chytrze, wciąż wymachując rewolwerem ? Mój wykładoffca w Stanach tak robił, hep? A to był mondry gość, ojjj, ojoj! ? zawył cicho. Nie wiem, co miało oznaczać to wycie. Przesadził. Broń plus wódka równa się wypadek. Wstałem.

– Dobra, Jacek, fajnie było, ale muszę już lecieć?

Zanim skończyłem zdanie, już leżał na łóżku, chrapiąc gardłowo. Rewolwer wypadł mu z ręki i z głuchym stukiem upadł na wykładzinę. Wyszedłem, lekko zniesmaczony, cicho zamykając za sobą drzwi.

Następnego dnia Jarek doniósł mi uprzejmie, że Żmudziński narobił sobie kłopotów w hotelu. Po moim wyjściu, obudziwszy się w środku nocy zszedł na dół, domagając się wódki od dyżurnego. Zrobił awanturę, że mu jej nie dał i grożąc konsekwencjami służbowymi, wyszedł na miasto. Wrócił nad ranem, cały umorusany, zarzygał szybę oddzielającą dyżurkę od korytarza i padł jak długi na podłogę.

Nie było konsekwencji. ?Halo, tu Warszawa, wie pan, panie komendancie, to ceniony pracownik, wybitny analityk, każdy ma problemy, komendant główny prosił, to już ostatni raz?? i tak dalej. Poza tym, oprócz mojej wieczornej wizyty w hotelu, Żmudziński nic z nocnych wydarzeń nie pamiętał. To nie był mój ani chłopaków z sekcji problem, więc było nam wszystko jedno. I tak mieliśmy co innego na głowie. Okazało się bowiem, że wczoraj w prosektorium, mieliśmy rację.

Z początku nie wyglądało to na robotę KTZ, raczej na efekty pijackiej rozróby w melinie na ogródkach działkowych przy Derdowskiego. Pojechaliśmy tam z Jarkiem od razu po przyjęciu zgłoszeniu zabójstwa przez oficera dyżurnego. Po bliższych oględzinach okazało się, że ciała dwóch mężczyzn są potwornie zmasakrowane. Odciski palców denatów figurowały w systemie AFIS, co pozwoliło po kilku godzinach na ustalenie ich tożsamości: było to dwóch bezdomnych, notowanych już wcześniej w naszych kartotekach. Jeden z szeregowych policjantów zabezpieczających miejsce zbrodni zauważył nagle wiszącą na łańcuszku na klamce okna policyjną odznakę. A właściwie plastikową kopię amerykańskiej ?blachy? z jakiegoś chińskiego zestawu, jakimi zalane są sklepy z zabawkami. Oczywiście była czyściuteńka jak łza. To musiał być on, choć tym razem ofiary nie były skrępowane.

Żmudziński, wyglądający, o dziwo, jakby nic w nocy się nie działo, właśnie podrzucał odznakę w dłoni. Była zapakowana w foliową torebkę z oznaczeniem numeru dowodu w sprawie. Siedzieliśmy u mnie, w służbowym pokoju na poddaszu komendy, Żmudziński jak zwykle na skraju blatu mojego biurka. Wpadające przez połaciowe okno słońce oświetlało jego twarz, ujawniając delikatne sińce pod oczami ? efekt zarwanej nocy.

– Skurwiel ? mruknął pod nosem. Można było się domyślić, o kim mówi, jednak nie dało się rozpoznać, czy w jego głosie brzmiała złość, czy też może podziw. Zdążyłem się już zorientować, że jest nieobliczalny. Jarek popatrzył na mnie przez chwilę. Wyczytałem w jego oczach moje wątpliwości. Żmudziński położył zabawkową odznakę na moje biurko i bez słowa wyszedł z pokoju. Odczekaliśmy chwilę w milczeniu. Wyglądało na to, że wyszedł gdzieś na zewnątrz. Zaczął Jarek.

– Słuchaj ? powiedział do mnie ? wiem, że to trochę niezręczne? to, co powiem? ale mam dziwne wrażenie, że ten facet ma bałagan na strychu?

Wziąłem z biurka odznakę i zacząłem się nią machinalnie bawić, stukając o blat.

– Jesteśmy sami, nie krępuj się ? odparłem i dodałem ? nie tylko ty masz takie wrażenie.

– Powiem ci więcej o moich wrażeniach: następne jest takie, że on ma coś wspólnego z? – urwał, ale to, co chciał powiedzieć, zawisło między nami w powietrzu, oczywiste dla nas obu.

– Skąd to wrażenie? ? zapytałem.

Spłoszył się.

– Nnnie, no wiesz?

Przerwałem mu.

– Nie podejrzewam cię o bezpodstawne rzucanie podejrzeń wobec naszego nowego kolegi. Po prostu przedstaw mi fakty, o które je opierasz.

Uspokoił się trochę.

– No dobra. ? chrząknął i poprawił się na krześle – Był w S. w dniu, w którym popełniono pierwsze morderstwo. Sam to przyznał. To raz ? zagiął mały palec lewej dłoni – Nie było go w hotelu, gdy dziś w nocy zabito bezdomnych na działkach, to dwa ? zagiął kolejny palec, serdeczny.

– Trzy? ? zapytałem, wciąż postukując zabawką.

– Sam widzisz, jak dziwnie się zachowuje?

– To jeszcze nic nie znaczy. Twierdzi, że nie pamięta, gdzie był w nocy, ani co robił.

– Właśnie. Wygodne, nie sądzisz?

– Też byś nic nie pamiętał po takiej ilości wódy.

– Może robi to w jakimś transie?

– A co z numerem dwa? Staruszką z Libelta? Żmudziński był wtedy w Warszawie, tak?

Zamilkł na chwilę. Nabrał głęboko powietrza w płuca i kontynuował.

– Mam kolegę w Komendzie Głównej. Byliśmy razem na kursie w Legionowie i jakoś tak się skumplowaliśmy? mam z nim kontakt do dziś. Zadzwoniłem rano do niego, popytać?

– Sierżancie Berdak ? przerwałem mu oficjalnym tonem ? wolałbym, żebyście nie załatwiali takich spraw za moimi plecami. Mówię to jako wasz bezpośredni przełożony. Zrozumiano?

– Jasne, szefie, przepraszam?  – Jarek stropił się trochę.

– I co ci powiedział? ? powiedziałem już normalnym tonem, powracając do rozmowy.

– To podobno jest w ogóle niesamowity typ. Cudowne dziecko, geniusz. Dwa fakultety: prawo i psychologia na UJ-ocie, rozpoczęte studia doktoranckie, kursy specjalistyczne w Europie i USA, postrach wszelkiej maści zboczeńców?

– Na razie nie widać efektów jego geniuszu ? wtrąciłem z przekąsem ? dobra, jak powiążesz Żmudzińskiego ze staruszką?

Zrobił tajemniczą minę.

– Tego dnia nie było go w robocie. Zadzwonił, że bierze urlop na żądanie?

– To jeszcze nie żaden dowód ? prychnąłem ? mógł mieć potwornego kaca.

– Zgadza się ? przytaknął ? dlatego traktujmy tą rozmowę, jak luźną pogawędkę. Jasne, że nikt nie sprawdzał, co robił tego dnia, kiedy nie było go w pracy. Czy nie wsiadł w samochód albo poranny pociąg i nie przyjechał do S., żeby zamordować Bogu ducha winną staruszkę, po czym wrócił do Warszawy wieczorem. Kumpel myślał, tak jak ty, że po prostu zachlał, wszyscy tam wiedzą o jego? problemie. Może to faktycznie zbieg okoliczności, niezbyt sprzyjający dla Żmudzińskiego. W tym sęk, że wszystko to jakoś dziwnie się układa. I to bardzo prosto?

– Za prosto ? roześmiałem się ? jakby się specjalnie podkładał.

– Tak ? odpowiedział poważnie ? ale co powiesz na to? Zdolny facet, specjalista od psycholi z ambicjami sięgającymi chmur tak naprawdę nie ma wiele roboty. Umówmy się, Polska to nie Stany, gdzie grasują seryjni mordercy na wielką skalę, gdzie o psychola wcale nie jest tak trudno. Tu, u nas, nie można się wykazać! Na kursie widział zapewne ekspertów z doświadczeniem, gwiazdy kryminalistyki, a nie teoretyków, jakim jest on sam. Może chciał pokazać, co potrafi i potrzebował do tego seryjnego mordercy. Więc go sobie stworzył. Daleko od domu, żeby nie wzbudzać podejrzeń. A jeśli chodzi o te zbyt wyraźne powiązania ? nie wiesz, że najciemniej jest pod latarnią? Facet jest bezczelny, a?

Przerwało mu gwałtowne otwarcie drzwi. Pojawił się w nich Żmudziński. Niósł w ręku kartonowe pudełko.

– Gliniarz bez pączków to nie gliniarz ? rzucił z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Chyba w Stanach ? rzucił Jarek. Żmudziński skrzywił się z obrzydzeniem.

– Te ich psie kupy z dziurą w środku tak się mają do naszych pączków, jak? – zaczął się zastanawiać nad jakimś trafnym porównaniem.

– Jak nasz KTZ do oryginalnego BTK ? podsunąłem ostrożnie.

Postawił pudło z pączkami na biurku. Spojrzał na mnie i powiedział.

– Nie porównuj ich. Nie ma dwóch takich samych przypadków, nawet jeśli seryjny morderca wzoruje się na jakimś znanym poprzedniku. Każdego z nich, nawet copykillera, cechuje indywidualny styl, który, mówiąc w dużym uproszczeniu, wynika albo z cech charakteru, albo z nabytych doświadczeń życiowych, właściwych tylko sobie. Lub z obu tych rzeczy na raz. Na przykład okrutne świniobicie widziane w dzieciństwie. Albo przypadkowo widziana śmierć człowieka, widok, który uruchamia w mózgu łańcuszek reakcji, prowadzących do eksplozji przemocy, niekiedy lata czy dziesięciolecia później. To jest nie do przewidzenia. Ludzki mózg jest jak świat na piętnastowiecznej mapie. Niezbadany!

Mówiąc to, unosił głos. Gdy kończył wywód, niemal krzyczał. Kiedy zamilkł, odetchnął głęboko i, jak gdyby nic się stało, wskazał pudełko, mówiąc:

– Częstujcie się, bo wyschną. Jeszcze ciepłe.

Wziął jeden do ręki i zatopił w nim zęby. Kiedy z pączka wyciekła strużka nadzienia z dzikiej róży, znacząc czerwienią gładko ogolony podbródek, Jarek spojrzał na mnie z otwartymi ustami.

– To znak ? wyszeptał bezgłośnie samymi wargami, a potem mrugnął do mnie, uśmiechając się lekko.

Po zjedzeniu pączków pojechaliśmy ze Żmudzińskim do prosektorium. Winiarczyk już na nas czekał w głównej sali sekcyjnej. Sekcje zwłok ofiar z ogródków działkowych właśnie się skończyły, technicy myli narzędzia, zaszyte zwłoki leżały na stołach, czekając na wywiezienie do chłodni.

– Cóż ? Winiarczyk wskazał na jednego z nieboszczyków ? mogę powiedzieć, że zostali zakatowani na śmierć. Na pocieszenie powiem, że nie czuli większości ciosów, bo byli nieprzytomni. W środku wyglądali dużo gorzej, niż poprzedni. Zabójca musiał się trochę podszkolić w anatomii. Niepokoi mnie tylko częstotliwość zabójstw. Czy to nie dziwne? ? zapytał.

– Nas też to niepokoi, zapewniam pana, doktorze ? odparłem. Żmudziński musiał oczywiście wtrącić swoje trzy grosze.

– To faktycznie rzadko spotykana rzecz wśród seryjnych zabójców. Zwykle po popełnieniu morderstwa przyczajają się. Zaspokoili chwilowo swoje chore żądze, zatem czekają. Obserwują reakcję policji i społeczeństwa, napawają się tym, co zrobili, do momentu, aż znów zechcą to powtórzyć. Poczuć ten dreszcz. Zwiększenie częstotliwości zabójstw ma miejsce w chwili, gdy poczują się pewnie, lecz to zwykle trwa latami? I to ich zwykle gubi. Pośpiech. Stają się mniej ostrożni.

– Może on właśnie gdzieś się spieszy? ? zauważyłem.

– Może? – Żmudziński zamyślił się ? może?

Porozmawialiśmy jeszcze trochę o szczegółach. Potem, już w komendzie, powtórzyłem wszystko Jarkowi.

– Mówię ci ? pokręcił głową ? weźmy go pod lupę. Nieoficjalnie. Zanim będzie więcej trupów.

Zgodziłem się, choć było to wbrew wszystkim regułom. Powinienem zawiadomić o podejrzeniach Wydział Wewnętrzny, ale nie chciałem tego robić. Gdyby okazało się, że Żmudziński nie ma nic wspólnego z morderstwami, przekreśliłbym swoją dalszą karierę w policji. Do emerytury siedziałbym za biurkiem, zamawiając materiały biurowe i organizując imprezy mikołajkowe dla dzieci pracowników resortu. Rozpoczęliśmy zatem dyskretną obserwację Żmudzińskiego. Kudelski czatował przed policyjnym hotelem, zarywając noce. Widziałem go codziennie, opuszczając hotel późnym wieczorem, po wizycie roboczej u Żmudzińskiego. Ciemna, ledwie widoczna postać wywiadowcy kryła się w mroku, jej obecność zdradzał tylko czerwony punkcik żaru papierosa. Trwało to tydzień. Zabójstwa nie powtórzyły się przez ten czas. Ósmego dnia, a właściwie ósmej nocy, coś się wydarzyło.

Żmudziński znów ruszył w tango. Wyszedł z hotelu o pierwszej w nocy, co potwierdził wpis dyżurnego. Skierował się w stronę deptaka w centrum S., bo gdzie indziej może pójść gość z Warszawy, który nie zna miasta? Kudelski ruszył za nim, jednak parę minut później został napadnięty. Wzięty z zaskoczenia, nie miał szans, nawet drugi dan w aikido mu nie pomógł. Napastnik wciągnął go w ciemną bramę jednej z niskich kamieniczek na Mariackiej. Kudelski stracił przytomność, zanim w ogóle kogokolwiek zobaczył. Ocknął się bez skórzanej kurtki, portfela i komórki, z rozbitą głową i wstrząsem mózgu. Żmudziński natomiast wrócił nad ranem, po piątej, z pustą flaszką po whisky w ręku. Po obudzeniu się znów nie pamiętał, gdzie był i co robił.

Najgorszą jednak rzeczą była wiadomość od oficera dyżurnego. Rano, po anonimowym zgłoszeniu z telefonu z kartą prepaidową, w mieszkaniu w jednym z szeregowców na ulicy Pasterskiej, znaleziono zakrwawione zwłoki mężczyzny. Zidentyfikowano go jako Andrzeja Winiarczyka, pracownika Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w S. W ustach miał kawałek zadrukowanego papieru, wydartego z jakiejś gazety. Mimo, że papier był zabrudzony krwią, widać było, że przedstawia zdjęcie. Był to kadr z filmu. Podpis pod nim głosił: ?Akademia policyjna VI – Operacja Chaos, na zdj. Bubba Smith?. Fragment programu telewizyjnego, na oko dodatku do piątkowej ?Gazety Wyborczej?. Przypadek, że to akurat Winiarczyk był następną ofiarą KTZ?

Jarek był pewien, że nie. Kipiał wściekłością, zaciskając dłonie w pięści i klnąc jak szewc. Uspokajałem go, jak mogłem. Kiedy trochę ochłonął, powiedziałem mu:

– Spokojnie, Jarecki. Posłuchaj mnie przez chwilę. Bierzemy się do roboty: przejrzymy zapisy z monitoringu miejskiego, sprawdzimy kluby, poszukamy świadków. Normalna procedura. Ale jutro w nocy, kiedy znów się schleje, wejdziemy do niego i przeszukamy pokój. Bez nakazu, w tajemnicy. Jeśli coś znajdziemy, nie będziemy się pierdolić: zwiniemy go i powiemy, że mieliśmy podstawy, mimo, że bez nakazu i bez wiedzy przełożonych. Nikt nie będzie robił nam problemów, jeśli okaże się, że schwytaliśmy seryjnego mordercę. Jeśli będzie czysto, wyjdziemy i skupimy się na pracy, co nie oznacza, że przestaniemy gnojka obserwować. Co ty na to?

Dałem mu nieoficjalnie wolne i umówiliśmy się na telefon. Wieczorem, jak zwykle wstąpiłem do Żmudzińskiego. Przebieg wizyty nie odbiegał od poprzednich, więc wyszedłem, kiedy jak zwykle zaczął bełkotać i wymachiwać bronią. O piątej rano zadzwoniłem do Jarka i kazałem mu przyjechać pod hotel.

*  *  *

Najpierw poszliśmy na górę, odczekaliśmy chwilę pod drzwiami pokoju, po czym wróciliśmy na dół. Powiedzieliśmy dyżurnemu, że komisarz jest pilnie wzywany do komendanta, ale śpi tak mocno, że nie słyszy pukania. To był ten sam posterunkowy, który pełnił służbę w dyżurce podczas pamiętnego występu Żmudzińskiego, zakończonego niesławnym witrażem gastrologicznym. Nie był więc zbyt zdziwiony i bez problemu dał nam klucz. Wspięliśmy się z powrotem na górę, starając się, by nie skrzypnął żaden ze starych, drewnianych stopni. Klucz gładko wszedł w zamek. Delikatnie nacisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi. Z wnętrza buchnął odór przetrawionego alkoholu. Zasłony były zasunięte tylko do połowy, w pokoju było więc jasno. Żmudziński spał mocno pijackim snem, chrapiąc głośno. Weszliśmy, cicho zamykając za sobą drzwi. Jarek nałożył gumowe rękawiczki, starając się, aby lateks nie strzelał za bardzo podczas naciągania na jego długie palce. Zrobiłem to samo. Rozpoczęliśmy pobieżne przeszukanie. Długo nie musieliśmy szukać. Na półce małego, wiszącego na ścianie regału, leżała ?Gazeta Wyborcza? i program telewizyjny z zeszłego tygodnia. Jarek spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Skinąłem przyzwalająco głową, więc wziął program do rąk. Kartkował go przez chwilę, szukając właściwej strony, aż dotarł do wtorku. W środku strony widniała nieregularna dziura. Wyciągnąłem z kieszeni kurtki kopię wycinka znalezionego na miejscu zbrodni, który jak się okazało, faktycznie pochodził z ?Gazety Telewizyjnej?. Nie trzeba było eksperta ani analiz, żeby zorientować się, że pasuje jak ulał.

– Ja pierdolę? – szepnął Jarek, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Pokręciłem smutno głową. Berdak porównywał wycinek z programem, jakby miało to sprawić, że jakimś cudem przestaną do siebie pasować i podejrzenia, które zamieniły się właśnie w straszliwą pewność, pozostaną tylko niedorzecznymi podejrzeniami.

Nagle usłyszałem szmer. Obejrzałem się i zobaczyłem, jak Żmudziński siedząc na łóżku, przeciera oczy i ze zdumieniem wpatruje się nieprzytomnym wzrokiem w niespodziewanych gości. Był niemiłosiernie skacowany i zaspany. Zmierzwione włosy sterczały we wszystkie strony. Jarek nic nie słyszał, bo wciąż pochłonięty był porównywaniem wycinka i strony programu. Nagle Żmudziński jakby zaskoczył, choć widać było ewidentnie, że nie do końca zdaje sobie sprawę, co się dzieje. Wciąż nas nie poznawał. Z przestrachem w oczach sięgnął pod poduszkę i wyciągnął rewolwer.

– Broń! ? krzyknąłem głośno, sięgając do kabury pod pachą.

Jarek był szybszy. Nie wiadomo skąd w jego dłoni pojawił się Glock. Nawet nie mierzył. Głośny huk wystrzału ogłuszył nas obu. Żmudziński szarpnął się, głowa odskoczyła mu do tyłu. Przez jedną, króciuteńką chwilę siedział jeszcze nieruchomo na łóżku. Na lewym policzku, obok nosa widać było czerwoną kropkę, krwawe znamię, z którego po chwili popłynęła strużka krwi. Zwiotczał i powoli, jakby w zwolnionym tempie, zaczął pochylać się w bok. Sekundę później zwalił się bezwładnie na podłogę. W kurczowo zaciśniętej w śmiertelnym spazmie dłoni trzymał swój rewolwer. Jedno oko pozostało otwarte i wpatrywało się w sufit martwym, niewidzącym spojrzeniem. Rozchylone usta z cofniętą żuchwą sprawiały upiorne wrażenie. Kwaśny, drażniący smród spalonego prochu mieszał się ze smrodem płynów ustrojowych. Zapachem śmierci. Jarek kucał na podłodze i wymiotował, drżąc na całym ciele. Kiedy skończył, splunął i otarł usta wierzchem dłoni, w której wciąż trzymał pistolet. Podniósł głowę i patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami, załkał:

– Szefie, zastrzeliłem człowieka? Ja? Nigdy?

Dwie, olbrzymie jak ziarna grochu łzy spłynęły mu po policzkach i kapnęły na podłogę. Podszedłem do niego, pochyliłem się i pogłaskałem go po głowie ojcowskim ruchem.

– Nie, Jarek. Zastrzeliłeś potwora. Zwierzę.

Spojrzał na mnie i zastanowił się. Chlipnął jeszcze raz, a potem wstał i patrząc na nieruchome ciało Żmudzińskiego, zabezpieczył broń i schował ją do kabury. Jego spojrzenie stwardniało. Miał mocną konstrukcję psychiczną, nie miałem więc wątpliwości, że szybko pozbiera się do kupy. Klepnąłem go lekko w ramię i uśmiechnąłem się. Zrobił to samo i bez słowa wyszedł z pokoju na korytarz, na którym zbierali się już zaniepokojeni ludzie. Odprowadziłem go wzrokiem, patrząc na szerokie plecy człowieka, w którym właśnie rozpoczęła się wewnętrzna przemiana, o której on sam jeszcze nie miał pojęcia. Dziś w domu Jarek nie będzie taki sam, jak zawsze. Jak zwykle pocałuje żonę i przytuli synka, może nawet zrobi to mocniej, niż zazwyczaj. Lecz dziś jego życie zmieniło się i już nic nie będzie takie samo. Nie szkodzi, że zabił w obronie własnej, w przekonaniu, że ratuje moje i swoje życie.

Dziś dotknęło go zło. Bezpośrednio. Dziś kawałek gówna, którym jest obrzucany, przykleił się do jego białej, czystej do tej pory szaty. Za tym kawałkiem będą następne. To był wyłom, którym zło będzie wślizgiwać się w niego, sączyć w zakamarki duszy niczym jad. I tylko od Jarka zależy, jak długo mu się oprze. Może będzie mu się opierał aż do śmierci, a może skapituluje wcześniej i załamie się. Podda. Nie wiem tego?

*  *  *

Nie jest sztuką rozwikłać zagadkę, kiedy się ją samemu wymyśliło ? prawda, którą odkryłem w młodości. Nie było żadnej zagadki. Te wszystkie związane z policją przedmioty, znajdowane na miejscu zbrodni, były fałszywym tropem. Dziwaczna gra z policją była grą na zwłokę, mistyfikacją, mającą na celu maksymalne opóźnienie śledztwa i skierowanie go na fałszywe tory. Chodziło tylko o to, by zabić, by objawić wszystkim dookoła zło w jego najbrutalniejszej postaci. Od początku wiedziałem, kto jest mordercą. Poznałem go dobrze. Żmudziński był tylko marionetką w jego rękach. Podobnie jak inni. Prawdziwym sprawcą było właśnie ono. Widziały je gasnące oczy ofiar, kiedy śmierć zabierała z nich życie, kiedy stawały się puste jak u lalki. Widział je prawnik, jego pierwsza ofiara, widziała samotna staruszka, i następni również. I patolog, który musiał zginąć, bo, jak przypuszczałem, jako jedyny zaczął domyślać się prawdy. Nie mogłem dopuścić do tego, by prawdziwy sprawca został wykryty. Może Winiarczyk zaczął coś podejrzewać, widząc w jaki sposób patrzę na zdjęcia z miejsc zbrodni? Może zwrócił uwagę na jakieś słowo czy zdanie na temat morderstw, które nieostrożnie mi się wyrwało, mimo że nie powinno? Szczegół, którego nie mogłem znać? Może wyczuł to jakąś swoją nadnaturalną mocą, szóstym zmysłem? W jego oczach, tuż przed tym, zanim zgasły, widziałem równocześnie zdziwienie i zrozumienie. Podłożenie Żmudzińskiemu programu telewizyjnego było dziecinnie proste. Podczas kolejnej mojej wizyty w jego pokoju, gdy jak zwykle urwał mu się film, po prostu położyłem przyniesiony w kieszeni płaszcza program na regale. Jak widać, picie szkodzi – gdybym zechciał, mógłbym urządzić wszystko tak, żeby skazali go nawet za zabójstwo Kennedy?ego. Nie mogło się nie udać, Berdak też dobrze się spisał, nieświadomie dokładając ostatni klocek do mojej układanki. Nawet nie musiałem mu za bardzo pomagać, naprowadzając go na fałszywy trop. Trochę pomógł mi przypadek. Może nawet nie trochę. Poszlaki przeciwko Żmudzińskiemu, które sam tworzyłem, były tak jednoznaczne, że aż nieprawdopodobne. On sam swoim niefrasobliwym zachowaniem ułatwiał mi sprawę. Ale zawsze najprościej iść najłatwiejszą ścieżką, ja zapewne postępowałbym tak samo, jak Jarek, w końcu tak byliśmy szkoleni ? podążać za śladami. Poza tym Żmudziński zasłużył na to, co go spotkało. Był głupim pyszałkiem, a głupotę trzeba tępić. Kto mi dał prawo o tym decydować? Bóg? Jeśli stworzył człowieka na swoje podobieństwo, co w takim razie robi w nas zło? Skąd się wzięło? Skąd przyszło? Już nie zadaję sobie tych pytań, bo nigdy nie poznam na nie odpowiedzi. Ponieważ nie ma odpowiedzi. Jest tylko zło. Zło w czystej postaci, które rani, zabija, odczłowiecza. Tyle lat byłem świadkiem jego działań, tyle lat z nim obcowałem, że w końcu mu uległem. Przeniknęło mnie na wskroś, objęło w posiadanie i już nigdy nie wypuści ze swych krwawych macek. Dotarłem do jądra ciemności. I nie wróciłem stamtąd taki sam. W najodleglejszym i najmroczniejszym jego zakątku zostawiłem jasną część siebie, jeśli w ogóle kiedykolwiek ją posiadałem. Pozostaje wierzyć, że tak, kiedyś, dawno temu, choć to i tak niczego już nie zmieni. Tak będzie aż do końca. Aż mnie złapią. Albo aż sam zdecyduję, że będę następną ofiarą. Ostatnią i nie ostatnią. Ostatnią ofiarą samego siebie, lecz nie ostatnią ofiarą tego bytu, zarażającego ludzkość od zarania dziejów.

Widzę je teraz, gdy patrzę na swoje odbicie w lustrze, w szare, nieruchome oczy, w których nie ma radości życia, tylko bezdenna otchłań i pustka. Objawiam wszystkim jego istnienie, jednocześnie uosabiając je. Będąc nim. I nie mam żadnych wątpliwości.

Zło ? to ja.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułR. Hop, Polowanie na myśliwego
Następny artykułVal Mc Dermid , Odpłata
Agnieszka Krawczyk - pisarka z Krakowa, zajmująca się literaturą obyczajową i kryminalną. Lubi koty, kawę i książki - w tej kolejności. Autorka 13 powieści, współautorka 4 tomów opowiadań kryminalnych... Czytaj więcej