Strona główna Inne Fragment „Ciemności” Ragnara Jónassona

Fragment „Ciemności” Ragnara Jónassona

0
PODZIEL SIĘ

FragmeFragment "Ciemności" Ragnara Jónassonant „Ciemności” Ragnara Jónassona

Jakoś dotarła do swojego gabinetu. Była w szoku. Miała wrażenie, że wylano ją z pracy, że wyleciała z hukiem, jakby lata jej służby nie były nic warte. To było zupełnie nowe doświadczenie. Wiedziała, że reaguje za mocno, że nie powinna tak do tego podchodzić, ale nie potrafiła pozbyć się bólu w dołku.

Usiadła za biurkiem i patrzyła obojętnie na ekran monitora, brakowało jej energii, żeby włączyć komputer. Gabinet, który do tej pory był jej drugim domem, nagle zaczął być obcy, jakby nowy właściciel już objął go w posiadanie. Stare krzesło stało się niewygodne, brązowe, drewniane biurko wyglądało na podniszczone i sfatygowane, dokumenty nie miały już dla niej znaczenia. Nie była w stanie znieść myśli, że pobędzie tam choćby minutę dłużej.

Potrzebowała jakiejś odmiany, czegoś, co oderwałoby jej myśli od tego, co się stało. Więc może najlepiej byłoby wziąć Magnúsa za słowo i przekopać się przez teczki ze starymi sprawami? Hulda nie musiała się zastanawiać: był nierozwiązany przypadek, który aż krzyczał, żeby wznowić śledztwo.

Pierwsze dochodzenie prowadził jeden z jej kolegów – ona dowiadywała się o postępach śledztwa z drugiej ręki – ale to mogło działać na jej korzyść, bo dawało świeże podejście do dowodów.

W sprawie chodziło o niewyjaśnioną śmierć, która pozostanie nierozwiązana, chyba że znalazłyby się nowe dowody. Może stanie się to zamaskowanym błogosławieństwem, ukrytą okazją. Nie było nikogo, kto mógłby wstawić się za zmarłą, ale Hulda, choćby na krótko, mogła wziąć na siebie rolę jej orędowniczki. W dwa tygodnie można wiele zdziałać. Nie towarzyszyła jej nadzieja, że rozgryzie tę sprawę, ale warto było spróbować. Co więcej, miałaby jakiś cel. Co do jednego nie miała wątpliwości: codziennie będzie przychodziła do pracy, póki „młody człowiek” jej stąd nie wywali. Pomyślała, że mogłaby napisać oficjalny protest do wydziału zasobów ludzkich o tym, jak ją potraktowano i zażądać pozostawienia jej w pracy do końca roku, ale przecież miała czas na zastanowienie. W tej chwili chciała skupić energię na czymś bardziej pozytywnym.

Najpierw przejrzała teczkę sprawy, żeby odświeżyć sobie szczegóły. Ciało młodej kobiety znaleziono w ciemny, zimowy poranek w skalistej zatoczce na Vatnsleysuströnd, z rzadka zaludnionym odcinku półwyspu Reykjanes, jakieś trzydzieści kilometrów na południe od Reykjaviku. Hulda nigdy nie była nad tą zatoczką, nie miała powodu, żeby tam się wybrać, ale znała okolicę, bo często tamtędy przejeżdżała po drodze na lotnisko. Był to smętny, wietrzny zakątek kraju, pozbawione drzew pola lawy, nie dające osłony przed burzami, które regularnie przechodziły znad Atlantyku na południowy zachód.

Ponad rok minął od wypadku, który zatarł się w pamięci ogółu. Ale i wtedy nie przyciągnął zbyt wielkiego zainteresowania mediów. Dano sobie spokój po zwyczajnych informacjach, że znaleziono ciało: reflektor prasy skierował się w inną stronę. Chociaż Islandia to jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie, z zaledwie dwoma morderstwami rocznie – a czasem nawet bez morderstw – przypadkowa śmierć zdarzała się znacznie częściej i zdaniem dziennikarzy nie jest warta zachodu.

To nie brak zainteresowania ze strony mediów martwił Huldę, niepokoiło ją podejrzenie, że kolega z wydziału kryminalnego, który zajmował się tą sprawą, winien był zaniedbań. Alexander: nie miała zaufania do jego umiejętności. Według niej nie był ani sumienny, ani specjalnie bystry i trzymał się swojego stołka w wydziale tylko dzięki mieszance uporu i pleców. Prościej stawiając sprawę, powinna zostać promowana powyżej jego stanowiska – wiedziała, że jest od niego bardziej inteligentna, skrupulatna i doświadczona – ale mimo tego utknęła w starych koleinach. Czasami nie potrafiła oprzeć się zgorzknieniu. Dałaby wszystko, żeby wkroczyć do akcji i wyrwać sprawę detektywowi, który najwyraźniej nie dorastał do swojej pozycji zawodowej.

Brak entuzjazmu Alexandra do śledztwa był rażąco widoczny na zebraniach zespołu, kiedy znużonym głosem, z wysiłkiem, przedstawiał jakiś dowód wskazujący na przypadkową śmierć. Hulda odkryła teraz, że jego sprawozdanie było niechlujną robotą. Zawierało byle jakie podsumowanie wyników sekcji zwłok, ze zwyczajową klauzulą, że jeśli zwłoki wyrzuciło morze, nie sposób stwierdzić, czy śmierć nastąpiła w wyniku przestępstwa. Nie było się co dziwić, że z tego śledztwa nie wynikało nic użytecznego, a dochodzenie odłożono na półkę ze względu na „pilniejsze” sprawy. Hulda nie mogła nie pomyśleć, że podejście do sprawy mogłoby być inne, gdyby młodą kobietą okazała się Islandka. Czy śledztwo trafiłoby w ręce bardziej kompetentnego detektywa, gdyby opinia publiczna podnosiła wrzawę i domagała się wyników?

Zmarła miała dwadzieścia siedem lat, czyli tyle, ile miała Hulda, kiedy urodziła córkę. Zaledwie dwadzieścia siedem, była w kwiecie wieku: znacznie za młoda, żeby stać się przedmiotem policyjnego śledztwa, które zostało zamknięte i nikt nie był zainteresowany, żeby je otwierać. Nikt poza Huldą.

Tłumaczenie: Andrzej Jankowski

Fragment publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Amber

Więcej o Ciemności TUTAJ