„Nasi profesorowie tak mi się podobali, że zapragnęłam tego stanowiska dla Rafała. Sam fakt bycia profesorem starczy za wszystkie dokonania. Jakie? Nikt nie wnika, od tego są komisje nadające tytuły. Profesor z definicji jest ważną instytucją. Zależnie od dyscypliny, każdy profesor trzymaw garści wisienkę – i zastanawia na czyim torcie ją umieścić. Wisienką profesora archeologii są wykopaliska. Najlepiej w jakimś słonecznym i egzotycznym kraju. Sudan, Syria, Egipt, Turcja brzmią wystarczająco interesująco, by zarobić parę punktów u płci przeciwnej. I u sąsiadów. Ktoś w końcu musi mieć baczenie na mieszkanie na czas trwania misji. Bo choć gawiedzi wydaje się, że profesor należy do rasy Targaryenów miotających w społeczeństwo magistrami, to podobnie jak wszyscy płaci rachunki, hoduje kwiaty i dzieci, dokarmia bezdomne koty, pożycza 2 złote panom w potrzebie i chodzi na wywiadówki, na których dowiaduje się, że jego progenitura pretenduje do tytułu największego w szkole gamonia.

Mimo to obecność profesora dodaje splendoru zgromadzeniom spółdzielni mieszkaniowej, a jego zagracone mieszkanie nieodmiennie wzbudza podziw w kamienicy. Tyle książek, wzdychają sąsiadki, które ostatni kontakt z rzeczą godną tego miana miały, trzymając w garści elementarz. Niechętnie przyznają się do bardziej fascynującej lektury szmatławych tygodników, do których przyszła żona profesora pisuje ,,historie prawdziwe” w dziale reportażu. Zdradzają się jednak nieświadomie – a to tłuką takim tygodnikiem muchy, a to wystawiają na klatkę jako podkładkę pod ociekające błotem buty. Przyszłe Profesorostwo też bynajmniej nie chwali się znajomością zawartości tego typu tygodnika. Co tu dużo mówić, ba– pisać! Niewielu wie, że wigor działu reportażu wielu tygodników napędzany był winem Sofia. Proces ten wyglądał następująco: jak JeszczeNieProfesorowa dostaje zamówienie, JużPrawieProfesor leci po flaszkę (ale na sąsiedni kwartał, bo alkoholizm u profesorów jest moralnie naganny i ludzie będą gadać), następnie profesorowa odpala mu mały kieliszek, sama wypija pół butelki szybko (żeby wprowadzić się w nastrój), a drugie pół już wolniej, bo musi przecież trafiać w klawiaturę, zanim skończy się historia.
Muszę przyznać, że zaznałam sukcesów jako dziennikarka, byłam cenionym redaktorem, prowadziłam fantastyczny tytuł, napisałam w życiu parę świetnych kawałków, ale nigdy, nigdyi niczego nie komplementowano z takim entuzjazmem jak tego, co napisałam do tych działów reportażu. I pomyśleć, że moja ówczesna naczelna, jak zobaczyła autentyczną historię naszego znajomego, co to miał dwie padaczki (każda innego rodzaju), padł ofiarą napadu (bo był listonoszem) i gwałtu w więzieniu (gdzie trafił niesprawiedliwie, ale nie dlatego, że był listonoszem, tylko dlatego, że jak dostawał ataków, dostarczał zboczeńcom więcej frajdy), oświadczyła, że nikt w to nie uwierzy.”
Fragment „Garnka archeologa” publikujemy dzięki uprzejmości Autorki.





