Strona główna Inne Adrian Bednarek „Córeczki”. Fragment

Adrian Bednarek „Córeczki”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

 

Adrian Bednarek „Córeczki”. FragmentGrób znajdował się na cmentarzu na Liszce, kiedyś kameralnym, na zachodnich obrzeżach Częstochowy, gdzie mieszkało raptem kilka tysięcy ludzi. Obecnie przylegał on do gigantycznego cmentarza komunalnego. Kontrast z bezduszną, nowoczesną nekropolią wybudowaną po to, żeby sprzedać jak najwięcej grobów i zarobić jak najwięcej kasy, był przygnębiający. W rodzinnej wsi Ewy nie było żadnego cmentarza, więc mama zdecydowała o pochowaniu taty najbliżej miejsca zamieszkania. Podczas pogrzebu powiedziała do córek: „Kiedyś mnie też tutaj pochowacie”. Wypowiadając te słowa, za nic nie przypuszczałaby, że dwa lata później pochowa jedną z nich.

Atmosfera była taka jak zawsze. Obie milczące, mama zapłakana, Ewa smutna. Wyczyściły grób, zapaliły znicze, ułożyły pluszową pandę, usiadły na składanej ławeczce i wpatrywały się w szarą mogiłę z dwoma malutkimi fotografiami w jajowatych obwódkach. Ewa nie potrafiła pojąć, czemu mama uparła się na fotografie. W ogóle nie rozumiała, po co ludzie wstawiają te straszne zdjęcia. Przecież patrzenie na upiory stanowiło dodatkowe katusze. Tata miał dumną i poważną twarz. Zdjęcie identyczne jak w dowodzie osobistym. Marta była uśmiechnięta, ale ten uśmiech umieszczony na płycie nagrobnej wydawał się wymuszony, jakby chciała powiedzieć: „Przykro mi, ale nie miałam na to wpływu”. Zdjęcie, choć zrobione w dobrych czasach, jakieś pół roku przed śmiercią taty, wkomponowane w grób nie przywodziło na myśl niczego dobrego. I jeszcze ten napis pod zdjęciem Marty: „Bóg tak chciał”. Szczyt hipokryzji. Zawsze gdy przychodziła na grób, wlepiała wzrok w siostrę i próbowała zablokować wspomnienia.

Za każdym razem ponosiła klęskę w swoich staraniach.

Lekki wrześniowy wiaterek smagał po twarzy, a słońce przypiekało kark, ale ona zdawała się być na to obojętna. Zupełnie jakby znajdowała się gdzie indziej, daleko od cmentarza. Doskonale czuła ciepło bijące od siostry i pierzastej kołdry, którą były tamtej nocy opatulone od stóp do głów. Jak to często miały w zwyczaju, przed snem chowały się pod kołdrą, brały latarkę i zaczynały razem czytać. Dodawały sobie w ten sposób otuchy, jednocześnie wzmacniając siostrzaną więź, która po śmierci taty stała się jeszcze silniejsza. Mama kręciła się po domu. Wieczorami lubiła wypić kieliszek wina i obejrzeć jakiś romans. Chyba po to, żeby jeszcze bardziej się katować. One wolały ucieczkę do zupełnie innego świata. Świata fantastyki. Czytały razem jedną książkę, co stało się tradycją. Od kilku dni przerabiały potężną cegłę Powrót do przyszłości. Świeciły sobie latarką samochodową, która należała do taty.

– Zostaw, jeszcze chwilka! – Ewa klepnęła siostrę w dłoń, gdy ta chciała przewrócić stronę.

Marta czytała szybciej, przez co Ewa musiała ją powstrzymywać od przewracania stron. Ciągle się w tej sprawie przekomarzały.

– Wleczesz się jak ślimak. Może czytać ci na głos? – rzuciła żartobliwy docinek.

– Nie, dzięki, nie potrafisz akcentować i przekazywać emocji – odparła Ewa, śmiejąc się z siostry.

– Starsza, a wolniejsza, któż by pomyślał.

– Wolniejsza, bo bardziej przeżywam akcję. – Dotknęła palcem linijki, którą czytała. – Gadaj więcej, to na pewno szybciej skończę.

– Jak nie skończysz za piętnaście sekund, powiem ci, co się wydarzy.

– Akurat…

Wspólne czytanie umilało im czas, pozwalało choć na chwilę oderwać myśli od tragedii, jaka na nich spadła, zapomnieć o cierpieniu mamy, a przyjacielskie przekomarzanie się stanowiło dowód, że ciągle mogą funkcjonować jak zwykła rodzina.

– Siedem, sześć, pięć… – Marta odliczała wprost do ucha siostry, kompletnie nieświadoma tego, co je zaraz czeka.

– Z matmy jesteś świetna! – zaśmiała się Ewa.

Odliczanie siostry trochę ją denerwowało, nie pozwalało się skupić na tekście, ale za nic nie chciała psuć radosnego nastroju. Nawet jeśli oznaczało to, że przeczyta kilka stron mniej.

– Pewnie, jak ze wszystkich przedmiotów – odparła z dumą Marta.

To była ostatnia szczęśliwa chwila. Kilka sekund później usłyszały stłumiony przez kołdrę krzyk mamy. Natychmiast poderwały się z łóżka, spoglądając na siebie niepewnie. Kołdra wylądowała na podłodze. Wnętrze pokoju oświetlała latarka, którą Ewa wciąż trzymała w dłoni, i nocna lampka, której wcześniej nie gasiły. Od jakiegoś czasu rozmawiały między sobą o złym stanie psychicznym mamy. Bały się, że mogło jej się pogorszyć.

Zwłaszcza że po krzyku nastąpiła całkowita cisza, a potem usłyszały powtarzające się uderzenia. Zupełnie jakby ktoś nieprzytomny spadał ze schodów.

– Idziemy! – krzyknęła Ewa.

Wcale nie chciała opuszczać ciepłego łóżka i bezpiecznego pokoju, ale była starsza, miała dziesięć lat, Marta osiem. I choć Marta czytała szybciej, potrafiła ostro się odgryzać i była świetna z matmy, to ona musiała podejmować kluczowe decyzje w ich zespole. Zapominając o kapciach, których zakładania mama ciągle pilnowała, pędem ruszyły do drzwi.

– Dziewczynki! Uciekajcie! – Przerażający krzyk zza drzwi sprawił, że stanęły w miejscu. – Zostaw mnieeee! – Głos należał do mamy i stawał się coraz bardziej donośny.

Nie posłuchały jej, nie zamierzały. Otworzyły drzwi i równocześnie wybiegły na korytarz na piętrze. Widok, jaki się im ukazał, wprawił je w całkowite osłupienie.

Marta doznała szoku. W panice rzuciła się na podłogę i zakryła głowę ramionami niczym struś liczący, że nikt go nie zobaczy. Robiła tak, gdy miała trzy latka i nie chciała wykonywać poleceń rodziców. Szok sprawił, że odruchy obronne z wczesnego dzieciństwa nagle wróciły.

Ewa stanęła w miejscu, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Nogi miała jak przyspawane do podłogi.

– Uciekajcie! – Mama zdzierała gardło w nadziei, że córki posłuchają.

Żadna nie posłuchała.

Zjawa bez twarzy. Tak w pierwszej chwili Ewa odebrała potężnego mężczyznę z workiem na głowie, który ciągnął mamę na górę po schodach. Chwycił ją za bark, w drugiej ręce trzymał pistolet, który przykładał jej do głowy.

Mama próbowała stawić opór, stąd powtarzające się uderzenia stóp o stopnie. Byli na przedostatnim, kiedy obie wybiegły ze swojego pokoju. Szli wprost na nich.

– Nieeee! Czego od nas chcesz?! – zawodziła rozpaczliwie mama. Poprzedni raz Ewa widziała ją tak bezradną i bezbronną, gdy policja zjawiła się w ich domu i poinformowała o śmierci taty.

Choć przerażona, Ewa postanowiła coś zrobić. Pierwsze, co przyszło jej na myśl, to ratować siostrę. Marta nadal leżała jak struś. W ogóle nie odrywała twarzy od podłogi.

– Wstawaj! – Przerażona chwyciła ją za ramiona i podniosła.

Siostra miała miękkie nogi. W ogóle nie mogła ustać. Ledwie Ewa ją puściła, od razu leciała na ziemię. Cały czas zaciskała powieki, bojąc się otworzyć oczy. O tym, żeby szła o własnych siłach, nie było mowy. Ewa musiała ją ciągnąć do tyłu. Po kilku metrach bycia ciągniętą Marta w końcu otworzyła oczy.

– Potwór! – ryknęła, gdy spojrzała przed siebie. Jej ciało zesztywniało, zrobiło się cięższe. Ewie coraz trudniej ciągnęło się siostrę do tyłu.

„Zjawa bez twarzy”, nie puszczając mamy, dotarła na górę. Potwór szedł powoli, jakby napawał się strachem całej trójki. Wiedział, że dziewczynki są za małe, żeby wyskoczyć przez balkon z sypialni rodziców lub przez okno w swoim pokoju. Będąc na piętrze, znajdowały się w pułapce.

Przerażający widok w końcu zmotywował Martę. Odzyskiwała siłę w nogach. Teraz to ona cofała się w stronę ich pokoju, popychając również stojącą za jej plecami Ewę.

– Wiecie, co to pistolet, dziewczynki? – przemówiła ludzkim głosem „zjawa”. Był to głos ostry jak brzytwa i groźny. Potwór przypominał Ewie Bukę, straszną postać z bajki o Muminkach.

– Nieee, błagam! Nie mamy pieniędzyyyy! – Po chwilowej przerwie mama znów zaczęła krzyczeć. – Jesteśmy biedne, mój mąż niedawno zginął w wypadku samochodowym! Zostało trochę biżuterii, oddam wszystko!

Zdenerwowany mężczyzna cisnął ją na podłogę, wylądowała tuż przed córkami. Dziewczynki stanęły w miejscu.

Ewa przytuliła siostrę, próbując zasłonić ją przed lufą pistoletu.

– Przestań ujadać – syknął mężczyzna. – Wiecie, co to pistolet?

Nie odpowiedziały. Zastygły przytulone do siebie.

– Wiecie? – ponowił pytanie.

Wyprostowany stanął przed nimi. Worek na jego głowie był jednolicie brązowy, jedynie w miejscu oczu miał wycięte dziurki, zza których wydobywało się spojrzenie błyszczące na tle czerni wewnętrznej strony worka.

– Wiemy – odpowiedziały chórem jak przy powitaniu nauczyciela w szkole.

Mężczyzna celował prosto w nie, nie przejmując się mamą.

– Wiecie, ile złych rzeczy może wyrządzić?

Potwierdziły skinieniem głów. Ewa słyszała, jak potwornie jej siostrze trzęsie się szczęka. Uderzenia zębów o zęby były jeszcze gorsze niż krzyki mamy.

– W takim razie, jeśli nie chcecie, żeby stała się wam krzywda, przejdźcie grzecznie do swojej sypialni.

– Nieeee! Nie rób im krzywdy! Weź mnie! – Mama wstała i zasłoniła je własnym ciałem.

– Ty też. – Mężczyzna spokojnie wskazał lufą pokój. Był głuchy na ujadanie kobiety.

Wszystkie trzy postąpiły zgodnie z jego wolą. Ewa z Martą szły, podtrzymując się nawzajem. Obie miały nogi jak z waty, uginały się w kolanach. Z każdym krokiem szło im się coraz trudniej. Mama cały czas kroczyła przed nimi, tworząc z siebie żywą tarczę. Kazał im usiąść na łóżku, na którym jeszcze przed chwilą czytały książkę, a mamie klęknąć na podłodze. Niemal bez przerwy błagała go, żeby wziął ją zamiast nich. Dziewczynki nie rozumiały, o co jej chodzi. Ewa przypuszczała, że mężczyzna jest diabłem, który przyszedł je porwać, a mama, w zamian za ocalenie ich dusz, chce oddać siebie. W jej małej główce zakiełkowała myśl, że negocjacje z góry skazane są na porażkę. One były młode, świeże, miały przed sobą całe życie. Stanowiły idealny towar dla diabła.

Mama, ze względu na swój wiek, kompletnie się nie nadawała. Mimo to nie traciła wiary, ciągle próbowała dobić targu.

Uspokoiła się nieco dopiero wtedy, kiedy klęknął za siostrami na łóżku i przykładał pistolet na zmianę – najpierw do głowy Marty, a potem Ewy. Marta cały czas uderzała szczęką o szczękę. Rękami szarpała za swoją koszulę nocną, jakby wraz z nią mogła rozszarpać potworne zagrożenie. Ewie udało się zerknąć na siostrę jedynie kątem oka. Mężczyzna zabronił im patrzeć na siebie. Ostrzegł, że jeśli złamią jego zakaz, zastrzeli je. Mama złożyła ręce jak do modlitwy, ale nie prosiła o nic Boga, tylko człowieka z workiem na głowie. Człowieka, od którego zależał los jej córek.

– A teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. – Mężczyzna mówił wyraźnie, lecz cicho i spokojnie. Jego słowa mieszały się z krzykami mamy. Zamilkła dopiero po chwili, gdy zdała sobie sprawę, że lamentowaniem nic nie wskóra i lepiej posłuchać tego człowieka. Nie było wątpliwości, że swoje słowa kieruje bezpośrednio do niej. – Zadam ci pytanie. Lepiej dobrze przemyśl swoją odpowiedź.

Mama milczała. Ewa wciągnęła powietrze i na moment przestała oddychać. W pokoju zapanowała prawie całkowita cisza. Zakłócało ją tykanie zegara i trzaskanie szczęk Marty. Wszystkie w napięciu czekały, aż mężczyzna powie, o co mu chodzi. Nie spieszył się. Oddychał głęboko, wyraźnie napawał się chwilą i przerażeniem, jakie wzbudzał dzięki swojej przewadze fizycznej, zastraszeniu i broni.

– Zasada jest prosta – przemówił w końcu. Przeszedł na wyższe tony. – Ja pytam, ty masz trzydzieści sekund na odpowiedź. Jeśli nie odpowiesz, pytam jeszcze raz, dostajesz piętnaście sekund. – Przejechał pistoletem po głowie Marty i od razu zrobił to samo Ewie. – Ostatni raz dostajesz tylko sześć sekund. Potraktuj to jak taryfę ulgową, która pozwala grać na czas.

Brzmiał niczym sędzia śmiertelnego pojedynku gladiatorów w rzymskim Koloseum. Przemawiała przez niego pycha, chytrość i duma. Poczekał chwilę, upewniając się, że mama dobrze zrozumiała jego słowa.

– O… O co…? – mama dukała nieskładnie.