Recenzja Agnieszki Krawczyk
Piotr Liana to nowe nazwisko na scenie polskiej powieści kryminalnej. Autor pochodzi z Gorlic, jest farmaceutą i miłośnikiem Beskidów. Akcję swej debiutanckiej powieści „Persona non grata” umieścił w małej miejscowości opodal Dukli.
Historia zawiązuje się ciekawie – główny bohater Bożydar Szczocarz, drobny urzędnik z Tarnowa, po tragicznej śmierci rodziców zamordowanych przez nieznanego sprawcę otrzymuje tajemniczy list. Do Kłobuczek pod Duklą wzywa go nieznana krewna „ciotunia” Wichrzysława. Bożydar, który niewiele wie o historii swego rodu (domowa legenda głosiła, że jego rodzice poznali się w sierocińcu) postanawia pojechać w odwiedziny do ciotki. Zjawia się tam tuż przed świętami Wielkanocnymi i staje się świadkiem, a potem uczestnikiem niepokojących wydarzeń – jego przyjazd zbiega się z morderstwem miejscowej prostytutki Maryny Hurmanówny. Kto zabił młodą kobietę? Rozwiązanie zagadki nie jest proste, bo nazbyt wiele osób miało żal do Maryny. Pobożne sąsiadki, wścibskie plotkarki, cudzołożni mężowie i zwykli zazdrośnicy – nie brakuje ich we wsi, a każdy źle życzył cieszącej się złą opinią Hurmanównie. Bożydar, przypadkowo wciągnięty w całą aferę, musi się zmierzyć nie tylko z nią, ale i z wydarzeniami z przeszłości rzutującymi na życie mieszkańców Kłobuczek.
Atutami tej powieści są przede wszystkim ciekawie wykreowani bohaterowie oraz miejsce osadzenia akcji – mała miejscowość, właściwie wioska. Bardzo lubię kryminały „wiejskie”. O zbrodni w małej mieścinie pisała Anna Fryczkowska w „Kobiecie bez twarzy”, a Katarzyna Puzyńska bardzo udanie rozwija swój cykl o Lipowie. Liana także chce nam pokazać, że zło może czaić się wszędzie, a idylliczne wioski „daleko od szosy” także mają swoje brudne sekrety. Mieszkańcy Kłobuczek to prawdziwe indywidualności: żyją tu obok siebie lesbijka Agnieszka Sothe i pobożna asystentka księdza (pisze mu kazania) Faustyna Abramek, jest proboszcz i wikary oraz cała plejada parafian. No i oczywiście „ciotunia” Wichrzysława – zażywna kobieta w starszym wieku, dobrze poinformowana o wszystkich sprawach wioski, amatorka dobrej kuchni i gotowania. „Ciotuchna” lubi dużo gadać, a gdy powie zdanie za dużo, przywołuje się do porządku gromkim „Ja się zastrzelę!”.
Jak już się Państwo zapewne domyślili, powieść Liany to kryminał z pokaźną dawką humoru, który przejawia się tak w kreowaniu postaci, dialogach, jak i zabawnych sytuacjach. Jest interesującym spojrzeniem na zamknięte środowisko małej miejscowości i daje pewne wyobrażanie o jego mentalności i życiowej filozofii.
Powieść jest bardzo obszerna objętościowo (liczy ponad 600 stron) i to, moim zdaniem, działa na jej niekorzyść. Autor za bardzo w związku z tym brnie w dygresje i poboczne wątki, rozpraszające uwagę czytelnika. Fabułę na pewno można było skondensować, co wyszłoby książce na zdrowie. Raziły mnie też powtarzające się wulgaryzmy, dla których nie zawsze znajdowałam uzasadnienie. Doceniając dobór bohaterów, uważam, że warto byłoby popracować jeszcze nad językiem, aby zdecydowanie zindywidualizować wypowiedzi postaci.
Reasumując, powieść Liany to ciekawa próba kryminału o niejednorodnej proweniencji – jest tu kryminał z rysem groteski i powieść obyczajowa z elementami obserwacji społecznej. Jestem ciekawa kolejnej książki autora.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Oficynka





