Recenzja Agnieszki Krawczyk
Byłam bardzo ciekawa drugiej powieści Joanny Pypłacz, „Krzyku Persefony”, przede wszystkim dlatego, że autorka specjalizuje się w powieści grozy. A napisać obecnie dobrą powieść grozy – taką, by z jednej strony nie trąciła myszką i nie ocierała się o groteskę, a z drugiej była naprawdę w stanie przestraszyć współczesnego czytelnika – nie jest łatwo.
Jak się to udało w „Krzyku Persefony” – przyjrzyjmy się powieści.
Akcja toczy się w Krakowie i jego okolicach, pod koniec XIX wieku – i za to pierwszy wielki plus dla autorki. Kraków jest wdzięcznym tłem dla tego typu literatury – wąskie ulice, stare domy i mgła; tak, tutaj naprawdę może wydarzyć się coś niezwykłego. Drugim miejscem akcji jest (fikcyjny) szpital psychiatryczny w Ciemierniku – także bardzo nastrojowe i przerażające miejsce. Nie tylko jako „dom obłąkanych”, ale posiadłość kryjąca mroczne tajemnice poprzedniego właściciela i niezwykłe, budzące grozę legendy o fatalnej miłości.
Główna bohaterka, Gertruda Lange wychodzi za mąż bez miłości za zamożnego przedsiębiorcę, Wincentego Swobodzińskiego. Małżeństwo jest niedobrane i nieudane – obdarzona żywą wyobraźnią Gertruda nie potrafi „znaleźć się” u boku swego męża, utracjusza, alkoholika i brutala. Na skutek nieszczęśliwego splotu okoliczności młoda kobieta trafia do szpitala psychiatrycznego w Ciemierniku, gdzie ordynują konserwatywny profesor Mirosławski i jego zupełne przeciwieństwo – postępowy i otwarty na nowe terapie dr Hoffman oraz tajemnicza przełożona pielęgniarek, siostra Konstancja. Losy tych osób splotą się z dziejami fundatora szpitala pana Baumgartnera i jego sekretarza, nieszczęśliwego i melancholijnego Setha Espinosy.

Wielbiciele klasycznej powieści grozy rozpoznają tutaj wiele wyznaczników charakterystycznych dla tego gatunku. Mamy więc mroczny i rodzący śmierć romans, przerażające mury zakładu dla psychicznie chorych, rozbrzmiewające dzikimi wrzaskami obłąkanych, przeciwstawne kreacje bohaterek – delikatnej „jasnej” Gertrudy i posępnej „ciemnej” Konstancji. Mamy ruiny, mauzolea, opuszczone domostwo, w którym ktoś wygrywa na fortepianie Chopina. Powieści Pypłacz na pewno nie można odmówić znakomitego operowania nastrojem. Gdy wraz z dr Hoffmanem wchodzimy do dworu Flemminga, czy przemykamy z nim szpitalnymi korytarzami, gdy wiatr bije w okna, a księżyc przygląda się obojętnie z zimowego nieba – przechodzi nas po plecach dreszcz. Gdy siostra Konstancja swymi hipnotycznymi umiejętnościami obłaskawia groźnego szaleńca – czytamy to z zapartym tchem.
Joanna Pypłacz czaruje nas językiem. Umiejętnie stylizowanym na gotycką powieść z epoki, ale nigdzie nieprzeszarżowanym. Oto niewielka próbka: „Czy opiumowa muza tchnęła w twoje gnijące serce jakąś zbawienną myśl?” (strona 164). „Czasem pustka jest lepsza od powracających upiorów. (…) Nieszczęśliwa miłość to straszliwy upiór. Bardzo trudno go zwalczyć. Jedynie czas pozwala, by sam spopielił się w swym własnym ogniu.” (strona 260). Bardzo modernistyczne, prawda? Ten znakomicie wyważony stylowo język dodaje całej opowieści esprit. Sprawia, że choć współczesna, staje się echem, nawiązaniem do Walpole’a, czy Lewisa (bo mamy tu przykłady zarówno sentimental novel jaki i terror novel) oraz młodopolskich poezji.
Autorka bardzo umiejętnie powiązała mit o Hadesie i Persefonie z jego rzeźbiarskim przedstawieniem („Porwanie Prozerpiny” Belliniego) i losami bohaterów. Trochę żal, że Pypłacz nie pokusiła się o wyjaśnienie, dogranie niektórych wątków. Opowieść została przez to nieco zawieszona, co jednak nie ujmuje jej uroku – takie są prawidła, w powieści grozy nie wszystko musi być odkryte, jest miejsce na tajemnice.
Bardzo podobał mi się „Krzyk Persefony” Joanny Pypłacz – jest to dobrze zaplanowana i rozegrana nastrojowa powieść grozy, którą czyta się z dużą przyjemnością. Łatwo zanurzyć się w ten tajemniczy i mroczny świat i czerpać satysfakcję z lektury w naprawdę dobrym i eleganckim stylu.
Słowa uznania należą się jak zwykle Wydawnictwu Szara Godzina za staranną edycję powieści: nawiązującą do stylistyki czcionkę tytułów rozdziałów i świetną okładkę, autorstwa Anny Damasiewicz. Lubię książki tego wydawnictwa także dlatego, że są bardzo dopracowane od strony redakcyjnej i wydawniczej, a to nie jest zbyt częste w dzisiejszych czasach!
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina





