Recenzja Marty Guzowskiej
Najpierw myślałam, że „Koniec gry” będzie polską wersją „Żądła”. Po kilkunastu kolejnych stronach przyszło mi do głowy, że to może raczej kryminał prawniczy. A później nie wiedziałam już, co myśleć, bo „Koniec gry: wymyka się schematom.

Najpierw mamy starego kryminalistę. Edward Chojar to nie jest jakiś tam seryjny morderca, tylko drobny zakapior: włamania, rabunki, no i od czasu do czasu trzeba komuś dać w mordę. Ma pięćdziesiąt osiem lat. I czuje, że wypada z gry, a życie nie jest już takie zabawne, jak kiedyś.
Potem mamy Tomasza. Człowieka bez przeszłości i najwyraźniej również bez przyszłości. Jego dziewczyna nic o nim nie wie, a on nie spieszy się, żeby związać się z nią bardziej niż tylko na zasadzie „ mieszkamy razem, bo nam dobrze w łóżku”. Tomasz jest prokuratorem. I traktuje swój zawód bardzo serio.
A potem mamy Adama, adwokata. Młody, przystojny, bokser amator, przy kasie, wielbiciel dobrego alkoholu i ubawu z panienkami. Wydawałoby się, że wszystko w życiu układa się po jego myśli. Wydawałoby się…
Chojar stracił kiedyś dziecko, jego syn został porwany podczas festynu w Kazimierzu i przez trzydzieści lat nikt nie wiedział, co się z nim działo. Wreszcie namierzył porywacza, którego rozpoznał po tatuażach. I zastrzelił. Jeśli to nie jest hitchcockowski styl zaczynania akcji od trzęsienia ziemi, to ja już sama nie wiem, co to jest.
Chojar grzecznie czeka na gliny i trafia do aresztu. Bronić go ma Adam, prokuratorem z urzędu jest Tomasz. I tak rozpoczyna się gra.
Chojar ma tajemnice, które całkowicie zmieniają życie obu mężczyzn. Ten, który miał go bronić, zaczyna go nienawidzić. Ten, który miał go oskarżać, zawdzięcza mu życie. Obaj stają na rozdrożu.
Intryga wymyślona przez Cioczka jest skomplikowana i zawiła, jak rozgrywki szachowe, których wielbicielem jest Chojar. Powieść zaczyna się powoli, ale z każdą kolejną stroną nabiera tempa i gdzieś tak od połowy czytelnik jest już na przegranej pozycji, naprawdę nie może odłożyć książki i iść spać.
Jedna rzecz, na którą Cioczek powinien zwrócić uwagę w następnych powieściach (mam nadzieje, że takie będą!) to mniej szablonowa wiedza o kobietach. Dziewczyna, która wraca z klubu po przetańczonej nocy raczej nie opłucze twarzy zimną wodą (s. 76), tylko wykona gruntowne zmycie makijażu. Kobieta z małego miasteczka raczej nie zapuści siwizny w dobie tanich i wygodnych w użyciu farb do włosów (s. 10), bo presja społeczna jest zbyt duża, siwiznę zapuszczają dzisiaj tylko niezależne intelektualistki. To faceci siwieją na skroniach (kobiety bardziej na przedziałku) i faceci płuczą twarz zimną wodą. W ogóle kobiety w powieści Cioczka przedstawione są lekko schematycznie (błękitna sukienka na pierwszej randce, powiewna sukienka na rozprawie sadowej). Bo ja wiem, może to efekt zamierzony, ale Cioczek powinien trochę się tu przyłożyć. Bo gdyby nakreślił postaci kobiece w tak skomplikowany sposób, jak nakreślił swoich męskich bohaterów, wyszedł by mu majstersztyk. Tak czy inaczej – gorąco polecam. „Koniec gry” to dobra rzecz.
„Koniec gry” Adama Cioczka przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Videograf.





