Recenzja Marty Guzowskiej
Cholernie ciężko dzisiaj napisać dobrą powieść przygodową. Bo gdzie ją umieścić? Czarny Ląd wyeksploatowany do najmniejszego skrawka, a poza tym niepoprawny politycznie. Podobnie ma się rzecz z najzimniejszymi regionami na kuli ziemskiej. Można by wysłać bohaterów w kosmos, ale wtedy nie byłaby to powieść przygodowa, tylko science-fiction, albo fantasy. Innymi słowy ? impas.
Radzą sobie z tym jeszcze Hiszpanie. Arturo Perez-Reverte, żeby długo nie szukać, potrafi odkryć romantykę zatopionych wraków statków albo narkotykowej baronessy. Carlos Ruiz Zafon przygodę przeniósł do przeszłości (choć nieodległej) i dobrze na tym wszedł, bo każdy z nas dobrze wie, że kiedyś, żeby po raz kolejny zacytować nieśmiertelnego Douglasa Adamsa, ?mężczyźni byli prawdziwymi mężczyznami, kobiety były prawdziwymi kobietami, a małe futrzaste istoty z Alfa Centauri były prawdziwymi małymi futrzastymi istotami z Alfa Centauri?.

Manel Loureiro w swojej trzytomowej serii ?Apokalipsa Z? umieścił akcję nie w przeszłości, nie w kosmosie ale na Ziemi, tyle że oblężonej przez zombie. Pomysł genialny w swojej prostocie. Po pierwsze; zombie zlikwidowały ten niepotrzebny na Ziemi tłum, zostawiając bohaterom miejsce na działanie. Po drugie: nikt nie zaprzeczy, że w obliczu niebezpieczeństwa w ludziach budzą się uśpione instynkty i mężczyźni stają się prawdziwymi mężczyznami, kobiety ? prawdziwymi kobietami, a małe futrzaste istoty? itd.
Po trzecie: żeby przetrwać w kraju, gdzie na każdym rogu można spotkać nie jednego, a całą chmarę zombie, trzeba przeżyć przygód co niemiara. Bohaterowie Loureiro przedzierają się przez opanowane przez zombie miasta, walczą z szalonym (choć niezakażonym zombizmem) kapitanem statku, odpierają atak w szpitalu, tracącym paliwo helikopterem poszukują enklaw wolnych od zombie, żeglują, nurkują, biegają z granatami w zębach, i tak dalej, i tak dalej. Po czwarte: zombie siłą rzeczy zapewniają sporą dawkę emocji, bo, kiedy akcja zaczyna siada, autorowi wystarczy posłać kilka stworów na bohaterów i poziom adrenaliny wzrasta w sposób gwarantowany. A że w zombie zamieniła się większość ludzkości i są dosłownie wszędzie, nie ma problemu ze znalezieniem kilku kiedy potrzeba.
W ten więc prosty a skuteczny sposób Loureiro udało się wskrzesić powieść przygodową w jej najczystszej postaci. I chwalą mu za to wielka, bo myślałam, że w dzisiejszych zblazowanych czasach to niemożliwe. A okazało się, że wystarczy wymazać 99,9 procent rasy ludzkiej z powierzchni naszej planet i życie na powrót staje się piękne, choć niełatwe.
Miałam z powieścią Loureiro tylko jeden, drobny problem, i to tylko na początku. Jeszcze zanim rozpętało się piekło, bohater podjął serię fortunnie trafnych, choć mało prawdopodobnych decyzji, jak kupno baterii słonecznych do domu (że niby okolica miała problemy z dostawą prądu). Szczęśliwie się też złożyło, że hobbystycznie zajmował się i żeglowaniem i nurkowaniem, więc miał o tym pojęcie oraz był posiadaczem kombinezonu nurkowego, niezastąpionego w starciach z zombie, bo neopren jest trudny do przegryzienia. Ale to tylko początkowe ?koty za płoty?. Całość czyta się świetnie i jednym ciągiem. Niestety, dostałam od wydawnictwa dwa pierwsze tomy ?Apokalipsy Z? jeszcze przed premierą trzeciego (która miała miejsce wczoraj), więc teraz siedzę i gryzę palce, bo nie wiem, co dalej. Dobrze Wam radzę, kupcie wszystkie trzy tomy od razu, po co macie się męczyć tak, jak ja.


?Apokalipsę Z? przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza, do którego z tego miejsca apeluję: przyślijcie tom trzeci, bo nie wytrzymam!





