Recenzja nieobiektywna Adrianny Michalewskiej
Jeśli ktoś zamierza zostać pisarzem powinien poczytać Russela. Piszę to z bólem serca, bo po mi konkurencja, ale niech tam. Czytajcie. Mistrzowskie prowadzenie bohatera, wzorowe dialogi, brawurowa akcja, poczucie humoru i akcja. Nie ma się do czego przyczepić. Trzeba wziąć flamaster i podkreślać co lepsze kawałki.
” – Czego, kurwa, chcesz, Lennox? – rzucił tytułem powitania. Domyśliłem się, że wśród książek na jego biurku nie ma Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi Dale’a Carnegiego” (przepraszam za słowa A.M.).

Albo
„Leonora Bryce prowadziła mnie labiryntem korytarzy wyłożonych kosztowną boazerią. Nie martwiłem się o to, jak znajdę drogą powrotną. Wystarczy, że pójdę śladem śliny, którą toczyłem z pyska” (Leonora była nieziemsko seksowna – przyp. A.M.)
I tak dalej. Ale o co w tym wszystkim chodzi? Otóż ów Lennox, to detektyw, który szuka haków na niewiernych mężów, konwojuje gotówkę z banku i w wolnej chwili robi dochodzenia dla lokalnych bonzów mafijnych. Gdy w jego kancelarii pojawiają się córki bliźniaczki wydobytego właśnie z dna rzeki Clyde zbira z propozycją ustalenia, kto od osiemnastu lat przysyła im co roku kupę forsy, od razu wiadomo, że Lennox będzie miał kłopoty. Ale on sam nie potrafi się oprzeć i ładuje się w sprawę jak w przysłowiowy dym. Brudne uliczki i smog Glasgow dopełniają atmosfery. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Na pociechę pozostaje Lennoxowi niesamowite poczucie wisielczego humoru i gliniarz, który sam ma coś do ukrycia.
Tymczasem trafia się kolejna sprawa. Pewien aktor wetknął coś w usta członkowi rodziny królewskiej. Robi się coraz gorzej. Trzeba wyjąć spod podłogi ukrytą spluwę i przyczaić się w jakimś brudnym hotelu, albo odpuścić. Ale który prawdziwy mężczyzna odpuszcza? Już raczej da się pokroić na kawałki wielkości boeuf strogonoff i posolić, niż przyznać, że sprawa go przerosła. Trudno, najwyżej go ubiją.
Świat jest paskudny, a w robotniczym mieście jest jeszcze paskudniejszy. 100.000 mieszkań opalanych węglem i mgła znad Atlantyku potrafią pobrudzić każdą koszulę i niejedną duszę. Na szczęście jest jeszcze bourbon…
Tak wiem, już był taki jeden i nazywał się Chandler. Ale Russel wcale mu nie ustępuje. Jak dla mnie, pięć gwiazdek.





