Recenzja Adrianny Michalewskiej

Czytujący literaturę rosyjską zapewne jednym tchem wymienią Doncową, Marininę i Akunina. Jest to zrozumiałe, bowiem rosyjski kryminał coraz mocniej wkracza na polski rynek.
Tymczasem warto też zajrzeć do książek Sorokina, który w żadnych kategoriach literackich się nie mieści. Przypisuje mu się co prawda miano rosyjskiego modernisty, czy przedstawiciela konceptualizmu, ale także obrzuca obelgami jako faszystę (po rewelacyjnym „Lodzie”), czy pornografie (po „Błękitnej słoninie”, którą to powieścią bardzo naraził się proputinowskim bojówkom).
Sorokina jednak warto czytać, bo to pisarz z wyobraźnią. Wydana niedawno „Zamieć” to oniryczna opowieść o podróży przez zaśnieżoną Rosję. Lekarz wysłany ze szczepionką na wampiry rusza w kraj. Nie można odnaleźć dróg, a mieszkańcy tej upiornej krainy to maleńcy młynarze trzymający się dla równowagi ogórka, olbrzymy lepiące ze śniegu bałwany z gigantycznymi fallusami i handlarze narkotykami, którzy potrafią hodować namioty.
W tym dziwnym, rozmazanym przez zawieję świecie jest jeszcze jeden człowiek. Koźma, wożący chleb samojezdem zaprzężonym w 50 maleńkich koników. Zwierzątka te są niewielkie, pewnie wielkości małego kota, ale bardzo przywiązane do Koźmy, który nie ma rozumu, za to ma serce. W zamrożonej upiornej rzeczywistości on jeden jest gotów na wyrzeczenia. Ostatnia nadzieja zidiociałego, smutnego świata, w którym nie sposób odnaleźć drogi.
„Zamieć” to historia na jeden wieczór. Czyta ją się w dwie godziny. Rozmyśla o niej znacznie dłużej.
Władimir Sorokin, Zamieć, Wydawnictwo Czarne 2013.





