Recenzja Marty Guzowskiej
Nie pamiętam, czy to Agatha Christie, czy ktoś inny napisał, że główne motywy zbrodni to seks i pieniądze (chyba jednak nie Dame Agatha,

chociaż była obdarzona wielkim poczuciem humoru, słowo ?seks? prawdopodobnie nie przeszłoby jej publicznie przez usta). Tak czy inaczej powiedzenie to stało się jednym z truizmów literatury kryminalnej. Tom Knox, autor ?Rytuału babilońskiego? poszedł krok dalej. A gdyby seks nie był motywem zbrodni, lecz przyczyna śmierci? Gdyby tak założyć, że seks i śmierć to dwie strony tego samego medalu? Pomysł fascynujący, a Knox, autor wielu bestsellerowych powieści, zapewnił mu też staranne wykonanie.
W Londynie policja odnajduje okrutnie okaleczone zwłoki bogatych, młodych, pięknych i uprzywilejowanych ludzi. W ich domach nie ma śladów włamań, a dowody sugerują, że ofiary? okaleczyły się same.
W Peru archeolog Jessica Silverton uczestniczy w badaniach oszczędzanej przez rabusiów piramidy grobowej kultury Moche. Na jej ścianach widnieją przedstawienia potwornych rytuałów, a szkielety znalezione we wnętrzu grobowca sugerują, że przedstawienia to nie tylko fantazja artystów, że to wszystko działo się naprawdę.
Młody dziennikarz Adam Blackwood wykonuje swoje ostatnie zlecenie dla ?Guardiana? w szkockiej kaplicy Rosslyn, rozsławionej przez ?Kod Leonarda da Vinci?. Znudzony banalnym zadaniem natyka się na znanego uczonego Archibalda McLintocka, który mówi mu, że odkrył powiązanie między Rosslyn i templariuszami. Chwilę później Adam jest świadkiem samobójczej śmierci McLintocka, który z pełną prędkością wjeżdża samochodem w mur. Córka historyka Nina nie wierzy jednak, że było to samobójstwo i powoli zaczyna w to wątpić także Adam.
Trzy watki dziejące się w trzech częściach świata splatają się, jak to powinno mieć miejsce w rasowym thrillerze. Bohaterowie łączą swoje siły i wyruszają na poszukiwanie ?złota Azteków?, które wcale zlotem nie jest.
?Rytuał babiloński? to tzw. ?szybka? powieść na wakacje. Jednak Tom Knox wyróżnia się na tle typowych pisarzy thrillerów. Po pierwsze: rozwiązanie zaproponowane na końcu nie ubliża inteligencji czytelnika, jak to, niestety, ma miejsce wielu powieściach tego gatunku. Po drugie: nie patyczkuje się ze swoimi bohaterami, nie oszczędzając im cierpień, nie można go więc oskarżyć o naiwność. Po trzecie wreszcie: udaje mu się przemycić całkiem sporą garść autentycznych informacji na temat kultury Moche. Więc chwała Knoksowi choćby za to.
Nie polecałabym Toma Knoksa na plażę, bo to lektura zbyt wciągająca: potopią Wam się dzieci, a Wy nie oderwiecie wzroku od stron :?) Ale za to na letnie wieczory? Z góry jednak uprzedzam, że tych wieczorów nie będzie zbyt wiele, bo Knoksa czyta się jednym tchem.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis





