Recenzja Marty Guzowskiej

Jakoś się już tak ostatnio utarło, że jak ktoś chce pochwalić kryminał, to go porównuje, w sensie pozytywnym, do twórczości Raymonda Chandlera. Jak wszyscy, to ja też. Ale nie dlatego, że taka akurat nastała moda, tylko dlatego, że ?O mały włos? Eoina Colfera jest, można powiedzieć, bardziej chandlerowskie, niż sam Chandler. A lektura tej powieści dostarcza nie mniejszej przyjemności, niż czytania Mistrza przez wielkie Em.
Były żołnierz z Iraku (wdzięczny watek w literaturze kryminalnej, i jakoś często ostatnio pojawiający się w pozycjach, które wpadają mi w ręce), a obecny wykidajło w spelunie Slotz w mieścinie Cloisters w New Jersey daje po łapach klientowi, który dobiera się do hostessy (a konkretnie, liże ją po tyłku; Colfer nie bawi się w niedomówienia). Od razu jasne jest, że wykidajło, Daniel McEvoy czuje do tej pani miętę (wybaczcie te staroświeckie określenia, ale same mi się cisną na klawiaturę, gdy porównuję coś do prozy Chandlera). Nieszczęśliwie się składa, że amator lizania jest wziętym adwokatem, który co prawda opuszcza spelunę, ale po drodze się odgraża. Kiedy więc niedługo potem hostessa Connie zostaje znaleziona na parkingu Slotza z dziurą w głowie, dla Daniela jest jasne, że zrobił to Lizacz.
W tym momencie nie sposób uniknąć porównania z ?Żegnaj, laleczko?, a związek Daniela i Connie bardzo przypomina to, co Myszka Malloy czuje do Velmy (chociaż, rzecz jasna, w nieco innych okolicznościach).
Ale akcja się zagęszcza, a Daniel ma też inne problemy. Zaginął jego kumpel (przyjaciel) Zeb Kronsky, lekarz przeprowadzający bez licencji operacje estetyczne, sprzedający najrozmaitsze leki (raczej mniej niż bardziej skuteczne) i pracujący nad przeszczepieniem Danielowi włosów. Bo łysienie to słaby punkt tego świetnie wyszkolonego, potężnego, muskularnego nożownika i snajpera. Cóż, każdy ma jakieś słabe punkty.
Kartka za kartką Daniel ma coraz więcej kłopotów. Kiedy szuka Zeba, natyka się na pomocnika miejscowego mafiosa Mike?a Irlandczyka i okazuje się (Daniel, znaczy się) szybszy. Ledwo udaje mu się pozbyć ciała mafijnego cyngla, musi zmierzyć się z mieszkającą piętro nad nim wariatką, panią Delano. Ledwo próbuje napuścić policję na prawnika, który, jak wierzy Daniel, zabił Connie, a okazuje się, że jedna z policjantek jest skorumpowana i chce zrobić kuku drugiej. Ledwo Daniel daje radę tę drugą ocalić, a ta już wyciąga służbowy pistolet, żeby rozwalić mu głowę. Życia Danielowi nie ułatwia też fikcyjny Zeb, siedzący w jego głowie i prowadzący z nim absurdalnie dialogi w najmniej odpowiednich momentach, na przykład podczas strzelaniny.
?O mały włos? napisane jest cudownym, brawurowym, absurdalnym językiem, a czytając dialogi między Zebem (w głowie Daniela) a Danielem, nie sposób się nie uśmiać. Nie darmo to właśnie Eoin Colfer jest tym, którego poproszono o napisanie kontynuacji kultowej książki Douglasa Adamsa ?Autostopem przez galaktykę?, czego Adams nie zdążył zrobić przed śmiercią. Colfer wplata też do ?O mały włos? kilka cieszących serce odniesień popkulturowych (zdanie: ?Zeb nie żyje? może być tylko mrugnięciem oka w stronę słynnego ?Zed?s dead, baby. Zed?s dead?. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą o co chodzi, a jeśli ktoś nie wie, po raz kolejny podpowiedź: po to Pan Bóg wymyślił googla, żebyśmy nie musieli się już publicznie kompromitować niewiedzą.)
?O mały włos? obfituje w niespodziewane zwroty akcji. Trudno orzec, czy bardziej zaskakujące jest, kto ostatecznie okazał się morderca Connie, czy jak kończy Daniel. Ani jednego ani drugiego nie zdradzę, bawcie się dobrze do samego końca. A podczas lektury zwróćcie uwagę na sceny, kiedy Daniel atakuje wytwornie sterydów, oraz kiedy omawia z detektyw Ronelle plan, który ma potwierdzić jej wiarygodność w oczach policji. Tak zabawnych scen nie czytałam od? sama już nie wiem kiedy.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości pani Violetty Wiśniewskiej z wydawnictwa W.A.B., której z tego miejsca serdecznie dziękuję za źródło tak doskonalej rozrywki.





