Recenzja Marta Guzowskiej
Egzemplarz recenzyjny ?Kłamcy? Tomasza Białkowskiego dotarł do mnie w wyjątkowo złym momencie: dzieciaki chore, a ja zawalona robotą po uszy. Trudno, pomyślałam sobie, przeczytam pierwszych pięćdziesiąt stron, a resztę przekartkuję i już. Przecież i tak nie zdradzam Czytelnikom zakończenia fabuły, a przez pięćdziesiąt stron powinnam poczuć już klimat książki.
Niestety, mój plan się nie powiódł. Powieść złapała mnie ?za fraki? i wciągnęła, i nie mogłam jej odłożyć do ostatniej strony.
Trzeba przyznać, że Tomasz Białkowski ma talent do konstruowania szybkich i wciągających fabuł. Tak było w ?Drzewie morwowym? i tak jest w ?Kłamcy?. Trudno się od tych powieści oderwać mimo, że Białkowski zraził mnie na samym początku: zamordował parę wyjątkowo sympatycznych bohaterów z pierwszej części, księdza?heretyka Mariusza Werensa oraz jego byłą gospodynię, a późniejszą partnerkę Elizę. Bardzo tego żałowałam, wydawało mi się nawet, że będzie tych barwnych bohaterów brakować, ale szybko o nich zapomniałam, za dużo się działo.
Bohaterem ?Kłamcy? jest znany już Czytelnikom z ?Drzewa morwowego? Paweł Werens, bratanek Mariusza. Nie dość, że jego stryj i przyszywana stryjenka zostali zamordowani, morderca uczynił z ich ciał dziwaczne tableaux. Podobnie postąpił że zwłokami warszawskiego adwokata. W tajemniczy sposób ginie też kustosz muzeum Czartoryskich w Krakowie, a we wszystko wplatany wydaje się być jeszcze obraz Rafaela, skradziony i prawdopodobnie zniszczony podczas wojny.
Trochę zastanawia mnie u Białkowskiego fascynacja stylem Dana Browna, a zwłaszcza maniera ?nowa dziewczyna Bonda w każdym odcinku?: w poprzedniej części partnerowała Werensowi weterynarz Hanna, w tej jest to historyk Lena. Poza tym trochę za ładnie to się wszystko składa w jedną całość: historia z psem na samym końcu wywołała u mnie od razu skojarzenie z jednym z odcinków nieśmiertelnego komiksu ?Fistaszki?, kiedy Charcie obrywa maszyną do pisania, bo nieopatrznie zadał pytanie ?a co z tym królem?? (fani Fistaszków na pewno wiedza, o co mi chodzi). Zaintrygowało mnie sformułowanie ?doktor Lena?. Jestem doktorem i dostrzegam w tej formie zmianę w tytułowaniu akademickiego lub potworny protekcjonalizm (wolę myśleć, że to pierwsze, bo gdyby ktoś zwrócił się do mnie per ?doktor Marto?, na pewno nie byłabym dla niego taka uprzejma jak bohaterka powieści Białkowskiego). Ale to detale. Jeśli ktoś szuka rozrywki na ponure zimowe wieczory, gorąco polecam.
Powieść przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Szara Godzina.






