Strona główna Recenzje Śmiertelne zespolenie, Frank Tallis – Recenzja

Śmiertelne zespolenie, Frank Tallis – Recenzja

0
PODZIEL SIĘ

W Wiedniu, czyli nigdzie. ?Śmiertelne zespolenie? Franka Tallisa

Frank Tallis jest brytyjskim psychologiem i wykładowcą psychiatrii, a wygląda trochę (trochę!) jak Russel Crowe. Jest też autorem kilku powieści kryminalnych, osadzonych w Wiedniu czasów Freuda, których główny bohater psychoanalityk Liebermann pomaga rozwikłać zbrodnie posługując się nowatorską i nie do końca jeszcze akceptowaną metodą ?grzebania w duszy?.

Największym atutem powieści ?Śmiertelne zespolenie?, wydanej niedawno przez Wydawnictwo Dolnośląskie (w pięknej szacie graficznej) jest pomysł. Tym razem Liebermann i jego przyjaciel (a także partner w domowym muzykowaniu) policjant Rheinhardt muszą znaleźć seryjnego mordercę kobiet, którego najwyraźniej podnieca nie tyle akt panowania nad swoimi ofiarami, ile sama śmierć.

 

Frank Tallis był w Wiedniu co najmniej dwa razy, dowodzą tego zamieszczone na jego stronie internetowej zdjęcia sprzed pałacu Schönbrunn i z muzeum Freuda. Czytając ?Śmiertelne zespolenie? odniosłam jednak wrażenie, że autor korzystał wyłącznie z przewodnika po mieście, i to jednego z cieńszych. Gdyby wykosztował się na grubszy, dowiedziałby się, że są w Wiedniu inne ogrody oprócz Volksgarten, inne ulice oprócz Lange Gasse, inne sławne budynki oprócz złotej kopuły Ver Sacrum, i że działali tam jeszcze inni artyści oprócz Egona Schielego, na którego rysunkach wzorowane są najwyraźniej obrazy jednego z bohaterów powieści, malarza Rainmayra. Zabrakło w ?Śmiertelnym zespoleniu? atmosfery dziewiętnastowiecznego wielkiego miasta, stolicy wielkiego imperium stojącego już jedną nogą w historycznym grobie.

Jedna rzecz, trzeba to jednak przyznać, niezwykle się Tallisowi udała: nazwiska. Cudowne, kosmopolityczne nazwiska pierwszo-, drugo- i trzecioplanowych postaci, doskonale oddające klimat geopolitycznego przekładańca, jakim był Wiedeń w XIX w. Gdyby autor tak samo przyłożył się do rekonstrukcji innych klimatów miasta, mielibyśmy powieść zachwycającą. Ale tego nie zrobił, dostaliśmy więc sympatyczne czytadło, które zaciekawia, ale nie porywa.

Powieść przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Marta Guzowska