„W domu nie było ciała Caleba. Elspeth nie była w stanie racjonalnie myśleć – w głowie jej pulsowało i dudniło – ale w końcu jakiś impuls kazał jej wstać, zrobić coś. Zerwała się z łóżka, poślizgnęła na łuskach, chwyciła futryny. Ciała jej dzieci w poświacie księżyca były niczym więcej jak cieniami. Przebiegła przez pokój dzienny i kuchnię i wypadła w mroźną noc. Przekrzykując zawodzący wiatr, który palił w twarz i pokrywał ją warstwą śniegu, wykrzykiwała imię Caleba. Stodoła kryła się w oddali w mroku, w cieniu sosen. Bez świateł w oknach domu służących za przewodnika Elspeth nie była pewna, czy znajdzie drogę do stodoły, a tym bardziej, czy trafi z powrotem. Księżyc zginął w śnieżnej zamieci. Zaszła tak daleko jak zdołała, krok za krokiem, ostrożnie, aż wreszcie jej nogi poddały się, poślizgnęła się, upadła i jeszcze raz zawołała. Gdyby Caleb ocalał, w stodole świeciłoby się, pomyślała. A ciała pozostałych nie leżałyby tak jak teraz.

Zamknęła się w domu, ale nie powiesiła swojego płaszcza obok innych i nie przestała nasłuchiwać, jakby dom mógł jej powiedzieć, co się wydarzyło. Z ilości użytej amunicji, licznych łusek i śrucin oraz faktu, że Jorah nie zdążył nawet zerwać się z łóżka, wywnioskowała, że do ich domu wdarł się więcej niż jeden morderca. Wyobraziła sobie całą armię napastników, zakradających się jak pająki. W czasie długiej podróży z Deerstand nikt jej nie śledził; zauważyłaby to, usłyszała, wyczuła. Trzeba by zapędzić się na odludzie, żeby natknąć się na farmę Howellów, stojącą, jak wielu uważało, po niewłaściwej stronie wzgórza, na takim rozległym pustkowiu w północnym krańcu stanu Nowy Jork, że nawet tym, którzy szukali tego domu, trudno było go znaleźć. Nikt nie mieszkał na tyle blisko, żeby ich znać, i tego właśnie chcieli i potrzebowali. Choć oczywiście Elspeth miała wrogów i wiele grzechów na sumieniu.
Poczuła mdłości. Rozbiła zamarzniętą wodę w misce
i napiła się z chochelki. W pokoju pod ścianą obok dużego pieca leżały trzy kłody drewna. Otworzyła drzwiczki pieca i zobaczyła, że Jorah zdążył w nocy dołożyć drewna, żeby ogień nie wygasł do rana. To mogło tłumaczyć jego obecność w sypialni – Jorah często ucinał sobie krótką drzemkę pomiędzy wczesno porannymi obowiązkami a wschodem słońca. Elspeth udawała, że śpi, kiedy kładł się z powrotem obok niej, a potem zasypiała, wsłuchując się w rytm jego oddechu.
Przeszła jeszcze raz nad ciałem Jessego i zabrała ze stołu zapałki. Kiedy pierwszy szok minął, widok dzieci leżących w kuchni poruszył ją jeszcze bardziej i całe jej ciało zaczęło drżeć. Stała, trzęsąc się i pocąc, niepewna, od czego zacząć. Zdrętwiałymi z zimna palcami zaczęła wyplątywać sukienkę Mary z relingu pieca. Mary trzęsła się jak lalka przy tych nieskutecznych próbach. Jutro Elspeth będzie musiała rozciąć materiał. Jak bardzo Mary płakałaby na samą myśl o tym, ta Mary, która na podwórku ściskała w dłoniach uniesiony rąbek sukienki, chroniąc ją przed pobrudzeniem. Nawet kurczaki zdawały się rozumieć jej troskę i nie dziobały jej stóp, nie trzepotały skrzydłami, jak to miały w zwyczaju. Wszystko to musiało jednak zaczekać do jutra, do dziennego światła. Ułoży ciała w stodole razem z ich bratem Calebem. Kiedy w domu zrobi się ciepło, smród stanie się nie do zniesienia. O tej porze roku o pogrzebie nie mogło być mowy. Nawet Jorah nie zdołałby wykopać wystarczająco głębokiego dołu, żeby bezpiecznie pochować ciała.
Kiedy poprawiała sukienkę Mary, usłyszała chrobotanie w spiżarni i poczuła ulgę, że nie jest sama, choćby za towarzysza miała mieć tylko mysz. W ostatniej chwili powstrzymała się przez zawołaniem chłopców, którzy uwielbiali łapać myszy i trzymać je w skleconych z deszczułek domkach. Podeszła ostrożnie do drzwi, bojąc się, że wystraszy zwierzątko. Zaskrzypiała podłoga. Oślepiający błysk i znalazła się w powietrzu. Wylądowała na stole kuchennym, w nozdrzach i gardle czuła smród spalonego ciała. Miała wrażenie, że rozpadła się na kawałki.
W spiżarni cuchnęło prochem. Gryzący dym unosił się chwilę w powietrzu, a potem zniknął wessany przez dziurę w ścianie, dzieło łokcia Caleba Howalla oraz odrzutu jego największego skarbu, strzelby Ithaca kaliber 12. Prawie metrowa lufa zajmowała niemal całą szerokość spiżarni, na odrzut nie było miejsca. Między nogami Caleb miał jeszcze sześć nabojów. Wyjął dymiące jeszcze łuski i niezgrabnie ładował dwa nowe, przyciskając jednocześnie policzek do drzwi spiżarni i wyglądając przez dziurę powstałą po poprzednim wystrzale. Czuł na policzku ciepło. Kiedy strzelił, usłyszał stęknięcie i skrzypnięcie stołu kuchennego, przesuwającego się po podłodze razem z ciałem mordercy.
Przez osmolony otwór w drzwiach dostrzegł zwieszoną ze stołu rękę i skapujące ze wskazującego i środkowego palca krople krwi. Jednostajne kapanie dało mu czas na uspokojenie. Policzył do dwudziestu, potem jeszcze raz do dwudziestu. Potrafił liczyć tylko do dwudziestu.
Chwilę wcześniej ucieszył się, że słyszy wreszcie coś innego prócz strasznych wytworów wyobraźni, nieustannego wycia wiatru przedzierającego się przez otwory po kulach i dźwięków wydawanych przez gałęzie wiązu ocierające się o dach.
Spał, kiedy tamci ludzie zbliżali się do domu. Usłyszawszy pierwszy strzał, wdrapał się na strych na siano. Zbliżał się świt. Siostra, która niosła mu, jak prawie każdego ranka, śniadanie, leżała w śniegu. Caleb dostrzegł tylko kilka szczegółów, kiedy napastnicy przekraczali próg domu: długą brodę pierwszego; niepewny krok drugiego, jak u dopiero co urodzonego cielaka. A trzeci poruszał się jak woda. Wszyscy byli uzbrojeni. Wszyscy mieli czerwone chusty, ten brodaty luźno zwisającą z ramion, ten na chwiejnych nogach zawiązaną na szyi, a ten trzeci związał chustą długie włosy z tyłu. Caleb usłyszał kolejny wystrzał i zakopał się głębiej w sianie. Z domu wciąż dochodziły odgłosy strzałów i Caleb siłą woli zmusił się do wyjrzenia na zewnątrz przed dziurę w desce. Trójka przybyszów wyszła z domu, a ten na chwiejnych nogach spojrzał w kierunku stodoły. Caleb zmoczył się ze strachu, cofnął i zakopał głęboko w sianie.
Nieco później, może po kilku minutach, a może godzinach, zdawało mu się, że słyszy głosy, a potem znów zapadła cisza.
Kiedy w końcu się wygrzebał i oczyścił z siana ubranie, w domu panowały ciemności. Ciało Emmy było tylko niewielkim cieniem. Zszedł ze strychu i poszedł na tył stodoły, gdzie trzymał strzelbę. Z ithaką w ręku przebiegł podwórko, oglądając się na wszystkie strony, za każdym drzewem widział czerwone chusty. Przystanął i delikatnie starł warstwę śniegu z twarzy Emmy. Wpadł do środka i przebiegł wszystkie pomieszczenia, mijając ślady potwornej zbrodni, której nie potrafił pojąć. Popchnął drzwi pokoju rodziców, tam unosił się w powietrzu silny zapach prochu, a strzelba ojca stała w kącie. W drodze powrotnej szukał jakichkolwiek przejawów życia, jęku, drgnięcia, tymczasem wszędzie panowała cisza i bezruch, jakie trudno sobie wyobrazić. Było to tak bezsensowne, że zasłonił sobie usta dłonią, bał się bowiem, iż za chwilę wybuchnie śmiechem. Brzuch już zaczynał mu podrygiwać, sugerując taką możliwość. Kiedy już mu przeszło, ścisnął mocno jedną dłonią zwiniętą w pięść drugą dłoń. Nie mógł zostawić tych ciał, nie chciał być sam, i dlatego ukrył się w spiżarni, gdzie wreszcie poczuł się bezpieczny. Zawodzenie wiatru towarzyszyło jego szlochowi, kiedy czekał na powrót tamtych trzech mężczyzn. W środku nocy wyszedł ze spiżarni, żeby się rozprostować, sprawdzić, czy nie nadchodzą napastnicy, i zetrzeć z twarzy i ciała Emmy kolejną warstwę śniegu. Następnie wczołgał się z powrotem do spiżarni i czekał z naładowaną strzelbą.
Udało mu się zasnąć. Ale tym razem kiedy się obudził, nie czekał, nie zmoczył się, nie drżały mu ręce. Tym razem wykazał się odwagą i zrobił to, czego nie zdołał zrobić jego ojciec.
Kiedy już się upewnił, że nikt inny nie wyłoni się z cienia, wyszedł ze spiżarni. Zaskrzypiało mu w kolanach, od długiego siedzenia w kucki łapały go skurcze. Uniósł lufę strzelby. Jeszcze w progu dostrzegł buty. Znał je. Struny głosowe zawyły skrzekliwie, kiedy krzyknął. W blasku lampy naftowej rozproszonym przez rozbite szkiełko ujrzał twarz matki. Jej niebieskoszare oczy były zamknięte. Zdjął jej czapkę i czarne włosy rozsypały się na blacie stołu. Chustka na szyi tamowała trochę krew, więc ją zostawił. Nie mógł uwierzyć, że widzi ją tak nieruchomą. Przez dwanaście lat swojego życia nie widział, żeby tak mocno spała.
Modlił się – nie za siebie, już dawno w jego sercu zabrakło miejsca dla Boga – modlił się za matkę, która w wierzyła w Boga. Jego modlitwy w jakimś stopniu się spełniały, bo pierś Elspeth, nieregularnie i niepewnie, ale unosiła się i opadała. Większość śrucin ominęła ją, faszerując ścianę i kredens z zastawą stołową. Jedna lub dwie rozbiły szkiełko lampy naftowej. Reszta utkwiła w jej piersi, ramieniu i szyi. Caleb znalazł należącą do ojca butelkę whiskey. Jorah nie pił dużo, ot, łyczek z okazji chrześcijańskich świąt: w Boże Narodzenie i na Wielkanoc, w wigilię środy popielcowej i na Trzech Króli. Caleb oblał brązowym płynem ubranie matki i jej rany, tak jak robił ojciec, gdy skaleczył się siekierą w nogę albo kiedy Amos nadepnął na gwóźdź. W przeciwieństwie do Amosa, który darł się przeraźliwie i tak wymachiwał nogą, że jeszcze chwila, a kolanem połamałby sobie żebra, matka nie wydała żadnego dźwięku. Był pewny, że umiera, i wiedział, że to on ją zabił. Był zupełnie otępiały.”
Przekład: Jerzy Malinowski
Copyright © by James Scott, 2014 All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV
Copyright © for the Polish translation by Jerzy Malinowski, MMXV
Wydanie I, Warszawa
Fragment udostępniliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa WAB





