Recenzja Agnieszki Krawczyk
Wydawnictwo Replika zafundowało nam kolejną odsłonę cyklu o Aurorze Teagarden, inteligentnej i przebojowej bibliotekarce z Lawrence, która ma tę niepowtarzalną właściwość, że zawsze w jej bezpośredniej bliskości znajdzie się jakiś trup.
W „Z jasnego nieba” Roe jest już od dwóch lat mężatką – wyszła za mąż za Martina Bartella, starszego od niej „mężczyznę z przeszłością” (z tą przeszłością musiała się zmierzyć w poprzednim odcinku). Martin jest zamożny, sama Aurora także odziedziczyła spory spadek. Właściwie nie musiałaby pracować, ale biblioteka to jej pasja – w końcu jest anonimową fundatorką jednego jej skrzydła. Dom Bartellów całkowicie odpowiada ich pozycji społecznej – mają ogrodnika i gospodynię, a tak naprawdę parę ochroniarzy: Angel i Shelby’ego Youngbloodów (ach, te nazwiska u Harris – jedne jak z romansu, inne jak z horroru) i wiedzie się im doskonale.

Pewnego dnia w ten uporządkowany świat Roe spada z jasnego nieba ciało Jacka Burnsa, wyrzuconego z samolotu tuż nad posiadłością Bartellów. Jack i Aurora nie przepadali za sobą, to prawda, ale czy to może być przyczyną, że jego zwłoki spadły akurat na jej podwórko? Dość absurdalny pomysł, nawet dla miłośniczki zagadek, którą jest Roe.
Ten wypadek nie jest jednak ostatnim – wkrótce zaatakowana zostaje Beverly, koleżanka z pracy Aurory oraz inne osoby. Teagarden ma niepokojące wrażenie, że wszystkie te tajemnicze historie wiążą się jakoś z Angel Youngblood.
Bardzo lubię serię kryminalną o Aurorze Teagarden, bo przypomina mi kolekcjonowane przed laty tomy z cyklu „Kot, który…”. Tak jak w przypadku „Kota” i tutaj zagadka kryminalna nie jest szczególnie finezyjna i skomplikowana, ale ostatecznie nie to jest celem tych sympatycznych książek. Są to powieści obyczajowe, z pewnym rysem romansu i wątkiem kryminalnym dla urozmaicenia historii. Czyta się je wyjątkowo przystępnie i lekko. Harris ma ogromne poczucie humoru, umie stawiać swych bohaterów w zabawnych sytuacjach i tworzyć całą galerię niezwykłych typów.
Może trochę mam autorce za złe, że za mało było w tym tomie upiornej mamuśki Roe, ale inne postaci mi to wynagradzały.
Harris jest świetną obserwatorką życia na amerykańskiej prowincji, gdzie niczego nie da się ukryć, a gdy się kichnie, sąsiad z innej ulicy odpowiada „na zdrowie”. Scena na bankiecie firmowym, gdzie Aurora obserwuje dziewczynę odzianą w wyjątkowo ciasne dżinsy i stwierdza, że chciałaby zobaczyć film z wkładania tych spodni, ubawiła mnie do łez. Jest tu wszystko – rodzinne tajemnice i małe złośliwostki osób pozornie sobie bliskich. Ulubiona sąsiadka zna każdy brudny sekrecik, a stara przyjaciółka także może mieć coś na sumieniu. Aurora jednak potrafi się poruszać w tym gąszczu lokalnych intryg i wychodzić z nich obronną ręką.
A kto ostatecznie rozwiąże zagadkę? Bibliotekarka, czy może ktoś inny?
A to już muszą Państwo sięgnąć po powieść Charlaine Harris do czego bardzo zachęcam.
Książką pod patronatem Zbrodniczych Siostrzyczek, przeczytana dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika





