Strona główna Inne TOREBKI KRYMINALISTEK – GAJA GRZEGORZEWSKA

TOREBKI KRYMINALISTEK – GAJA GRZEGORZEWSKA

0
PODZIEL SIĘ

Co „kryminalistka” nosi w torebce? Zapytaliśmy o to najlepsze polskie pisarki kryminałów. Lato zbliża się już końcowi (niestety!), więc przed Wami ostatnie dwa tygodnie naszego cyklu. Dzisiaj o zawartości swojej kryminalnej torebki opowiada GAJA GRZEGORZEWSKA, autorka powieści kryminalnych z (m.in.) niezwykłą detektywką Julią Dobrowolską. Niedawno ukazała się jej najnowsza powieść „Betonowy pałac”.

 

 

To właściwie nie torebka a raczej torbiel albo nawet wór. Niestety nadszedł wrzesień, więc ten wór i jego zawartość są już odrobinę nie na czasie. Skoro jednak cały cykl jest wakacyjny, postanowiłam przedstawić moją wakacyjną wersję torebki. Ten właśnie wór towarzyszył mi w prawie każdy ciepły dzień (czyli o wiele rzadziej niż bym sobie tego życzyła). Ładowałam do niego wszystko, co było mi niezbędne do plażowania i pływania. Następnie pakowałam tobół do rowerowego koszyka i jechałam na Zakrzówek, który jest najlepszym i najczystszym miejscem do pływania w Krakowie. Mieści się w starym kamieniołomie, zalanym wodą. Otoczony jest stromymi, wapiennymi skałami i mnóstwem zieleni. To miejsce wygląda jak skrawek chorwackiego wybrzeża. Mam tam swoją ulubioną trasę pływacką do bazy nurków i z powrotem.

 

 

 

Ale miało być o zawartości torebki, a nie o przyrodzie i zaletach sportów wodnych. Tak więc pływanie umila mi podwodna empetrójka, która co prawda należy do mojego chłopaka, ale ja ją kocham bardziej! Jeśli ktoś lubi pływać, to polecam sobie taką kupić. Dwa razy więcej przyjemności. Można płynąć „na meduzę”, leżąc na plecach, patrzeć w niebo i słuchać muzyczki.

 

 

Do mojego tobołu pakuję też smarowidła z filtrami, szczotkę do włosów (to to różowe coś, wyglądające jak mydelniczka), ręcznik, kostium na zmianę, kosmetyczkę (której zawartość się zmienia), iPoda, którego używam na lądzie. Zawsze muszę też mieć ze sobą legitymację stowarzyszenia „Zakrzówek” i klucz. Bez tych dwóch rzeczy nie można się dostać na tę najlepszą plażę, wejścia strzegą aż trzy bramy a niekiedy również ochroniarz. Mimo to czasami udaje mi się przemycić jakiegoś znajomego.

Oczywiście mam też ze sobą coś do jedzenia – warzywa, owoce, wafle ryżowe (zostały zjedzone, stąd ich brak na zdjęciu). W każdym razie coś lekkiego, aby nie pójść na dno… Zabieram też obowiązkowo jakąś książkę, najczęściej kryminał (na zdjęciu akurat „Moja walka”, więc nie kryminał, ale książka skandynawska i też straszna, bo prawdziwa). Muszę się jednak przyznać, że ciężko mi się skupić na czytaniu na plaży. I wcale nie z powodu słońca i upału, tylko towarzystwa… Chodzi mi o stałych bywalców – emerytów! Nigdy bym nie pomyślała, że ich rozmowy wciągną mnie tak bardzo, że książka będzie mi służyła jedynie za parawan. I że słysząc pełne oburzenia: „Nie uwierzysz Halinko, kto do mnie wczoraj zadzwonił!”, będę nadstawiać ucha, by się dowiedzieć kto! No kto? Przyszło mi do głowy przy okazji, że oto odkryłam nadal słabo wykorzystaną niszę – kryminał emerycki!