Strona główna Nasze patronaty T. Białkowski, Kłamca, fragment powieści

T. Białkowski, Kłamca, fragment powieści

0
PODZIEL SIĘ

Element Selection 

Przedstawiamy Państwu fragment powieści „Kłamca” Tomasza Białkowskiego.

 

Kapitan Grzegorz Namiel po chwilowym wstrzą­sie odzyskał zdolność racjonalnego myślenia. Do­kończył rozmowę telefoniczną, w której podał miej­sce znalezienia ofiary, adres domu z upiornym ogrodem. Sprawdził puls omdlałego urzędnika. Powinien wkrótce dojść do siebie, uznał. Kapitan wiedział, że należy szukać teraz głównego lokato­ra willi przy ulicy Fałata 23 K. Być może ten sam oprawca, który zamordował kobietę, teraz pastwi się nad jej starym mężem. Przez znajdujący się z tyłu domu balkon wszedł do salonu. Był pusty. Postano­wił przeszukać pomieszczenia po kolei. Odruchowo skierował się do piwnicy. Odnalazł kontakt. Ponurą piwnicę wypełniło ostre światło. Żołnierz przeszu­kał dokładnie teren. Nie znalazł nikogo. Cały czas trzymał w pogotowiu odbezpieczony pistolet. Był przygotowany na najgorsze. Na spotkanie z opraw­cą. A jeżeli mordercą jest Werens?






Bzdura! Błyska­wicznie wyparł z mózgu tę niedorzeczną myśl. Ru­szył z powrotem na parter. Przechodził z pokoju do pokoju. Zajrzał do kuchni, sypialni. Wszystkie po­mieszczenia były w nienagannym porządku. Lśniły czystością. To tylko potęgowało niepokój. Kapitana mroziła ta sterylność. Dużo lepiej by się czuł, gdyby natrafił na ślady walki, bałagan. Tak przynajmniej mu się wydawało. W istocie nigdy nie uczestniczył w bojach. Owszem, jeździł na poligony, gdzie wa­runki były często spartańskie. Ale trup?! Nigdy nie widział zabitego człowieka. Był sztabowcem, sie­dział za biurkiem. A tu morderstwo dokonane w taki bestialski sposób! Ten porządek uznał za ważną wskazówkę. Gdyby w willi doszło do zabójstwa na tle rabunkowym, nikt nie zadałby sobie tyle trudu, aby krzyżować domowników. Byłyby ślady włama­nia. Może szamotaniny, walki. Jakieś przewróco­ne krzesło. Krótko mówiąc, wyglądałoby to inaczej.

Więc co? Myśl o Werensie ? mordercy znowu po­wróciła. Czyżby stary człowiek oszalał? Zabił żonę, z którą wieczorami siadywał w ogrodzie i jadał kola­cje? Nie, to nie miało sensu. Kapitan wszedł na pię­tro. Sprawdzał pokój za pokojem. Przesuwając się wzdłuż ścian, parł nieuchronnie na strych. Czuł, że tam ukrył się zabójca. Tylko kto nim będzie? Myśl o szalonym mężu powróciła niczym mantra. A jeżeli to prawda? Jeżeli szaleniec jest uzbrojony? Czy ka­pitan będzie potrafił skierować w jego stronę broń, oddać strzał? Po drewnianych schodach wszedł na poddasze. Dzienne światło słabym strumieniem docierało przez brudne okna. Na sznurach wisiały jakieś dawno nie noszone części garderoby, teraz przypominające szmaty.

Odsuwał jedną za drugą, parł do jasnej plamy na podłodze, którą utworzyły promienie słońca w kącie, przedzierając się przez dachowy właz. Kapitan Namiel delikatnie odsunął kolejną szmatę. Po raz drugi tego dnia poczuł mdło­ści, zakręciło mu się w głowie. Do otworu w stro­mym dachu dosunięta była drabina. Na trzecim od góry stopniu siedział stary Werens. Więc to jednak on, pomyślał Namiel. Zabił ją, a potem wszedł na strych, żeby ze sobą skończyć. Kapitan chciał wy­dać komendę do poddania się, ale głos uwiązł mu w gardle. W świetle zmieszanym z kłębami wiru­jących jasnych drobin kurzu dostrzegł niewielką smużkę bezbarwnej cieczy wypływającą z ucha mężczyzny. Teraz uważniej mu się przyjrzał. Rze­komy morderca w nienaturalny sposób przechylał się do przodu.

Kapitan podszedł do niego powo­li. Zajrzał w martwe oczy starca. Ten miał dłonie skrępowane linką, którą ktoś przywiązał od tyłu do szczebla drabiny. Gdyby nawet bardzo się sta­rał, sam siebie tak by nie przywiązał, pomyślał ka­pitan i wyczerpany przysiadł przy zabitym. Cięż­ko dyszał, był roztrzęsiony. Sięgnął do kieszeni na piersi po papierosy. Nie bez trudu wygrzebał jed­nego. W następnej chwili go złamał. Cisnął paczką o ścianę. Kręcił głową z niedowierzaniem. ? To nie może być prawda! To nie może być praw­da! ? powtarzał cicho. Usiłował za wszelką cenę zebrać myśli. Więc to kolejne zabójstwo. Co tu się, do cholery, stało? Po chwili wstał i okrążył drabi­nę. Zastygł w bezruchu. Na białej koszuli mężczy­zny znajdował się wypisany jakimś czarnym ma­zidłem napis. Kapitan wolno sylabizował:

? SZA? DRA.

Litery były zapisane nierówno, ostatnia znikała pod pachą. Przechylił głowę, w skupieniu wpatry­wał się w napis. Wreszcie rozpoznał ostatnią z liter. Powtórzył ponownie, teraz już całkiem płynnie:

? SZADRAK.