Strona główna Inne Robert Dugoni „Za każdą cenę” – fragment

Robert Dugoni „Za każdą cenę” – fragment

0
PODZIEL SIĘ

Robert Dugoni "Za każdą cenę" - fragmentRobert Dugoni „Za każdą cenę” – fragment

Rozdział 1

Wtorek, 10 lipca 2018

Minął ponad rok od ostatniej sprawy, którą prowadzili w South Park Del Castigliano i Vic Fazzio, detektywi z wy­działu zabójstw, ale powód ich wizyty tutaj się nie zmienił. Kogoś znów zabito.

Poprzednim razem chodziło o zabójstwo dwóch praw­ników, którzy wdali się w skupowanie i modernizację ruder i których znaleziono martwych w jednym z nich, co miało stanowić nauczkę dla innych.

Mieszkańcy South Park nie byli zainteresowani żadnymi zmianami.

– To całkiem inny świat – powtórzył Del powiedzonko krążące w policji Seattle.

Jechali samochodem policyjnym przez most South Park nad szarozielonymi wodami rzeki Duwamish. Minęła właśnie szesnasta i lipcowe słońce odbijało się diamentowymi refleksami od powierzchni wody. Na niebie nie było ani jed­nej chmurki, temperatura powietrza przekraczała trzydzieści stopni.

Most wyprowadził ich na Cloverdale Street.

– A już myślałem, że po remoncie mostu South Park się zmieni – powiedział Faz.

Dzielnica South Park dysponowała czymś, co na rynku nieruchomości uznawano za największą wartość z punktu wi­dzenia modernizacji: lokalizacją, lokalizacją i jeszcze raz loka­lizacją. Leżała w odległości dwudziestu minut jazdy z centrum Seattle, rzut kamieniem od lotniska Boeinga i niedaleko por­tu lotniczego Seattle‑Tacoma. Gdy stary most South Park za­mknięto dla ruchu w 2010 roku, remont ciągnął się ponad czte­ry lata i wyglądało na to, że nikomu się z nim nie spieszy. Bo o ile zatruta gleba i brudne wody South Park nie odstraszały od prób modernizacji, o tyle skutecznie robił to poziom lokalnej przestępczości. Duży odsetek mieszkańców tej dzielnicy stano­wili członkowie gangu Sureño z Kalifornii Południowej, który obsługiwał meksykańskie kartele narkotykowe.

– Sądziłem, że znajdzie się deweloper, który zacznie sku­pować nieruchomości i podnosić czynsze, zwłaszcza w miesz­kaniówce – mówił dalej Faz. – Ale teraz coś mi się widzi, że prędzej schudnę, niż do tego dojdzie. – Przy wzroście metr dziewięćdziesiąt trzy Faz ważył sto dwadzieścia dwa kilogra­my. – Wygląda, jakbyś ty też ostatnio przybrał trochę na wa­dze – dodał, obrzucając partnera spojrzeniem.

Del był od niego o dwa centymetry wyższy, ale od czasu związku z Celią McDaniel z prokuratury hrabstwa King zrzu­cił prawie dwadzieścia trzy kilogramy.

– Znów zacząłem żreć węglowodany – mruknął. – Celia mówi, że woli, jak mam trochę więcej ciała.

– Ja też wolę. Bo zaczynaliśmy już wyglądać jak Flip i Flap. Dzwonił Billy, że da nam jakieś wsparcie?

Billy Williams był szefem zespołu A, a Del i Faz mieli w tym tygodniu telefoniczny dyżur w wydziale zabójstw. Zwykle wsparcie stanowili Tracy Crosswhite i Kinsington Rowe, druga para detektywów zespołu A, ale Tracy od ponad miesiąca była zajęta w sali sądu apelacyjnego hrabstwa King, gdzie toczył się proces o zabójstwo.

– Obiecał, że nam kogoś znajdzie. – Del skręcił w prawo i zwolnił przed rzędem zaparkowanych radiowozów.

Po południowej stronie jezdni stał tłum gapiów, kobiet i mężczyzn w różnym wieku, w kolorowych letnich strojach: T‑shirtach i topach na ramiączkach, szortach i gumowych klapkach. Wachlowali się i mrużyli oczy przed oślepiającym blaskiem słońca.

– Cyrk przyjechał do miasta – prychnął Del. Minął za­parkowane pojazdy ekipy śledczej CSI oraz straży pożarnej, szukając miejsca do zaparkowania.

– Czwarta po południu w dzień powszedni? To lepsze niż pójście do kina. – Faz pokręcił głową. – Stań przed karetką.

Del wpasował się w wolne miejsce przed blokiem miesz­kalnym z czerwonej cegły. Jego partner przesunął się na fotelu klimatyzowanego samochodu i włożył lekką marynarkę na koszulę z długimi rękawami i krawatem.

– Już czuję, jak się pocę – mruknął.

– Ja się pocę od urodzenia – powiedział Del. On też miał na sobie marynarkę, choć z powodu upału pozwolił sobie zdjąć krawat.

Dobiegł ich łoskot nadlatującego śmigłowca wiadomości telewizyjnych i Faz popatrzył w górę. Pierwsze, co będą mu­sieli zrobić – o ile Billy jeszcze tego nie zrobił – to przepędzić stąd ten cholerny śmigłowiec. Pokazali odznaki dyżurnemu policjantowi i wpisali do rejestru obecności swoje nazwiska, numery służbowe i godzinę przybycia, po czym przeszli pod czarno‑żółtą taśmą, którą odgrodzono miejsce przestęp­stwa. Większość policjantów skupiła się wokół niewielkiego placu zabaw pośrodku dziedzińca przy bloku mieszkalnym w kształcie litery U. Przykryte niebieską płachtą ciało leżało koło zielonych drabinek. Billy rozmawiał z jednym z umun­durowanych funkcjonariuszy, ale na widok Dela i Faza prze­rwał rozmowę.

– Dzwoniłeś w sprawie odwołania śmigłowca? – zapy­tał Faz.

– Taaa – mruknął Billy, wyraźnie bez wiary w to, że jego interwencja przyniesie jakiś skutek.

Śmigłowce mediów podlegały restrykcjom tylko wtedy, gdy naruszały przestrzeń zakazaną policyjnie. Stacji telewi­zyjnej wymierzano wówczas karę finansową, ale nawet w ta­kich przypadkach – jeśli temat był odpowiednio gorący – sta­cja płaciła i robiła swoje.

– Uda nam się dowieść, że to mieszkanie znajduje się w granicach hrabstwa King? – spytał Del.

– Na to liczę – odrzekł Billy.

Część dzielnicy South Park podlegała jurysdykcji szeryfa hrabstwa King i jak głosiła branżowa anegdota, funkcjona­riuszom jednej czy drugiej służby zdarzało się przenosić ciała ofiar na przeciwną stronę ulicy, żeby sprawa znalazła się w ge­stii tych drugich. Choć odpowiedź Billy’ego miała być żar­tem, Del nie skwitował jej uśmiechem. Od czasu wyposażenia policji w osobiste kamery ustało dowcipkowanie na miejscu przestępstwa i pewnie wszyscy niedługo zaczną łykać anty­depresanty.

Billy poprawił czapkę, która chroniła przed słońcem jego ogoloną na łyso głowę.

– Ta sprawa może szybko zacząć śmierdzieć. Ofiarą jest Monique Rodgers. – Zawiesił głos, jakby to nazwisko po­winno coś im mówić. – Mogliście o niej czytać lub widzieć ją w telewizji, jak gardłuje przeciwko gangom i dilerom narko­tyków w South Park.

– Ta aktywistka? – spytał Faz.

Jak przez mgłę przypominał sobie Afroamerykankę, która występowała na posiedzeniu rady miejskiej, mówiąc o pladze gangów i narkotyków.

– Niedoszła aktywistka – uściślił Billy. – Nie zdążyła dojść za daleko.

– Czy dlatego ktoś ją zastrzelił w biały dzień? – odezwał się Faz. – Żeby dać nauczkę innym?

– Prawdopodobnie. – Billy pokiwał głową.

– Zakładam, że ktoś coś widział – wtrącił Del.

– Należałoby się tego spodziewać – rzucił Billy. – Podob­no na placu zabaw było wtedy kilka matek z dziećmi, ale jak dotąd wszystkie grają w spektaklu „Nic nie widziałam, nic nie słyszałam, nie mówię po angielsku”.

– Boją się – skwitował Faz.

– Ktoś jeszcze oberwał? – spytał Del.

– Żadnych innych zgłoszeń – odparł Billy.

– Czyli zakładamy, że to ona miała być ofiarą, tak? – upewnił się Faz, przenosząc wzrok na dwa murki z cegieł, ciągnące się po obu stronach chodnika i mogące stanowić do­brą osłonę w razie strzelaniny między dwoma rywalizującymi gangami.

Na terenie South Park działały bojówki Crips oraz kilka gangów azjatyckich, choć wszystkie były dużo mniej liczne od Sureño. Jeśli doszło do strzelaniny między gangami, Rodgers mogła stać się przypadkową ofiarą wymiany ognia.

– Tak – potwierdził Billy. – Zważywszy, że nikt inny nie ucierpiał, a według świadków strzelała podobno tylko jedna osoba. – Spojrzał na wciąż wiszący w górze śmigłowiec. – W telewizji rozdmuchają fakt, że to wszystko działo się w bia­ły dzień i w pobliżu były dzieci.

– A co z jej rodziną? – spytał Faz.

– Babcia wzięła stąd dzieci i zaprowadziła do domu. – Billy wskazał ręką narożnik bloku. – Podobno mąż przyjechał z pracy i jest teraz z nimi.

– Ktoś w ogóle coś mówi?

Billy pokręcił głową.

– Nie możemy nawet ustalić liczby strzałów ani tego, skąd padły. Tylko jedna kobieta zeznała przesłuchującemu ją policjantowi, że słyszała trzy strzały, chyba z tamtej strony. – Ponownie wskazał narożnik budynku.

– Znaleźli tam łuski? – zapytał Del.

– Nie, żadnych.

– Czyli albo kobieta się myli, albo facet strzelał z rewol­weru – zauważył Faz.

– Ekipa przeszukuje teren pod kątem łusek – oznajmił Billy. – A Anderson‑Cooper chodzą od mieszkania do miesz­kania.

Desmond Anderson i Lee Cooper należeli do zespołu B, ale od czasu, gdy Anderson Cooper zaczął prowadzić wie­czorne wiadomości CNN, nazwiska obu śledczych z Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych zlały się w całość i za­częto o nich mówić w liczbie pojedynczej.

– Będzie nam potrzebna ekipa od nagrań – powiedział Faz. – Kamery któregoś z miejscowych sklepów albo którejś z firm mogły uchwycić zabójcę, jak ucieka lub wsiada do sa­mochodu.

Ulica miała zróżnicowaną zabudowę i poza blokami mieszkalnymi były tu małe domy i sklepiki.

– Już są w drodze.

– Jak dużo z tego widziały dzieci? – zapytał Faz.

– Wszystko – odparł Billy.

Faz odwrócił głowę na dźwięk trąbek i gitar, typowej mek­sykańskiej muzyki, która dobiegła od strony ulicy. Jezdnią przetoczył się wiśniowoczerwony dwudrzwiowy chevrolet chevelle z czarnymi pasami na karoserii i złocistymi kołpaka­mi na kołach, który wolno sunął przez osiedle.

– Pora na klaunów – mruknął Del.

Mężczyzna na fotelu pasażera miał ogoloną na łyso czasz­kę i cienki wąsik, który łączył się z kozią bródką. Jego oczy zasłaniały duże okulary przeciwsłoneczne, co upodabniało go do muchy. Wystawione przez okno prawe ramię było gę­sto pokryte tatuażami. Samochód jeszcze bardziej zwolnił, a mężczyzna zdjął okulary i wlepił wzrok w Faza.

– Mały Jimmy – powiedział Faz. – Tylko już całkiem wy­rośnięty.

Przed dziesięciu laty wsadził do więzienia ojca Małego Jim­my’ego. Duży Jimmy przeżył tam tylko sześć miesięcy, bo czło­nek konkurencyjnego gangu poderżnął mu gardło nożem.

Mały Jimmy uśmiechnął się szeroko, ułożył palce w kształt pistoletu i wymierzył w Faza, po czym udał, że ręka mu podska­kuje po oddaniu strzału.

Rozdział 2

Tracy Crosswhite skrzywiła się, gdy obrońca Leonard Litwin przechylił stojący na stole plastikowy dzbanek i z głośnym chlustem nalał wody do papierowego kubka. W panującej na sali ciszy był to jedyny dźwięk. Litwin udawał, że musi nagle ugasić pragnienie, ale patrząc ze swego miejsca na podwyższe­niu dla świadków, Tracy czuła, że obrońcę skłoniło do odejścia od pulpitu zupełnie co innego. Grał na zwłokę, jak obity bokser, który rozpaczliwie stara się dotrwać do końca rundy.

Normalnie Tracy nie przejmowałaby się Litwinem i jego sztuczkami, tyle że od trzydziestu siedmiu z pięćdziesięciu trzech minut, które upłynęły od ostatniej przerwy w rozpra­wie, po której zajęła miejsce na podwyższeniu dla świadków, chciało jej się siku. Naprawdę bardzo. Nie sądziła, by Litwin lub ktokolwiek inny na sali mógł się domyślać, co ją nęka ani że przyczyną tego jest szesnastotygodniowy płód pod jej sercem, ale to niczego nie zmieniało. Sędzia Miriam Gowin z pewnością nie zamierzała popędzać obrońcy oskarżonego, któremu groziła kara śmierci, a Tracy nie zamierzała uła­twiać Litwinowi sprawy, prosząc o przerwę, jednak z każdą minutą myślała z coraz większym współczuciem o Beth Du­chance, biedaczce, która w drugiej klasie zsikała się w majtki. Duchance zapomniała przynieść pracę domową i naciskana przez nauczycielkę, zareagowała jak wystraszony miniaturo­wy pudel na widok wielkiego psa alfa. Przez całą resztę nauki w tej szkole, czyli wlokące się w nieskończoność osiem lat, Beth Duchance musiała znosić upokorzenia ze strony złośli­wych smarkaczy i wrednych koleżanek z podstawówki, którzy przezywali ją Sikawka. Tracy nie chciała w podobny sposób zapisać się w pamięci personelu sądu.

Litwin przechylił kubek do ust i wypił wodę ostentacyjnie małymi łyczkami, po czym zamiast odstawić kubek na stół, zaniósł go na pulpit i zaczął niespiesznie przeglądać notatki i protokoły zeznań w swoim segregatorze.

– Detektyw Crosswhite, powiedziała pani… – Zrobił taki ruch, jakby miał zacząć czytać, po chwili jednak przełożył kartkę, potem następną i następną. Tracy kątem oka dojrzała, jak kilkoro przysięgłych zerka na wielki zegar na przeciwległej ścianie. Duża wskazówka przeskoczyła, mijając dwunast­kę, i Litwin w końcu podjął: – Powiedziała pani… że nie było żadnych odcisków palców na nożu. Zgadza się?

Tracy chwilę odczekała, dając czas oskarżycielowi, proku­ratorowi Adamowi Hoetigowi, na zgłoszenie sprzeciwu, po­nieważ już dwukrotnie udzieliła odpowiedzi na to pytanie, ale Hoetig siedział ze spuszczoną głową, jakby nagle zaciekawił go wygląd jego mokasynów.

– Zgadza się – rzuciła.

– Zatem nie ma pani dowodu na to, że ten nóż należał do oskarżonego, czyż nie?

Pęcherz Tracy domagał się, by zignorowała tę uwagę, ona jednak nie mogła przepuścić okazji do zadania kolejnego cio­su Litwinowi i jego klientowi.

– Poza tym, że oskarżony sam oświadczył, że nóż pasuje do kompletu noży w jego kuchennej szufladzie, to nie.

Kilkoro przysięgłych skwitowało jej odpowiedź przeciągłymi spojrzeniami.

Litwin aż zesztywniał.

– Sformułuję pytanie inaczej. Detektyw Crosswhite, nie dysponuje pani dowodem na to, że ten nóż został użyty do… Nie ma pani dowodów rzeczowych na to, że żona oskarżo­nego zginęła od ciosu, który zadano właśnie tym nożem, prawda?

Ten kretyn sam mi się podkłada, pomyślała.

– Poza tym, że rękojeść tego noża sterczała z klatki pier­siowej pani Stephenson, a ofiara miała jeszcze siedem innych ran kłutych, to nie, innymi dowodami nie dysponuję.

Przeciągłych spojrzeń było teraz więcej i niektórzy przy­sięgli zaczęli się uśmiechać.

Litwin się zjeżył, a na policzki wypłynął mu krwisty ru­mieniec.

– Pani detektyw, nie posiada pani dowodów rzeczowych na to, że tego noża użył…

– Na rękojeści noża sterczącego z klatki piersiowej żony oskarżonego nie znaleziono jego odcisków palców, tak, to prawda – przerwała mu Tracy, by przyspieszyć tę zabawę.

Jak było do przewidzenia, Litwin stanął twarzą do ławy sędziowskiej.

– Wysoki Sądzie, obrona prosi o zwrócenie świadkowi uwagi, że ma obowiązek wysłuchać mojego pytania do końca, zanim na nie odpowie.

Gowin spojrzała najpierw na zegar i dopiero potem skie­rowała wzrok na Tracy.

– Pani detektyw, proszę pozwolić obrońcy dokończyć py­tanie. – Przez nieznośnie długą chwilę Tracy z przerażeniem myślała, że Gowin pozwoli Litwinowi kontynuować, sędzia jednak dodała: – Panie mecenasie, jest już szesnasta pięćdzie­siąt cztery. Czy myśli pan, że uda się panu zakończyć prze­słuchanie detektyw Crosswhite w ciągu najbliższych sześciu minut?

Nie ma mowy, stwierdziła w duchu Tracy.

– Oceniam, że potrzebuję jeszcze godziny – odrzekł Litwin.

Nie potrzebował, ale to przesądziło sprawę. Obojgu nale­żała się chwila zasłużonego wytchnienia.

– Zatem na dziś koniec – orzekła Gowin. – Jutro rano rozpoczniemy od ponownego wezwania detektyw Crosswhite na świadka.

– Zadzwonię – rzuciła Tracy do Hoetiga i nim zdążył się odezwać, wybiegła z sali rozpraw.

Rozdział 3

Faz odprowadzał wzrokiem czerwonego chevelle’a, aż sa­mochód zniknął z pola widzenia, choć meksykańską muzykę słychać było jeszcze przez chwilę.

– Mały Jimmy nie jest już taki mały – zauważył Del, ocie­rając czoło chusteczką.

– No, całkiem duży skurwiel – potwierdził Faz. – To zdu­miewające, jak śmieci zawsze spadają blisko śmieciarki.

– Chyba zapadłeś mu w pamięć – powiedział Del.

Kiedy Faz wsadzał Dużego Jimmy’ego do kryminału, Mały Jimmy miał czternaście lat.

– Już wtedy był niezłym łobuzem – stwierdził Faz.

Duży Jimmy handlował prochami w South Park. Kiedy po­jawił się konkurencyjny gang z Los Angeles, wybuchła wojna. W ciągu dwóch tygodni zginęło trzynastu członków obu gan­gów. Kierowana przez Faza akcja doprowadziła do aresztowa­nia ośmiu członków gangu Sureño, w tym Dużego Jimmy’ego, choć ten ani razu nie pociągnął za spust. Ława przysięgłych uznała, że Duży Jimmy zlecał egzekucje członków konkuren­cyjnego gangu. Rick Cerrabone, prokurator hrabstwa, oskarżył go na mocy Ustawy o Zwalczaniu Przestępczości Zorganizowa­nej i przysięgli skazali Dużego Jimmy’ego na dwadzieścia pięć lat odsiadki.

– Nie lubię, jak ktoś do mnie mierzy, wszystko jedno, fak­tycznie czy na niby – burknął Faz. – Może złożymy Małemu Jimmy’emu wizytę i ustalimy, czy ta przejażdżka miała być wiadomością dla widzów z drugiej strony ulicy.

– Mały Jimmy może na mnie liczyć – rzucił Del.

Faz odwrócił się i podszedł do ofiary. Ukucnął, podniósł róg płachty i przyjrzał się ciału Monique Rodgers. Musiała mieć niewiele po trzydziestce. Na przodzie bluzki widniała wielka ciemnoczerwona plama, a pęknięcia betonu dokoła wypełnio­ne były zakrzepłą krwią. Faz opuścił płachtę i wyprostował się, czemu towarzyszyło chrupnięcie w kolanie.

– Które to mieszkanie? – zwrócił się do Billy’ego.

Ten wskazał narożnik bloku w kształcie podkowy. Na schodach przed wejściem stał umundurowany policjant.

– Ostatnie drzwi.

Faz wszedł za Delem po betonowych schodkach z żelaznymi poręczami i znaleźli się na zadaszonej galerii pierwsze­go piętra, zastawionej krzesłami i grillami na węgiel drzewny. W otwartych drzwiach mieszkań stali lokatorzy. Kilku z nich posłało detektywom wrogie spojrzenia.

– Czujesz tę miłość w powietrzu? – odezwał się Del.

– Cały się rozpływam – mruknął Faz.

Z głośniczka na ramieniu mundurowego odezwały się głosy i policjant sięgnął ręką, by je ściszyć, po czym podał Fa­zowi sztywną podkładkę z rejestrem obecności.

– W jakim są stanie? – spytał Faz. Wpisał do rejestru swo­je nazwisko i numer służbowy i przekazał podkładkę partne­rowi. – Chcą mówić?

– Nie bardzo – odparł mundurowy.

– Jest teraz z nimi ktoś z naszych?

– Nie. Siedzą w kuchni. Uprzedziłem ich, że śledczy będą chcieli z nimi porozmawiać.

Faz i Del weszli do pokoju z mocno podniszczonymi me­blami. Przy kuchennym stole po lewej siedział Afroamery­kanin, wyraźnie oszołomiony. Na kolanach trzymał wtuloną w niego dziewczynkę, ssącą kciuk. Po drugiej stronie stołu siedziała kobieta około pięćdziesiątki, z małym chłopcem na kolanach. Stojące w pełnym słońcu trzecie krzesło było wolne. W pokoju pachniało przypaloną kawą.

– Pan Rodgers? – Faz przedstawił siebie i Dela. – Bardzo panu współczuję.

Kobieta, trzymając chłopca na ręce, wstała od stołu i wy­ciągnęła drugą dłoń w stronę mężczyzny.

– Zabiorę ją – powiedziała.

– Dokąd? – Rodgers pokręcił głową. – Dokąd możesz ją zabrać, żeby była bezpieczna?

– Do drugiego pokoju. Zabiorę dzieci do sypialni. – Chwilę odczekała, ale dziewczynka nawet nie drgnęła, więc kobieta bez słowa odwróciła się i wyszła z chłopcem.

Detektywi zamierzali porozmawiać z nią na osobności, by ustalić, co widziała i słyszała na placu zabaw.

Rodgers przeniósł wzrok na Faza.

– No i co chcecie z tym zrobić? – Uniósł pytająco brwi.

– Zamierzamy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by znaleźć sprawcę. – Faz pamiętał o obecności dziecka i ostroż­nie dobierał słowa.

– I co dalej?

– Staniemy na głowie, żeby trafił za kratki.

Rodgers pokręcił głową z taką miną, jakby go to niemal rozbawiło.

– Facet, który to zrobił… Przecież to jakiś nikt. Pionek, który miał się wykazać w swoim gangu. Pozbyć się skrzypią­cego trybiku. – Faz nie mógł się z tym nie zgodzić. – Zamknię­cie go nic nie da. – Rodgers skrzywił się, jakby mówienie tego sprawiało mu ból. – W ten sposób nie zwalczycie narkotyków, gangom to nie zaszkodzi, a mnie nie przywróci Monique.

– Jeśli pionek wykonywał rozkazy, to będziemy mogli postawić w stan oskarżenia tego, kto mu je wydał – odparł łagodnym tonem Faz. – Na tej samej zasadzie wsadziliśmy za kratki Dużego Jimmy’ego, gdy przed dziesięciu laty kierował tu sprzedażą narkotyków.

– Taaa? I kogo przekonacie, żeby się zgodził zeznawać… – Tym razem słowa Rodgersa nie zabrzmiały jak pytanie.

– Pójdziemy krok po kroku – odparł Faz.

– Powiedział pan Dużego Jimmy’ego? – spytał Rodgers. – Ojca Małego Jimmy’ego?

– Zna pan Małego Jimmy’ego?

– Wszyscy go tu znają. Rządzi siatką dilerów i całym gan­giem. To on jest głównym winowajcą.

– Rozumiem, że pańska żona była lokalną aktywistką, tak?

Rodgers przełknął łzy, a córka jeszcze mocniej się w niego wtuliła.

– Wcale nie miała takich ambicji – powiedział. – Monique chciała tylko zmobilizować ludzi, żeby pozbyć się prochów i broni z naszej społeczności. Stworzyć lepsze miejsce do życia dla naszych dzieci. Naciskała na lokalne władze, żeby zaczęły organizować zajęcia pozaszkolne, tak by dzieci nie musiały się włóczyć po ulicach i być łatwym celem dla gangów.

– Czy ktoś jej groził?

Rodgers zaśmiał się ze smutkiem.

– Bez przerwy, człowieku. Bez przerwy jej grozili. – Po­kręcił głową. – Bez przerwy… – powtórzył. – Ale Monique… Ona się tym nie przejmowała i robiła swoje. Ludzie z gangów łazili za nią pod sam dom. Albo przejeżdżali obok z muzyką nastawioną na pełny regulator.

Faz popatrzył na Dela. Przejażdżka Małego Jimmy’ego z ry­czącą muzyką była czymś więcej niż tylko demonstracją braku szacunku. Była ostrzeżeniem.

– Monique stworzyła system straży obywatelskiej, żeby ludzie mogli przekazywać policji to, co zauważą.

– Jak na jej wysiłki zareagowała lokalna społeczność? – spytał Faz.

– Każdy się bał – odrzekł Rodgers bez chwili wahania. – Monique zorganizowała to w taki sposób, że wszystko odby­wało się anonimowo, ale ludzie i tak się bali.

– Napotykała jakiś opór? – zapytał Del.

– Przecież ją zastrzelili, nie? – Rodgers uciekł spojrze­niem, lecz nie skupił wzroku na niczym konkretnym. – Na placu zabaw były matki z dziećmi, ale żadna nic nie zrobiła – powiedział cicho. – Jest im obojętne, kogo zabiją.

Opuścił głowę, wsparł podbródek o główkę córki i przy­tulił małą. Faz wiedział, że to tylko mizerna namiastka mat­czynych objęć.

Rozdział 4

Droga z budynku sądu do komendy policji przy Piątej Alei nie była długa, ale dość uciążliwa, bo prowadziła pod górę, a bogowie pogody zdecydowali, że w tym tygodniu w Seattle żar będzie lał się z nieba. Wchodząc do komendy, Tracy była zlana potem, a jej pęcherz okazywał coraz większe zniecierpliwienie. Gdy wreszcie wysiadła z windy na szóstym piętrze, niemal zderzyła się z Kinsem. Jej partner był już w marynarce i wybierał się do domu. Od operacji wymiany stawu biodro­wego przed czterema miesiącami zaczął się oszczędzać.

– Tracy, hej! Cieszę się, że cię widzę…

– Daj mi minutkę. – Wyminęła go i ruszyła w stronę toa­let. Otwierając drzwi, niemal staranowała stojącą za nimi ko­bietę. – Przepraszam – rzuciła.

– Detektyw Crosswhite. – Kobieta wymówiła jej nazwi­sko takim tonem, jakby dobrze się znały.

Po kilku głośnych sprawach nazwisko Tracy stało się zna­ne w całym wydziale. Poza tym pełniła funkcję mentorki dla kilku początkujących funkcjonariuszek, zwłaszcza tych, które musiały podciągnąć się w strzelaniu do egzaminu kwalifika­cyjnego. Ale nie przypominała sobie tej kobiety z długimi do ramion kasztanowymi włosami.

Nieznajoma wyciągnęła rękę.

– Andrea Gonzalez – przedstawiła się.

Nazwisko też Tracy nic nie mówiło.

Gonzalez przeniosła wzrok na jej brzuch.

– Który to miesiąc? Szósty?

Tracy owinęła się szczelniej żakietem od kostiumu. O swo­jej ciąży powiedziała tylko Kinsowi. Obowiązujące w policji Seattle przepisy stanowiły, że ciężarna pracownica powinna zostać skierowana do mniej wymagających zajęć, co w jej przy­padku oznaczałoby siedzenie za biurkiem, a tego bardzo chcia­ła uniknąć.

– Kto ci powiedział?

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Nikt. Sama widzę. Chociaż wyglądasz świetnie.

Tracy wcale nie wyglądała świetnie. Twarz miała obrzmia­łą od nadmiaru wody w organizmie, włosy przyklapnięte z gorąca. Utyła już pięć kilogramów i czuła się gruba. Za to Gonzalez wyglądała tak świeżo, jakby dopiero co przyszła do pracy. Może zresztą tak było. Miała na sobie czarne spodnie z gniecionej tkaniny, taki sam żakiet i niebieską bluzkę, któ­ra – jak by to określił Faz – eksponowała jej okazałe walory.

– Pewnie cię zastąpię, kiedy pójdziesz na macierzyński. – Na końcu zdania dało się wyczuć jakby znak zapytania, ale i tak zabrzmiało to jak stwierdzenie faktu.

– Co to znaczy, że mnie zastąpisz?

– Myślę, że po to mnie przyjęli. – Gonzalez uśmiechnęła się i po chwili dodała: – Przepraszam, myślałam, że ci powie­dzieli. W tym tygodniu zaczynam. Jestem nowym piątym ko­łem zespołu A.

– A co z Ronem Mayweatherem?

– A kto to jest Mayweather? – Gonzalez wzruszyła ra­mionami i podeszła do umywalki, aby przejrzeć się w lustrze, po czym odkręciła kran i umyła ręce.

– Już od kilku lat jest naszym piątym kołem.

– Nie wiem. Powiedziano mi tylko, że mam się dzisiaj zgłosić do zespołu A. – Zerknęła na odbicie Tracy w lustrze. – Więc chyba będziemy razem pracowały… przynajmniej przez kilka miesięcy. – Wytarła ręce papierowym ręcznikiem i wy­rzuciła go do kosza. – Miło było cię poznać – dodała i wyszła z toalety.

Tracy popatrzyła na zamykające się za nią drzwi, po czym spojrzała w lustro, na swoje odbicie, zwłaszcza na brzuch. Ku­piła sobie kilka bluzek i żakietów, które miały maskować cią­żę, i nikt z wydziału dotąd nie skomentował jej wyglądu. Tyle że w zespole pracowała z trzema mężczyznami, którym nie przyszłoby do głowy pytać kobietę, czy jest w ciąży. No, chy­ba że już by rodziła. Ale łatwość i pewność, z jaką Gonzalez rozpoznała stan Tracy, nasuwała podejrzenie, że ktoś musiał jej o tym powiedzieć. A jeśli tak, to rodziło się pytanie, czy Gonzalez została przyjęta do zespołu A tylko na zastępstwo, czy też po to, żeby zająć miejsce Tracy.

Tłumaczenie: Lech Z. Żołędziowski

Fragment publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Albatros