Bez względu na to, jak bardzo dziwna wyda się Czytelnikom część opisanych tutaj zajść, przedstawione wydarzenia są faktami. Przytaczane rozmowy zostały nam zrelacjonowane przez tych, którzy je słyszeli. Cytaty pochodzą z ust bohaterów i bohaterek, listów, pamiętników, prasy, akt śledztwa i stenogramów trzech kolejnych procesów.

Tylko jeden z nich ma na głowie kominiarkę. Dwaj pozostali zasłaniają usta chustkami. A może to wysoko podciągnięte golfy? Wyperfumowany mężczyzna w skórzanej kurtce nie widzi dokładnie. 3 listopada po godzinie osiemnastej jest już noc, a on stoi w ciemnym kącie podjazdu tyłem do otwartego, podwójnego garażu. Za plecami we wnętrzu – szary volkswagen. Przed nim srebrna mazda, której nie zdążył jeszcze ubrudzić po ostatniej wizycie w myjni. Przed chwilą z niej wysiadł.
Najniższy z trójki napastników, ten w kominiarce, stanął pomiędzy autem a ścieżką, która prowadzi do drzwi wejściowych rozłożystej willi z gotycką wieżą. Głupio tak dać się zaskoczyć pięć metrów od własnego domu, w którym czeka na niego „Kleopatra”. Ale jeszcze nie przychodzi mu do głowy, że wszystko stracone.
Chcą kasy? OK, można pogadać.
Oni jednak nie będą rozmawiać.
Dwaj więksi zachodzą go z prawej. Grubszy z tej dwójki wali kijem bejsbolowym prosto w skroń. Mężczyzna w skórze, choć oszołomiony, wyciąga lewą rękę, by zasłonić twarz przed następnym ciosem. Z prawej dłoni wypadają mu klucze od auta, z kieszeni kurtki – ciemne okulary. Drugie uderzenie. Znowu w czaszkę. Krew zalewa mu oczy, lecz nie upada. I nie cofa się w głąb garażu. Jeśli go tam zapędzą – nie ma szans.
Pięć metrów i będzie w swoim domu. Dwadzieścia metrów i dotrze do drzwi brata. Silny chłop. Pomoże. Wystarczy krzyknąć. Ale on nie jest w stanie krzyczeć. Nie może nawet nabrać tchu.
Półprzytomny próbuje uchylić się od kolejnego uderzenia. Trzeci cios tylko muska mu ucho i trafia od góry w prawe ramię. Kolejne uderzenie – poprawka – spada na czoło i nos.
Gwałtowny skok ciśnienia, wyrzut adrenaliny. Pękła czaszka, ale on wciąż jest przytomny. Robi jeszcze pół kroku w stronę drzwi. Kopniak w brzuch przełamuje go w pół. Nie czuje nóg, nie czuje rąk, nie czuje już nawet bólu. Nie widzi niczego prócz rozszerzającej się i kurczącej ciemności. W uszach przeciągły i nierówny dźwięk jak pulsująca syrena. W nozdrzach i w ustach krew. Góra i dół powoli, lecz nieuchronnie zamieniają się ze sobą miejscami. Wie już tylko jedno: jeśli straci równowagę i upadnie, zatłuką go na śmierć. Ale długo już nie ustoi. Nie zdoła dopaść drzwi. Ani nacisnąć dzwonka.
Usiłuje jeszcze wyprostować się i nabrać powietrza, by krzyknąć. Tyle, że to, co wciąga w głąb gardła, to nie powietrze, lecz krew. Czas stoi w miejscu, nie ma dołu ani góry, a mózg – jak wirujący bąk – wyrzuca pod powieki kolejne obrazy.
Następne – najgorsze – uderzenie w głowę, potwornie silne i zadane od tyłu, prawie odrywa jego czaszkę od kręgosłupa. Krew wpływa między zwoje mózgowe, kolana zginają się same. Odruchowo sięga przed siebie. Chwyta coś, ciągnie. W zaciśniętej dłoni ma teraz kominiarkę niskiego bandziora. Być może jest jeszcze w stanie spojrzeć mu w oczy. Być może go poznaje. Morderca ma tego świadomość. Dlatego wyciąga pistolet z nakręconym na lufę tłumikiem.
**
– Tata nie żyje. – W słuchawce matka głośno płacze, a Aneta Mrugała nie wie, jak zareagować. Dlaczego teraz? Dlaczego w tym miejscu?
Warszawski autobus linii 415 w godzinach szczytu to nie jest dobre miejsce na podobne informacje. Chciałaby usiąść, ale musi stać. Pasażerowie wiszą na rurach jak stłoczone tusze na hakach w chłodni.
„Czterystapiętnastka” jedzie ze stacji Metro Politechnika do wynajętego mieszkania przy ulicy Egipskiej. Mrugałówna jest wykończona. Miała zajęcia od ósmej rano. Ostatni wykład – prawo konsularne.
Nie lubi, kiedy ludzie gadają przez komórki w autobusach. Nie chce wysłuchiwać litanii zakupów, tłumaczeń, pretensji. Sama też prawie nigdy nie odbiera telefonu ani w pociągu, ani w komunikacji miejskiej. Chyba, że coś ważnego. Chyba że to matka, która jest ostatnio w takim stanie, że trzeba ją wspierać. Nawet jeśli samemu ma się niewiele sił.
– Dobrze się stało – mówi córka całkiem spokojnym głosem. Chciała to powiedzieć i czuje ulgę. Niech mama wreszcie zrozumie. – W końcu będziemy miały spokój.
Pauza w słuchawce. A potem eksplozja:
– Przecież to był twój ojciec! Zakatowali go. Ty wiesz, jak on cierpiał?!
– Wystarczy, że wiem, jak ja cierpiałam przez niego. – Aneta stara się nie podnosić głosu. Nie chce zwracać na siebie uwagi. Na szczęście obojętność wobec współpasażerów to warszawska norma. Choć dziewczyna na przemian blednie i czerwienieje, nikt na nią nie patrzy.
Matka zrywa połączenie bez pożegnania.
**
Tekst By zdobyć dom, kazała zamordować swojego męża ukazuje się na łamach „Super Expressu” 23 marca 2006 roku.
„Zagadka głośnego zabójstwa Krzysztofa M. właściciela kantoru w Busku-Zdroju została rozwiązana – pisze Mirosław Koźmin. – Policja ustaliła, że nie był to mord rabunkowy, ale zabójstwo na zlecenie! Kilerów wynajęła była żona ofiary. Poszło o majątek. (…) Krzysztof M. zaczął dorabiać się w latach 80-tych. Wtedy poznał swą przyszłą żonę Dorotę. Z początkiem lat 90-tych otworzył pierwszy kantor, potem drugi (…) Krzyśkowi i jego żonie powodziło się bardzo dobrze. Ale małżeństwo przestało się dogadywać. Byli razem, ale wyglądało, że niewiele ich łączy. W 2002 roku do sądu trafia pozew o rozwód. Krzysztof M. wyjeżdża na wypoczynek. Wtedy z jego konta znika 50 tys. dolarów i 400 tys. złotych. Krzysztof M. wini żonę. Dlatego po rozwodzie ani myśli dzielić się pozostałym majątkiem. W pięknej willi mieszka z przyjaciółką Barbarą. I wtedy ginie.
Kilka dni później była żona wyrzuca Barbarę z domu i sama się tam wprowadza.
– Wygląda na to, że pieniądze zapędziły do grobu Krzysztofa M. – mówi podinspektor Elżbieta Różańska-Komorowicz, rzecznik świętokrzyskiej policji.
Prowadzącej [własny] kantor Dorocie M. (45 lat) prokuratura zarzuca zlecenie obrabowania i zabicia Krzysztofa M. Policja ma mocne dowody. – Sąd bez wahania aresztował byłą żonę kantorowca – podkreśliła Różańska-Komorowicz. – Za podżeganie do zabójstwa grozi dożywocie”.
**
Gdy Aneta i jej siostra wracają na szpitalny korytarz, stojący tam więzienni konwojenci i policjanci z własnej inicjatywy zapewniają je, że karetka przyjechała po ich matkę tak szybko, jak to było możliwe. Opowiadają też, co zaszło w areszcie przed południem.
Kilka godzin wcześniej Dorota źle się poczuła. Zaprowadzono ją do pokoju pielęgniarek i tam – podczas mierzenia ciśnienia – zemdlała. Pielęgniarki podobno nie zorientowały się od razu, że osadzona traci przytomność. Myślały: „spuściła głowę i płacze”. W tym pokoju zdarzało się to aresztantkom nie raz. Dopiero, kiedy Mrugałowa spadła z krzesła, kobiety zaczęły reanimację. Jedna z miejsca zadzwoniła po pogotowie.
– Ci strażnicy starali się być ludzcy – powie po latach córka. – Tłumaczyli nam, że cały czas muszą stać przy łóżku, bo jest weekend i dopiero w poniedziałek prokurator może znieść nadzór. Wyglądało, jakby nam współczuli. Dowiedziałam się od nich, że w areszcie był co prawda lekarz, ale przyjmował tylko we wtorki. Mama dwa razy składała do niego prośby o przepisanie konkretnych leków i nie dostała zgody.
Dorota umiera w sobotę, 30 września, po południu.
**
– Po rozpoznaniu sprawy sąd orzeka, co następuje: oskarżonego Norberta Łukasza Szymańskiego, syna Małgorzaty, uznaje winnym (…). Oskarżonego Rafała Ordaka, syna Henryki, uznaje winnym. – Sędzia czyta orzeczenie i wstępne uzasadnienie przez ponad godzinę. Nie było zlecenia zbrodni.
– Rozumowanie policji i prokuratury, że była żona zleciła tę zbrodnię w świetle zgromadzonych dowodów, jest uproszczone i nie przekonuje – mówi. – Dorota Mrugała nie miała w tym żadnego interesu. Jest rzeczą bolesną, że nie mogliśmy powiedzieć tego jej samej.
Słowa sędziego nie oznaczają uniewinnienia Mrugałowej – formalnie nie można już jej osądzić, a więc także uwolnić od zarzutów. W Polsce nie sądzi się nieżyjących, a tylko rehabilituje niesłusznie skazanych. W tym wypadku ani skazania, ani uwolnienia od winy nie będzie. Sąd wygłasza więc jedynie swą opinię: Dorota była czysta.
**
W styczniu 2012 roku krakowski mecenas Maciej Kliś pisze pozew „o zapłatę zadośćuczynienia z tytułu naruszenia dóbr osobistych”. Żąda od wydawcy „Super Expressu” czterech milionów złotych.
**
Na pytanie „kto zastrzelił Krzysztofa Mrugałę” kielecki komisarz Henryk Haliński odpowiada krótko: – Sprawa buska jest po prawomocnym wyroku, ale faktycznie otwarta. Warto zainteresować się „Człowiekiem z Lasu”.





