Strona główna Inne Nasze patronaty: ?Kot z Cheshire? Marka Żelkowskiego. Fragment.

Nasze patronaty: ?Kot z Cheshire? Marka Żelkowskiego. Fragment.

0
PODZIEL SIĘ

 

 

Część I

 

1.

 

Obudziła się kilka minut po siódmej. Czoło miała zroszone potem, a jej serce łomotało jak oszalałe. Wpatrywała się przez chwilę w sufit, usiłując przypomnieć sobie szczegóły koszmaru, który tak ją przeraził. Próby okazały się jednak bezskuteczne. Pamiętała tylko ucieczkę przez ciemność i krzyki ścigających ją ludzi. Kto ją ścigał? Dlaczego?

Pomimo wytężonych prób nie potrafiła odpowiedzieć na te pytania. W jej umyśle pozostało tylko uczucie dojmującego strachu. Uczucie tak silne, że przez długi czas nie mogła się uspokoić.

 

? To tylko sen, idiotko! ? powtarzała, głęboko oddychając.

 

Lepki strach odpłynął w końcu, ale jego kumpel, niepokój, nie miał zamiaru się wynieść.

 

Anna wstała, narzuciła szlafrok i podeszła do okna. Niebo nad Warszawą było szare, a nisko wiszące chmury przesłaniały niemal do połowy brudną wieżę pałacu. Ponura budowla, widoczna z okien sypialni, nie była oczywiście piękna, ale Anna jakoś nie mogła wzbudzić w sobie owej zajadłej nienawiści, z jaką mówili o ?Pekinie? rodowici mieszkańcy stolicy; chociażby ciotka Dagmara. Cóż, jeśli człowiek urodził się na prowincji, tylko przez grzeczność zwanej Poznaniem, to nie ma najmniejszych szans, aby zrozumieć prawdziwego warszawiaka, choćby się nawet bardzo starał. Fakt, że Anna mieszkała w stolicy od blisko dziesięciu lat, w ogóle nie miał znaczenia.

? Banda snobów! Mnie to socrealistyczne pudełko się podoba ? powiedziała, ziewając, a następnie ruszyła do kuchni. ? Chociaż wolałabym mieszkać w Joachimowie. Ale Dawida nie da się przekonać.

 

Wsypała porcję kawy do ekspresu, wlała wodę i już po chwili jej ulubiona porcelanowa filiżanka zaczęła wypełniać się aromatycznym, czarnym jak smoła jacobsem.

 

? Do tego najlepszy będzie keks. Tuczący jak cholera, ale doskonały zamiast śniadania.

 

Idąc w stronę lodówki, Anna włączyła czarny laptop, leżący na kuchennym stole. System podnosił się powolutku, więc ruszyła dalej. Ale ciasta w lodówce nie było!

 

? Dziwne! Mogłabym przysiąc, że? Aaa? Pewnie zmiotłam ostatnie kawałki w nocy, kiedy kończyłam rozdział. Trudno! Nie ma keksu, będzie jogurcik.

 

Anna sięgnęła po plastikowy kubeczek, zamknęła drzwi lodówki i wróciła do stołu. Kilkoma ruchami palca po touchpadzie włączyła Outlook, aby ściągnąć pocztę.

 

? Mam nadzieję, że Dawid w końcu napisał ? szepnęła.

 

Komputer pracował dosyć wolno. Zanim program otworzył się na dobre, ekspres na szafce pod oknem zaczął sapać i syczeć niczym ruszający parowóz. Kawa była gotowa. Trzy kostki trzcinowego cukru, jak zwykle nie chciały się szybko rozpuścić, toteż Anna zasiadła przed komputerem, dzwoniąc głośno łyżeczką o ścianki z błękitnej porcelany.

E-mail od Dawida był na siódmej pozycji, zagubiony w jakimś bezsensownym spamie, który od kilku miesięcy zalewał jej skrzynkę. Kliknęła wiadomość.

 

 

 

 

Witaj Kochanie, już niedługo będziemy razem. Ale najpierw muszę pozałatwiać tu wszystkie sprawy. Jeszcze trochę cierpliwości.

Całuję.

Dawid

 

Anna wydęła policzki i wypuściła powoli powietrze.

 

? Ale się, mężulku, rozpisałeś ? mruknęła niezadowolonym tonem. ? Prawdziwe szaleństwo epistolograficzne.

 

Czuła, jak jej dobry nastrój zjeżdża szybkobieżną windą w dół. Nie lubiła, kiedy Dawid nie odzywał się przez kilka dni, ale do białej gorączki doprowadzały ją jego lapidarne e-maile. Tyle razy prosiła, żeby pisał więcej. Godziła się nawet na listy o pogodzie lub o negocjacjach finansowych. Niestety, biznesmeni rzadko łączą sprawność w interesach z biegłością w posługiwaniu się słowem pisanym. I Dawid był typowym tego przykładem. Parafował kontrakty na miliony dolarów w Nowym Jorku, Pekinie czy Londynie, a nie potrafił wystukać na klawiaturze listu mającego więcej niż trzy zdania. Często tłumaczył jej z udawaną powagą, że statystyka stoi zdecydowanie po jego stronie. W długich pseudowywodach z uporem wykazywał, iż Anna, pisząc swe książki, całkowicie wyczerpuje limit słów przypadający na ich małżeństwo.

 

Wyłączyła skrzynkę pocztową i kliknęła ikonkę nazwaną Skarb katedry. Kryło się pod nią pięćdziesiąt stron jej najnowszej powieści. Historyczny thriller osadzony w realiach czternastowiecznego Torunia pisało się całkiem nieźle, ale poprzedniego dnia odkryła, że materiał źródłowy, który dotąd zgromadziła, jest niestety zbyt skromny. Co chwilę wpadała w jakieś pułapki faktograficzne, a to najczęściej zatrzymywało pracę na długie godziny.

 

? Po prostu brakuje ci wiedzy, maleńka. ? Westchnęła. ? Wizyta w bibliotece wydaje się jak najbardziej wskazana. Inaczej twoja książka zamieni się w stos głupot.

 

Zdarła folię aluminiową z kubeczka jogurtu, sięgnęła po łyżeczkę i zaczęła jeść, patrząc w ponure niebo za oknem.

 

? Po pierwsze, muszę znaleźć jakieś opracowanie o zabudowie miast z tamtego okresu ? pomyślała. ? Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się, jak wyglądały średniowieczne podwórka. Co znajdowało się na tyłach kamieniczek? Logika podpowiada, że ogrody i zabudowania dla inwentarza, ale? Lepiej to sprawdzić. Dociekliwi czytelnicy znajdą każdą niedoróbkę. Tak jak ten niesamowity facet ze Szczecina? Ten, który w czasie spotkania autorskiego promującego Głos w ciemności zarzucił mi, że nie do końca mam pojęcie o średniowiecznej broni i sztuce walki. Wywinęłam się jakoś i zagadałam problem, ale gość miał w zasadzie rację. Tak! Muszę bardziej dbać o szczegóły. Po drugie, warto znaleźć jakiegoś konsultanta od mieczy, toporów i całego tego żelastwa. Po trzecie, średniowieczna łacina! Ktoś musi mi przełożyć fragment tekstu będącego szyfrem? Po czwarte, sprawa Nieszawy leżącej po drugiej stronie Wisły i kłującej w oczy toruńskich mieszczan. Po piąte? Nie! Już wystarczy!.

 

? W takim razie? kierunek: biblioteka ? powiedziała, wstając z krzesła.

 

* * *

 

Wyszła z domu tuż przed dziewiątą. Szyby stojącego na parkingu niebieskiego fiata pandy były zamrożone tak dokładnie, że ich drapanie plastikową kartą, która była przepustką do Biblioteki Uniwersyteckiej, zajęło kilka minut. Na szczęście ulice nie były już zatłoczone, więc dotarcie na Dobrą zajęło niecały kwadrans. Niestety, jak zwykle zaparkowanie w pobliżu książnicy okazało się zadaniem niełatwym. Anna krążyła przez dłuższy czas, wypatrując wolnego miejsca. Wreszcie znalazła je na Lipowej, opłaciła pięciogodzinny postój w automacie parkingowym i ruszyła do wejścia.

 

Znalazła się w przeszklonym pasażu oddzielającym budynek frontowy, zwany rogalem, od gmachu głównego. Szybkim krokiem przeszła do szatni, gdzie oddała płaszcz, a potem z notatnikiem pod pachą ruszyła w kierunku szklanej ściany i widocznego za nią punktu informacyjnego. Nad drzwiami wejściowymi, za którymi stali strażnicy, znajdowała się ogromna rozwarta księga z napisem ?Hinc omnia?. Anna uśmiechnęła się do starej bibliotekarki, siedzącej za kontuarem, przesunęła kartę identyfikacyjną przez czytnik, a następnie szerokimi schodami weszła do jasnego przeszklonego wnętrza biblioteki. Bardzo ceniła sobie fakt, że czytelnicy mają tu bezpośredni dostęp do książek, bez konieczności wypełniania rewersów albo korzystania z pośrednictwa pracowników. W bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego zbiory uporządkowano według sprawdzonej w świecie, a zwłaszcza w USA, Klasyfikacji Biblioteki Kongresu.

 

O tej porze było tu jeszcze niewiele ludzi. Trwała wprawdzie sesja zimowa i studenci kuli na potęgę, ale większość z nich preferowała raczej godziny popołudniowe. Anna przeszła do kolejnych schodów, wbiegła na nie, a następnie skręciła w prawo i zaczęła przeciskać się między regałami do swego ulubionego miejsca pracy. Mały stoliczek stał samotnie, zagubiony wśród półek, dając przyjemne poczucie izolacji. W dodatku książki, które ją interesowały, znajdowały się dosłownie na wyciągnięcie ręki.

 

? Jakie to były numery? ? szepnęła Anna, kładąc notatnik na odrapanym blacie i spoglądając na zapisane na marginesie rzędy cyfr.

 

* * *

 

Długowłosy mężczyzna śledził Annę od trzech dni. Rzadko wychodziła z domu, a jeśli już, to na krótko. Jej mężulka nie było w kraju i koniecznie należało to wykorzystać, ale Iron czuł, że jest jeszcze za wcześnie. Nie mógł popełnić błędu, jeśli sprawiedliwości miało stać się zadość.

 

Biblioteka Uniwersytecka okazała się dużym wyzwaniem. Aby do niej wejść, trzeba mieć kartę z paskiem magnetycznym lub jednorazową przepustkę. Zanim jednak siedząca przy wejściu kobieta sprawdziła jego dokumenty i wypisała odpowiedni świstek, Anna zniknęła wśród regałów z książkami.

 

Szukał jej blisko pół godziny, a po głowie bez przerwy kołatały mu się wątpliwości: A jeżeli ona jest sprytniejsza, niż sądzę? Może się zorientowała? Ta wizyta w bibliotece? to może być tylko zmyślny wybieg. Chciała pozbyć się ogona?!. Kiedy zaczynał nabierać już pewności, że popełnił błąd, niespodziewanie natknął się na poszukiwaną kobietę w odległej części labiryntu. Nie była sama!

 

* * *

 

? No, a jak ci idzie z nową książką? ? zapytała Daria.

 

Anna spojrzała na koleżankę i uśmiechnęła się lekko.

 

? Dobrze ? powiedziała, prosząc w duchu, aby ta trajkocząca blondyna dała jej wreszcie spokój.

 

Od pół godziny rozmawiały o niczym, zapewniając się nawzajem, jak bardzo cieszą się ze spotkania po latach. Dawna koleżanka z liceum nie odpuszczała, jakby miała zamiar prześwietlić całe życie Anny od momentu, kiedy widziały się po raz ostatni.

 

? Czytałam Głos w ciemności. Całkiem nieźle ci to wyszło. Chociaż recenzje miałaś średnie. Ale nie przejmuj się, ci pismacy gotowi są obsmarować.

 

? Ale ja się nie przejmuję ? zapewniła Anna. ? Przeciwnie. Mam plany na wiele następnych książek.

 

? Suuuper! Opowiedz coś? No? O czym to będzie? I w ogóle?

 

? Chętnie, ale? Wiesz, Daria, jest taki przesąd, że nie zdradza się pomysłów, zanim się ich nie spisze. Podobno to zły omen. Kilku moich kolegów po piórze uważa, iż trudno potem taką książkę skończyć.

 

? Hmm? Rozumiem. Taaak? Ty to masz ciekawe życie. Nie to co ja! Siedzę na tym cholernym uniwersytecie, dłubię doktorat i walczę z akademicką głupotą? Dzień podobny do dnia. Czasami nie wiem, czy jest środa czy piątek?

 

? Wtorek ? cierpko powiedziała Anna.

 

* * *

 

Iron, ukryty za regałem, uważnie obserwował kobietę. Pogaduszki ze znajomą zajęły jej przeszło godzinę. Później zaczęła pracować. Przeglądała wybrane książki, czasami wstawała i przynosiła nowe. Od czasu do czasu robiła jakieś notatki albo fotografowała strony aparatem w telefonie komórkowym. Była jednak najwyraźniej niezadowolona. Co jakiś czas kręciła głową i ciężko wzdychała.

Długowłosy mężczyzna wyciągnął z kieszeni telefon, kciukiem wystukał na klawiaturze umówiony kod i wysłał SMS-a.

 

Około wpół do drugiej odniosła wszystkie tomy, zebrała notatki, a potem zeszła do sali, w której stały komputery z dostępem do Internetu. Jej palce przemknęły szybko po klawiaturze. Wpatrywała się przez chwilę w ekran. Najwyraźniej nie była zadowolona z wyników poszukiwań, bo zagryzła wargi.

 

? Jakiś problem? Chętnie bym pomógł, ale? jeszcze nie teraz? ?  pomyślał długowłosy mężczyzna, a na jego twarzy pojawił się dziwny uśmieszek.

 

Palce Anny ponownie przebiegły po klawiaturze, która zagrzechotała cicho jak pistolet maszynowy z tłumikiem. Tym razem strzał był celny. Kobieta zanotowała coś na kartce, wstała i ruszyła w kierunku wyjścia.

 

Idąc za nią, Iron przeszedł w pobliżu monitora, przy którym przed chwilą siedziała. Dostrzegł stronę Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, a na niej listę tytułów.

 

? Nasza pani wybiera się na wycieczkę? ? pomyślał, głęboko wciągając powietrze do płuc.

 

W tym samym momencie telefon w jego kieszeni lekko zawibrował. Mężczyzna z ekscytacją sięgnął po nokię i wyświetlił treść odpowiedzi. Na ekraniku widniała data: 13.03.2023.

 

* * *

 

Zbiory warszawskiej biblioteki były wprawdzie gigantyczne, ale nie zawierały wszystkich informacji, które były Annie potrzebne. Krótka wizyta w sieci pozwoliła jej natomiast ustalić, że niezbędne książki znajdzie w Toruniu. Postanowiła kuć żelazo póki gorące i wyruszyć następnego dnia do miasta Kopernika. Była jednak zima, a ona od czasu wypadku sprzed trzech lat nie czuła się za kierownicą zbyt pewnie, kiedy temperatura spadała kilka kresek poniżej zera. Nie wypuszczała się nawet do letniego domku, położonego jakieś siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy. Wieś miała niezbyt poetycką nazwę ?Joachimów Mogiły?, ale było tam cudownie. Dom stał na skraju wsi, tuż przy lesie. Przymiotnik ?letni? miał charakter zwyczajowy. Tak naprawdę kilka lat temu kupili całoroczną, dwustumetrową chałupę z bali, w której zainstalowano wszelkie wygody, włącznie z sauną. Po cichu marzyła, że kiedyś tam zamieszkają, ale Dawid nie chciał na razie słyszeć o wyprowadzce ze stolicy. Nie zgadzał się też, aby Anna mieszkała zimą za miastem. Wyjeżdżał wprawdzie tak często, że bez problemu mogłaby organizować małe mistyfikacje i pomieszkiwać tam sama, ale jakoś nie potrafiła się przełamać. Drogi w zimie nie budziły jej zaufania, nawet gdy były dobrze odśnieżone. Urzędowała więc w Joachimowie od wiosny do późnej jesieni. Dawo nie był wprawdzie zachwycony, ale jakoś to znosił.

 

Zdecydowała, że pojedzie do Torunia pociągiem. Prosto spod biblioteki ruszyła więc na Dworzec Centralny, aby kupić bilet. Kiedy zobaczyła w hali głównej zawiniętą kilka razy kolejkę, chciała już zrezygnować i wtedy przypomniała sobie, iż kasy znajdują się również w podziemiach dworca.

 

* * *

 

Stał w kolejce ze wzrokiem wbitym w plecy Anny, kupującej bilet przy okienku. Od śledzonej kobiety oddzielała go trzymająca się za ręce para. Obecność innych ludzi najwyraźniej nie przeszkadzała ich namiętności, gdyż młodzieniec raz po raz wsysał się w swą partnerkę z takim zapałem, że Iron zaczynał obawiać się o kondycję jej migdałków.

Tymczasem Anna kupiła bilet do Torunia na następny dzień i zamierzała już odejść od okienka, gdy jej wzrok przypadkiem padł na ludzi stojących w kolejce. Długowłosy mężczyzna zaklął w duchu. Zobaczył bowiem błysk zaciekawienia w oczach kobiety, kiedy ich spojrzenia przypadkowo się spotkały.

 

 

? Zabawne, jaki świat jest mały ? pomyślała Anna. ? Widziałam tego faceta w bibliotece, a teraz jest tutaj. Mam nadzieję, że to tylko przypadek, bo żaden napalony Romeo nie jest mi teraz potrzebny do szczęścia….

 

 

Fragment powieści Marka Żelkowskiego ?Kot z Cheshire? udostępniamy dzięki uprzejmości wydawnictwa Videograf