„DOHA, KATAR, sierpień 2015
Zupełnie jakby ktoś przytykał palnik gazowy do pleców. Ból jest jak najgorętsze wnętrze gazowego płomienia. Nie pomarańczowy czy czerwony, lecz bezlitośnie błękitny jak lód lodowców w domu.
Ale Yash Pandey nauczył się ignorować ból, bo tu upał panuje nieustannie. Gorąco pleców stapia się w jedno ze skwarem powietrza, a on daje radę podnosić belki, trzpienie, wszystko, czego trzeba, by stadion podźwignął się z pustyni jako znak władzy gazu i pieniędzy.
Jego nagie plecy spoczywają na wilgotnym płótnie.
W sali sypialnej, którą Yash dzieli z dwoma setkami innych mężczyzn, pot spływa z ciał na podłogę i zamienia się w parę. Czuć dym płonącego gazu. Za dnia na horyzoncie w kolorze ochry widać czarne pióropusze dymu. Mówią, że to ISIS podpala złoża.

Robotnicy leżący na twardych pryczach przybyli tu z wielu krajów. Z Nepalu, tak jak on, inni z Filipin, Indonezji, Bangladeszu, Pakistanu i Birmy. Trzymają się głównie w gronie rodaków, połączeni wspomnieniami podobnych kolorów i dźwięków. Zjednoczeni taką samą tęsknotą.
Yash przewraca się na pryczy. Chciałoby się upić i zasnąć, uciec przed bólem, ale tutaj nie ma alkoholu. Nie ma raksi, która pieści gardło i żołądek. W ogóle żadnego alkoholu. Sen 10 nie chce nadejść, choć Yash jest nieskończenie zmęczony, i nawet noc jest tutaj upalna, ale litościwie ciemna w odróżnieniu od nieznośnego światła dnia.
Nie zostawił nikogo. Nikt nie tęskni za nim w domu i w pewnym sensie to go czyni wolnym. Mnie nie dorwą.
Wokół niego mężczyźni chrapią. Pojękują. Rozmawiają o ludziach, których kochają. Szepczą. Ktoś wyjął komórkę, ogląda zdjęcia i w mroku jej mruganie jest jak migotanie snu.
Migotanie koszmaru.
Jestem mięsem budowlanym, myśli. Pewien Pakistańczyk ukuł to określenie, kiedy jego przyjaciel spadł z rusztowania i roztrzaskał się o betonową płytę pięćdziesiąt metrów niżej. Zemdlał z upału. Upadek z wysoka, siła uderzenia o beton wywróciły na drugą stronę jego skórę i zmieniły go w stertę mięsa.
Mięso budowlane.
Wywieźli go na taczce. Pakistańczyk opowiadał o tym bez smutku czy sentymentalizmu, po prostu jak o fakcie.
Ale może teraz coś się zmieni.
Krewcy Filipińczycy mówią, że powinniśmy się zorganizować.
Alberto jest najbardziej uparty.
Alberto, mój filipiński przyjaciel.
Chce, żebyśmy zażądali podwyżki płac, żeby było tak, jak nam obiecali, i żeby wypłacali je w terminie. Żebyśmy pracowali dziesięć godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu, tak jak mówią nasze kontrakty, a nie czternaście godzin przez sześć czy siedem dni w tygodniu.
Będą się domagać wolności. Alberto wie, jak się takie rzeczy organizuje. Poradzą sobie z tym. Ale Alberto się boi. Dał mi adres e-mailowy jednej ze swoich sióstr, na wypadek gdyby coś mu się stało.
Dla mnie to było proste, myśli Yash i próbuje zapomnieć o gorącu na plecach. Chciałem zgromadzić kapitał, żeby móc otworzyć mały sklepik z najbardziej podstawowymi towarami. Sprzedawać dużo z niewielkim zyskiem. Więc pojechałem do Katmandu, podpisałem się u faceta, który rekrutował, firma jakichś Szwedów, wziąłem pożyczkę na bilet lotniczy i pokrycie kosztów wszystkich „papierów”. Wsiadłem do samolotu linii Emirates. W tylnej części było pełno takich jak my i żaden z nas jeszcze nigdy nie latał, piliśmy, dopóki nie przestali nam podawać, a niektórzy rzygali w kieszenie na gazety na oparciach siedzeń.
A potem wylądowaliśmy.
Świat kurczy się w czterdziestopięciostopniowym upale. Ciało ugina się pod własnym ciężarem. Godzina po godzinie myślisz, że zaraz umrzesz, że nie dasz już rady, ale dajesz radę, myśli Yash. Dajesz radę, bo musisz spłacić długi, bo w marzeniach widzisz półki pełne towarów, albo dlatego, że się boisz – tak jak pozostali tutaj – bo w przeciwnym razie ktoś dorwie twoją rodzinę. Dajesz radę, chociaż dług rośnie znacznie szybciej, niż ty zarabiasz pieniądze. Mimo kłamstw, oszustw, niewolnictwa. Dajesz radę, myśli Yash, bo nie masz wyboru.
Ale teraz będzie bunt.
Trzymam się trochę z boku. Tak jest najlepiej.
Jako gastarbeiter w Katarze jestem niewolnikiem. Nie mogę zmienić pracodawcy, jestem związany z tym, który figuruje jako sponsor na mojej wizie. Nie wolno mi opuścić kraju bez jego zgody. Pisały o tym wszystkie gazety na świecie, ale tak naprawdę nikt się tym nie przejmuje.
Filipińczycy uwielbiają piłkę nożną.
Gadają o tym, jak będą oglądać mecze w telewizji, jak Zlatan i Messi – tak się nazywają? – będą grać na wybudowanym przez nich stadionie.
Plecy.
Ukłucie bólu.
Yash czytał, że piłkarze boją się tutejszego upału. Zastanawiają się, czy dadzą radę biegać dziewięćdziesiąt minut w tym skwarze. Są jak małe dziewczynki.
Może jednak powinien był ruszyć z pozostałymi na Północ, pytali go, czy chce, ale mróz jest jeszcze gorszy niż upał.
Światło na sali się zapala.
Yash zaciska powieki. Słyszy krzyki po tagalsku, pendżabsku, w innych językach.
Siada na pryczy i widzi, jak setki innych mężczyzn o opalonych lub ciemnoskórych ciałach robią to samo, i w spojrzeniach wszystkich widać pytanie.
Co to? Co teraz będzie?
Pięciu mężczyzn ubranych w czerń. Z czarnymi chustami na twarzach i z kałasznikowami w rękach.
W tłumie zaspanych, zmęczonych mężczyzn rozchodzi się szmer. Potrzebują każdej minuty snu.
Coście za jedni? Czego od nas chcecie?
Kilku wstaje.
Siadać, wrzeszczą mężczyźni. Nie ruszać się, krzyczą.
We wszystkich językach. Niech nikt nie filmuje, krzyczą. – Kiedy usłyszycie wasze nazwisko, wstańcie! – woła ten, który musi być ich przywódcą.
Pierwszym wywołanym jest Pakistańczyk, którego Alberto uczynił swoim sojusznikiem.
Piątym i ostatnim jest Alberto.
– Podejdźcie tu.
– Możemy włożyć koszule? – odkrzykuje Alberto i w wyobraźni Yash widzi go klęczącego, ze spawarką w ręce, łączącego ze sobą dwa metalowe pręty.
– Nie.
Pięć osób idzie przez salę i Yash widzi, jak wszyscy pozostali wpatrują się w podłogę. Ze strachu albo ze wstydu. Yash tego nie wie, ale wie, że jego przyjaciel Alberto i pozostali poruszają się w zupełnie niewłaściwym kierunku.
Czy to ISIS się zjawiło? Nie, nie chodzi o Allaha, tylko o pieniądze.
Pracują dla Chińczyków?
Ubrani na czarno wyprowadzają pięciu mężczyzn z sali, jeden popycha Alberta lufą kałasznikowa, ten się potyka, ale odzyskuje równowagę, a potem wszyscy nikną w mroku nocy.
Światło gaśnie.
– CISZA I SPAĆ.
Drzwi zamykają się cicho, jak oddech.
Yash kładzie się ostrożnie, ból pleców promieniuje tysiącem barw.
Już nigdy więcej nie zobaczę Alberta, wiem o tym, myśli. Żadnego z nich już nigdy więcej nie zobaczę. Wywiozą ich na pustynię, może każą im wykopać własne groby, a może zastrzelą ich jak psy. Znikną głęboko w wiecznym morzu piachu i kamieni i jakiś przyszły zbawiciel nigdy ich nie odnajdzie.
A ja nic nie mogę na to poradzić. A jednak muszę coś zrobić.
Musi być coś, co mogę zrobić.”
Przełożyli Anna Krochmal i Robert Kędzierski





