„Spojrzał w lustro. Niechętnie. Unikał tego. Przez te piętnaście lat bardzo się zmienił. Właściwie był niemal nie do poznania. Twarz, którą widział przed sobą, nie należała już do Tytusa Weissa. Teraz był więźniem numer 1126 w Zakładzie Karnym w Starych Świątkach niedaleko Rypina. Zniknęły gdzieś rumiane policzki i chłopięca uroda, które charakteryzowały go wcześniej. W więzieniu daleko by go nie zaprowadziły. Przekonał się o tym na samym początku odsiadki. Boleśnie. Szybko więc postanowił się zmienić. Zerknął do lustra ponownie. Nadmiar mięśni na ramionach i szyi sprawił, że wyglądał teraz jak wiecznie przygarbiony, gotowy do ataku wściekły byk.

Westchnął cicho. Jego aparycja była adekwatna do tego, co czuł. Wściekłość? Czy to dobre słowo? Nie pamiętał, czy zanim trafił do więzienia, czuł kiedykolwiek coś takiego jak wściekłość. Wtedy był raczej strach, może niepewność. Trzask zamykanych krat wyzwolił w nim jednak głęboko ukryte pokłady furii skierowanej do wszystkich i jednocześnie do nikogo konkretnego.
A może to była wściekłość i pustka, zastanawiał się dalej więzień numer 1126. Jakby go oszukano. Jakby został sam. Jakby? Przecież właśnie tak było. Został sam. Nikt się z nim nie kontaktował przez te piętnaście lat. Nikt oprócz matki. Brat najwyraźniej wolał o nim zapomnieć. Mieszkańcy wsi go nienawidzili. Tego był pewien. Została mu tylko matka. Tylko ona.
Więzień numer 1126 przejechał dłonią po policzku. W ostatnich dniach pojawił się tam upragniony cień zarostu. Nareszcie. Poprzedni dyrektor Zakładu Karnego w Starych Świątkach nie tolerował najmniejszej niesubordynacji. Każdy z 1500 mężczyzn musiał mieć gładko ogoloną twarz.
Teraz było inaczej. Więzień numer 1126 nie miał zamiaru już nigdy golić się na gładko. Piętnaście lat wystarczyło mu aż nadto. Już niedługo spakuje swój skromny dobytek i pójdzie na zwolnienie warunkowe. Nie obchodziło go, że będzie musiał arbajtować. Wręcz przeciwnie. Miał wielką nadzieję, że szybko uda mu się znaleźć jakąś pracę. Tęsknił za normalnością bardziej niż za czymkolwiek innym, a praca to była właśnie normalność.
– Co się tak jebiesz w to lustro? – rzucił frajer z drugiego bloku. Jego ton był buńczuczny, jak u ledwo opierzonego kogucika. – No co?
Więzień numer 1126 spojrzał na młodego mężczyznę przelotnie. To był cuwaks, którego przywieźli do Starych Świątek nie dalej jak kilka tygodni temu. Od kilku dni sprzątali razem łazienki w centralnym budynku Zakładu Karnego. Więzień numer 1126 widział też chłopaka kilka razy na dreptaku.
– No co się tak jebiesz? – powtórzył frajer. Chłopak myślał chyba, że przekleństwa zapewnią mu szybki respekt. Ci, którzy dopiero co się tu znaleźli, często tak myśleli. – Kurwa, głuchy jesteś czy co?
Więzień numer 1126 wzruszył ramionami zamiast odpowiedzi i przetarł lustro wilgotną ścierką. On nie musiał już walczyć o respekt. Zdobył go dawno temu. Poza tym nie chciał alarmować charta, który stał w drzwiach i cicho pogwizdywał jakąś starą piosenkę. Więzień numer 1126 nie chciał w żaden sposób się wychylać.
Nie teraz, kiedy był już tak blisko wolności.
– Podobno garujesz tu za damski chuj? – zagadnął znowu chłopak, przybierając minę specjalisty w tych sprawach. – To prawda?
Więzień numer 1126 uśmiechnął się pod nosem. Przypomniał sobie siebie samego piętnaście lat temu. Czy był tak samo naiwny jak ten tu? Czy to możliwe? Teraz ta naiwność zdawała się nieprawdopodobna i w pewien sposób piękna. Na naiwność nie było miejsca w Starych Świątkach. Naiwność to była część wolności, a nie życia za kratami.
– W więzieniu wszyscy są niewinni – mruknął z niejakim rozbawieniem. Czuł się przy tym jak starzec. – W więzieniu wszyscy są niewinni…
Przeczytał te słowa w jakiejś książce, którą wypożyczył z więziennej biblioteki jakiś rok temu. Ich biblioteka była całkiem dobrze wyposażona. Może to był Stephen King. „W więzieniu wszyscy są niewinni”. Tak powiedział jeden z bohaterów powieści. Te słowa spodobały się więźniowi numer 1126. Bardzo.
Strażnik chyba usłyszał, o czym rozmawiają, ponieważ zaśmiał się cicho i spojrzał na więźnia numer 1126 przelotnie. Ten chart był akurat w porządku, ale 1126 i tak szybko odwrócił wzrok. Nie ściągać na siebie uwagi. To było teraz najważniejsze. Za wszelką cenę zachować neutralność. Być niewidzialnym aż do momentu, kiedy stanie po drugiej stronie więziennego muru. Czekał na to za długo, żeby teraz coś zepsuć.
– Jutro wyklepka na wolkę? – spróbował znowu młody frajer.
Chłopak najwyraźniej chciał podtrzymać kulejącą rozmowę. Bajera nie brzmiała najlepiej w jego ustach, uznał więzień numer 1126, ale trzeba było przyznać, że chłopak się starał. Można było zrobić pewien ukłon w jego stronę. Nikomu nie było łatwo w pierwszych miesiącach odsiadki.
– Warunek – wyjaśnił 1126 ledwo dosłyszalnie. – Zajmij się bardachą i nie gadaj tyle. Pies czuwa.
Chłopak posłusznie wziął bejzę i zaczął czyścić ubikację. Więzień numer 1126 nawet go polubił, ale nie zamierzał być dla niego belfrem. Wcześniej czy później frajer i tak dostanie bęcki. Co lepsze, to już nie będzie problem więźnia numer 1126. Teraz ważne było tylko jedno: wrócić do Lipowa i zacząć normalne życie na wolności.
– Kończcie już – pouczył strażnik. – Wracacie do celi.
Więzień numer 1126 spojrzał na obskurną łazienkę. Na suficie widniały plamy wilgoci, a farba odłaziła ze ścian. W kabinach pełno było obscenicznych napisów, które, chociaż zakazane, zawsze jakoś się tam pojawiały. Kafelki miały kolor zimnej zieleni, która przypominała raczej pleśń widoczną na suficie niż trawę. Wszystko to potęgowało tylko pustkę, którą czuł.
Więzień numer 1126 miał nadzieję, że widzi to pomieszczenie po raz ostatni w życiu. Skończył trzydzieści trzy lata, z czego piętnaście spędził w Zakładzie Karnym w Starych Świątkach. Tyle wystarczy. Zdecydowanie.”
Fragment powieści opublikowałyśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka





