Strona główna Aktualności Jak nie zamordować nikogo w kolejce do lekarza? – poradnik dla początkujących

Jak nie zamordować nikogo w kolejce do lekarza? – poradnik dla początkujących

0
PODZIEL SIĘ

Felieton Agnieszki Krawczyk

Wszystko zaczęło się od nogi, a ściślej biorąc od kolana. Coś w nim chrupnęło, jakby pękło i noga nie była już niestety taka jak dawniej. Bolała, puchła i działy się z nią dziwne rzeczy, spośród których najbardziej niezwykłe było grzechotanie kości przy wchodzeniu po schodach. Prześwietlenie nic nie wykazało i dopiero USG ujawniło nagą prawdę – pęknięta łąkotka. W ten sposób na wiele miesięcy stałam się pacjentem ortopedycznym i bywalcem rozmaitych kolejek.

Moje pierwsze spotkanie z ortopedą w szpitalu było łagodne i powiedziałabym wręcz – niewinne. Przyszłam na wyznaczoną godzinę i pod drzwiami nikogo nie było, co wlało w me serce wręcz nieuzasadnioną nadzieję, że tak będzie zawsze. Nie zdążyłam nawet wyciągnąć książki i już byłam zbadana i zakwalifikowana do zabiegu artroskopii. Wszystko szło jak po maśle. Był wrzesień, kasztany spadały z drzew, a zabieg zaplanowano na luty, gdy teoretycznie śnieg i lód miały skuć naszą piękną krainę. Miałam wiele miesięcy na odsuwanie od siebie niezbyt miłej wizji operacji. Nie wolno mi było za dużo chodzić, klękać, kucać oraz wychodzić po schodach; musiałam oszczędzać nogę. „Pani Noga” zdominowała moje życie – podczas mego pobytu w Wiedniu głównie upewniałyśmy się z Martą Guzowską „czy ona tam wejdzie”, a podczas wędrówki po miejskich kanałach, noga była głównym obiektem troski tak naszej, jak i przewodnika, uprzedzonego (no jakże by inaczej!) o problemie.

 

 

Pierwsze trudności (i to bynajmniej nie z nogą) zaczęły się w styczniu, gdy oficjalnie zaczęłam się przygotowywać do zabiegu. Najpierw musiałam ponow

nie zakwalifikować się do operacji, co wymagało szeregu badań wykonywanych pod nadzorem internisty. Przesiadując w kolejkach i ogonkując do różnych okienek, przeczytałam gotycki horror Joanny Pypłacz „Krzyk Persefony”, który doskonale korespondował z moim stanem ducha. Bo ciemne korytarze ośrodka zdrowia kojarzyły mi się z przerażającymi ścianami szpitala psychiatrycznego, w którym przetrzymywano bohaterkę (a i krzyk szaleńca dałoby się tam usłyszeć!).

Drugą powieścią mej ośrodkowej epopei było „Przewieszenie” Remigiusza Mroza. Tutaj z kolei bardzo się wczułam w sytuację nieszczęsnych turystów mordowanych przez psychopatę na tatrzańskim szlaku. 

Potem, z kompletem badań, trafiłam wreszcie do właściwej kolejki – do ortopedy. Pacjentów ortopedycznych można z

grubsza podzielić na dwie grupy – zwykle chodzi o nogę (ci z cieśnią nadgarstka nie są poważani – to krótki zabieg, który robi się w ambulatorium), a jeśli o nogę, to o kolano lub biodro. Jest to pierwsze pytanie, które się słyszy w kolejce do gabinetu: „co będzie robione?”. Jeś
li kolano – zapraszamy na ławkę od kolan, jeśli biodro – proszę usiąść po tamtej stronie. W małych kółkach uściśla się już zakres zabiegu i wspomina, bo siłą rzeczy są tu już weterani, którzy przyszli z drugim biodrem lub kolanem, albo nawet z kolanem po biodrze. Pacjenci nie lubią czytać, za to uwielbiają rozmawiać. Temat biodrowo-kolanowy jest praktycznie niewyczerpany, ale zawsze można wtrącić coś o lekach, czy emeryturach. Przed obłędem w tej kolejce
uratowała mnie powieść „Central Park” Musso.

Czytałam wówczas Musso po raz pierwszy w życiu i książka mnie zaciekawiła. Pomysł z parą głównych bohaterów, którzy pozbawieni pamięci, nagle znajdują się przykuci do siebie kajdankami w Central Parku był zgrabny i przyciągał uwagę. Pewne zastrzeżenia miałam do rozwiązania akcji, które jednak wydało mi się odrobinę zbyt wyrafinowane, w każdym razie jak na kolejkę do ortopedy.

Do operacji mnie zakwalifikowano i po kilku dniach znalazłam się na sali przedoperacyjnej (dwa kolana, trzy biodra – w sumie było nas pięć pacjentek) ze „Spiżowym łabędziem” Kaari Utrio.

Ci, którzy znają tę książkę, wiedzą jaka to cegła, więc starczyła mi na nerwowy dzień zabiegu i późniejsze dochodzenie do siebie. Znakomita, napisana z rozmachem powieść o XI-wieku, rodzeniu się nowych religii i państw, ścieraniu się różnych postaw, barwna i wciągająca. Wielki żal, że nie ukazała się jej kontynuacja, czyli „Waleczny jastrząb”, zapowiadana od pewnego czasu przez wydawcę, Szarą Godzinę. Po dwóch dniach wróciłam do domu, by po raz kolejny przeczytać „Terapię” Davida Lodge’a. Tak właśnie – główny bohater Tubby Passamore, scenarzysta telewizyjny, cierpi na nieznanego pochodzenia ból w kolanie i również poddaje się artroskopii. Nieudanej zresztą. Cała historia jest opisana z taką swadą i humorem, jak tylko Lodge potrafi, polecam więc nie tylko chorym na nogę. „Piszę się na każdą formę terapii za wyjątkiem farmakologii” – to wyznanie Tubby’ego powinno być mottem większości z nas.

Po tygodniu ustawiłam się w kolejkę do ortopedy, w celu ściągnięcia szwów. Dwa kłaczki wystawały z kolana i kusiło mnie, aby za nie pociągnąć i mieć to z głowy, ale bałam się i wolałam skorzystać z usług fachowca. W wielogodzinnym kolejkowaniu towarzyszył mi Harlan Coben i jego „Nieznajomy”. To był kluczowy moment mej kariery pacjenta ortopedycznego – kolejka była gigantyczna, a ławki niewygodne. Frakcja bioder zdobyła przewagę, z kolanem znalazłam się w mniejszości, nikt ze mną nie rozmawiał. Wtedy otwarłam thriller Cobena i przepadłam – cóż za diaboliczny pomysł! Wyobraźcie sobie państwo nieznajomego faceta, który podchodzi do was w barze i zdradza wam jakąś brudną tajemnicę waszego małżonka czy partnera. Strasznie, nie? I po co to robi, oto jest pytanie. Książka jest znakomicie napisana i naprawdę uratowała mnie przed niechybnym obłąkaniem i frustracją wynikającą z wielogodzinnego oczekiwania na dwuminutową procedurę wysupłania szwów. Potem czekały mnie długie i nudne ćwiczenia nogi – noga w górę, noga w dół, zakręcić palcami, balansować piętą. Czas umilało mi nowe Millenium, czyli „Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza. Książka napisana poprawnie, ale z niezbyt oryginalną fabułą. O republice hakerów już było w drugim tomie „prawdziwego Millenium”, a autystyczny

geniusz występował już choćby w „Kodzie Merkurego”, czy powieści Forsytha „Czarna lista”. 

A co teraz? Noga czuje się dobrze, jej historia jest już chyba zakończona, a ja czekam na nową powieść Petera Maya, którego uwielbiam. Wypatrujcie Państwo „Wyspy powrotów”, zwłaszcza jeśli czeka Was kolejka do lekarza
!