Strona główna Aktualności II nagroda w naszym konkursie z REBISEM

II nagroda w naszym konkursie z REBISEM

0
PODZIEL SIĘ

Z przyjemnością informujemy, że drugą nagrodę w naszym konkursie na opowiadanie kryminalne organizowanym wspólnie z Wydawnictwem Rebis zdobyła pani Agnieszka Gil. Bardzo nam się podobało przewrotne opowiadanie o środowisku autorek literatury popularnej! Nagroda w postaci 7 książek ufundowanych przez REBIS jedzie do pani Agi! Gratulujemy, prosząc o potwierdzenie chęci odebrania nagrody i oczywiście – o adres! 

Agnieszka Gil 

CÓRKA CUKIERNICZKI

            Kiedy Zaczeska wywiesiła na swojej stronie internetowej informację o planowanym panelu w Trójmieście, Adriannie żywiej zabiło serce. O, tak, pomyślała, to będzie okazja do pokazania się wreszcie wśród najprawdziwszych pisarzy! Bo że zostanie zaproszona ? w to nie wątpiła.

 

            Dotąd nie miała zbyt wielu możliwości bywania w środowisku literackim. W ciągu ostatnich trzech lat, odkąd udało się jej zrealizować marzenie życia, przekonała się jak bardzo prowincjonalnym miastem jest Gdańsk. Daleko stąd na targi książki i niewielu przyjeżdża tu reporterów z p r a w d z i w y m i mikrofonami. Nie z lokalnych, niewielkich rozgłośni, nie z gazetek osiedlowych, choć chętnych do rozmów z ?naszą Adzią?, z ?naszą dumą?, autorką… Jak dotąd jednej książki, ale kolejne pliki już czekały na odpowiedź potencjalnego wydawcy.

            Zaczeska, choć mogłaby być dla Adrianny wzorem, w rzeczywistości tkwiła w jej duszy jak ość w dziąśle, gdy człowiek zjada smacznego dorsza, którym nie jest w stanie się cieszyć, póki nie usunie zadry. Książki Zaczeskiej były irytująco dobre, a sama autorka tak chętnie goszczona przez biblioteki i domy kultury w całym kraju, że trudno było to znosić bez bólu, mając na koncie jeden tytuł, choćby najlepszy. Adrianna znała swoją wartość i wiedziała, że nadejdzie chwila, gdy to ją będzie się prosić o spotkania i udział w panelach, jednak czas płynął nieubłaganie, jej debiut literacki zaczął się starzeć, a Zaczeska co roku publikowała nową powieść, denerwująco świetną, czytaną z bolesną ciekawością i zazdrością. Do diabła, wszak i ona pisze w ten sposób, dlaczego wydawcy nie chcą tego dostrzec?

             Adrianna zacisnęła zęby, aż zarysowała się jej mocna żuchwa amerykańskiego pasterza krów i zmrużyła oczy. Będzie zapraszana na panele, rauty i spotkania! Będzie prawdziwą pisarką z dorobkiem, wszyscy się o tym przekonają! Najpierw postara się o zaproszenie na imprezę, a później jej twórczość niech przemówi sama za siebie, ona temu tylko odrobinę pomoże…

            Na myśl o tym, co ją czeka, rozluźniła mięśnie twarzy, na powrót przybierając uśmiech kasztanowookiego anioła i w myślach zaczęła komponować treść listu do Zaczeskiej.

*

            Gdy po trzech tygodniach do drzwi Adrianny zapukał listonosz, była pewna, że to oficjalna inwitacja. Bez pośpiechu przesuwała kopertę między palcami, wreszcie otwarła ją i wyjęła zadrukowany barwnym tuszem kartonik. Z zachwytu i ekscytacji litery skakały jej przed oczyma, dlatego dopiero po chwili zorientowała się, że to zaproszenie… na widownię.

            Więc to tak?!

            O, Zaczeska poczuła pismo nosem ? z pewnością wiedziała, czym jej może grozić sukces Adrianny! Przestraszyła się i postanowiła zniszczyć go w zarodku, pozbywając się konkurentki, nie wpuszczając do zaczarowanego kręgu, w którym wszak znalazło się kilka innych autorek. Lecz nie ona, Adrianna!

            Jeśli tak, to i Zaczeska nie ma tu czego szukać! Niech nie przyjeżdża, tylko siedzi w tej swojej podwarszawskiej wiosce, a jeśli wyjdzie z domu, to najlepiej wprost pod samochód…

            Myśl, która błysnęła w brązowowłosej głowie Adrianny zgasła tak szybko jak się pojawiła.

            …Jednak po dłuższym namyśle kobieta uznała, że w rzeczywistości nie pozostaje jej nic innego, jak tylko pozbyć się znienawidzonej rywalki na zawsze.

            Zanim zacznie działać, musi obmyślić wszystko ze szczegółami. Usadowiła mocny, szeroki zadek na wysiedzianej kanapie i pogrążyła się w snuciu marzeń, mających przekształcić się w idealny plan zbrodni doskonałej.

            Na odległość nic zrobić się nie da, więc trzeba będzie dopuścić do przyjazdu Zaczeskiej na panel. Tak, wszystko rozegra się tutaj, w Trójmieście. Poczynając od Gdańska, gdzie zaproszeni goście wsiądą na Wikinga, którym dopłyną do Sopotu. Tam, w restauracji na molo, ma się odbyć spotkanie panelowe, w którym jednak jako gość honorowy wcale n i e wystąpi Zaczeska, ha!

            Adrianna zdawała sobie sprawę z trudności. Liczyła się z koniecznością znalezienia pomocnika. Na szczęście tuż obok zawsze trwał ktoś, na kogo można było liczyć. Mamunia. Zaraz, mama jest przecież właścicielką firmy cukierniczej, więc gdyby tak… Wtedy ona także będzie mogła wziąć udział w spotkaniu… Chwyciła słuchawkę:

            ? Mamunia? Tu Adzia! Chciałam zlecić coś twojej firmie. Znasz tę knajpę na molo, robiliście coś dla nich, prawda? Zaraz przyjadę, omówimy szczegóły. Też cię kocham, pa!

*

            Nie udało się wkręcić firmy mamuni do obsługi imprezy. Jednak tort, wspaniały i piętrowy, jako dar od cukierni Słodki całus dla wspaniałej autorki znalazł się w chłodni restauracyjnej, przywieziony tam w dniu panelu wczesnym świtem przez cukiernianego kuriera. Przybrany cukrowymi różami spływającymi z kolejnych poziomów wypieku, na samej górze ozdobiony był marcepanową książką z tytułem najnowszej powieści Zaczeskiej.

*

            Po południu Adrianna wraz z matką kręciły się nad Motławą w pobliżu Gdańskiego Żurawia skąd za pół godziny Wiking miał wyruszyć w krótki rejs po Zatoce.

            Adrianna, mimo ciepłego dnia, odziana była w długi, biały płaszcz chroniący ? jak tłumaczyła nieco zdumionym koleżankom po piórze, znanym dotąd głównie z internetu ? przed nadmiernym słońcem, na które była uczulona. Kiwały ze współczuciem głową, jakie to trudne mieszkać nad morzem i być alergikiem. Zachęcały, by spoczęła pod daszkiem, rozciągniętym między relingami, na środku Wikinga.

            Ujęta ich serdecznością i troską omal nie zrezygnowała z planów, jednak rzut oka na Zaczeską przywrócił jej równowagę. Z trudem ukrywając nienawiść w spojrzeniu, przypatrzyła się czerwonym szpilkom gwiazdy rejsu, jej zgrabnym nogom i eleganckiej, odkrywającej więcej niż kolana sukience. Sapnęła, wywróciła oczami i blednąc, przykryła usta dłonią:

            ? Nie… Nie mogę płynąć, nie mogę! ? wycharczała i podbiegła do burty od strony rzeki.

            Po kilku chwilach spektakularnego krztuszenia się, odwróciła głowę:

            ? Trudno ? rzekła ze smutkiem ? pojadę kolejką. ? Obejrzała się na matkę ? Pojedziesz ze mną?

            ? Oczywiście, kochana, z chorobą morską nie ma sensu się męczyć ? Zaczeska zastukała obcasami o pokład, zbliżając się do Adrianny. ? Spotkamy się w Sopocie, gdzie pani dowiezie nam Adę, tak? Na pewno zdążycie na panel, bo my tu jeszcze sobie trochę popływamy. No, to do zobaczenia na molo!

            A niech cię cholera z tym dobrym serduszkiem, pomyślała Adrianna. Ze spuszczonymi powiekami i wyrazem bólu na bladej, szerokiej twarzy, zeszła z pokładu. Teraz czekała ją masa pracy!

            Wsparta na ramieniu mamuni, wolnym krokiem oddaliła się od Wikinga. Jednak zamiast wspiąć się po schodkach nabrzeża, minęła je i pociągając za sobą zdumioną matkę, skierowała się w stronę toalet na niższym poziomie.

            ? Nic nie mów ? szepnęła i zamknęła się w jednej z kabin, gdzie zrzuciła jasny trencz i zwinąwszy go w kłębek, poczęła upychać do cienkiej, lecz pojemnej torby wyjętej z kieszeni. Następnie rozwinęła nogawki dżinsów, ukryte dotąd pod płaszczem i opuściła rękawy pasiastej koszulki. Biało-granatowa, z kotwicą wyszywaną złotą nicią, była luźna, choć nie udało się pod nią ukryć rozlanych na boki piersi, z trudem utrzymywanych przez stanik. Nie przejęła się tym jednak ? przed domowym lustrem dokładnie sprawdziła, że spoza sztucznej brody oraz pirackiej chusty na głowie, nikt jej nie pozna, nawet jeśli ktoś domyśli się, że jest kobietą, cóż z tego? Bez problemu wmiesza się załogę krążącą po pokładzie!

            ? Adziu?! ? matka omal nie zemdlała na widok wąsatej postaci wysuwającej się zza drzwi kabiny, w której przed kilkoma minutami znikła jej córka.

            ? O nic nie pytaj ? przykazała Adrianna. ? Weź tę torbę i idź na dworzec. Kup dwa bilety do Sopotu. Skup się! ? srogo spojrzała na mrugającą rodzicielkę. ? Kiedy wysiądziesz, idź Monciakiem prosto na molo, ale po drodze wybierz z bankomatu dwieście złotych. Tu masz kartę. Pin to ostatnie cztery cyfry numeru. Ostatnie, nie zapomnij! Spotkamy się w toalecie pod wieżą przy molo. Tam są zawsze duże kolejki, więc jak wejdziesz, to siedź w kabinie, póki nie dotrę i zastukam tak ? na framudze wybiła palcami rytm. ? Zrozumiałaś?

            Zostawiła kiwającą głową matkę i szybkim krokiem wyszła na deptak.

            Stylizowany na piracki galeon Wiking zbierał się do odejścia, więc wbiegła po trapie na pokład i wmieszała się w tłum pirackiej załogi kłębiący się pomiędzy rozbawionymi gośćmi panelu. Zanim wyjdą na morze, musiała dokładnie obejrzeć statek.

*

            Słońce przygrzewało przyjemnie, co cieszyło uczestników rejsu ? wszystkich z wyjątkiem Adrianny. Pod krzaczastymi brwiami, przyczepionymi do pirackiej chusty i sztucznym zarostem na twarzy, pociła się obficie. Nie zważając jednak na pot, skupiała się na uważnej obserwacji.

            Pisarki, potykając się na obcasach, szwendały się po całym statku, usiłując zajrzeć w każde miejsce, fotografując się na pokładzie, ze szczególnym uwzględnieniem koła sterowego. Ustawiały się tam w rozmaitych konfiguracjach tak długo, aż zniecierpliwionemu sternikowi uśmiech powoli zaczął ustępować z twarzy.

            Adrianna uważnie przyglądała się trasom brodatych kelnerów roznoszących zimne napoje, obserwując, którędy przechodzą z rufowego kasztelu, gdzie mieścił się kambuz, niedostępny dla gości. Kręcili się w tę i z powrotem, autorki łaziły im pod nogami, wszyscy kłębili się niczym w roju. Kobieta niemal już straciła nadzieje na to, że uda się jej zwabić Zaczeską w miejsce, gdzie nikt ich nie zobaczy, kiedy ta podeszła z uśmiechem w oczach za szkłami stylowych okularów.

            ? Mogłabym prosić o zdjęcie? Tak żeby było widać mnie i ten biało-czerwony żagiel, dobrze? ? Podała Adriannie aparat fotograficzny. ? Gdzie by tu najlepiej się ustawić… ? zastanowiła się.

            ? Jo ho ho i butelka rumu ? zamruczała basem Adrianna i skinęła ręką.

            Zaczeska ruszyła za nią, i po chwili już pozowała opierając się o burtę niemal przy samej rufie. Stanęła w doskonałym miejscu. Uwaga gości i załogi skupiona była na klaskaniu do rytmu Morskich opowieści, wyśpiewywanych przez pokładowego szantymena siedzącego na dziobie. Sternik, mający swe stanowisko na rufowej platformie wyniesionej ponad rozciągnięty nad pokładem płócienny dach, nie miał jak ich tu zobaczyć.

            Adrianna pstryknęła kilka fotek i zbliżyła się do kobiety, gestem pokazując, by przesunęła się jeszcze bliżej rufy. ?Pirackim? głosem zaproponowała, by stanęła na zwoju grubej liny, złożonym nieopodal. Zaczeska nieoczekiwanie zgodziła się, co nie było mądre z jej strony. Nawet bez pomocy mogła dzięki temu bardzo łatwo wypaść za burtę, szczególnie chwiejąc się na dziesięciocentymetrowych obcasach, ale dla rozbawionej kobiety nie istniały przeszkody ? jedną rękę oparła na biodrze, palce drugiej wplotła we włosy. Nie znała starej żeglarskiej reguły: ?jedna ręka dla ciebie, druga dla okrętu?, co znaczyło dokładnie tyle, by jedną ręką zawsze trzymać się czegoś na statku.

            W ciągu kilku sekund, podczas których nie zdążyła nawet pisnąć, Zaczeska, silnie pchnięta przez piratkę, znalazła się w wodzie.

            ? …morskie opowieści! ? rozlegało się wciąż z dziobu.

            Adrianna wyjrzała za burtę, ale dążyła dostrzec jedynie ginącą w wodach Zatoki żywą czerwień szpilek. Odskoczyła od burty i rozejrzała wokół. Towarzystwo na pokładzie śpiewało coraz głośniej, kelnerzy spoglądali na załogę w oczekiwaniu na dalsze zamówienia, a sternik trwał ponad daszkiem, nie widząc ani pokładu, ani tego wydarzyło się niemal u jego stóp. Po sekundzie także i aparat fotograficzny z cichym pluskiem znalazł się w wodzie.

*

            Podczas kolejnych trzech kwadransów Adriannie kilkakrotnie stawało serce, a nerwy napięły się do ostatnich granic. Miała nadzieję, że do końca rejsu w hałasie i rozgardiaszu nikt nie zauważy zniknięcia Zaczeskiej, ale przede wszystkim obawiała się, czy matka zdąży ze swoją misją.

            Wreszcie jednak okręt przybił do pomostu jaśniejącego białymi barierkami i całe towarzystwo wyległo na molo. Na jego środku pyszniła się okazała restauracja, gotowa na przyjęcie kwiatu polskiej literatury popularnej.

*

            Tymczasem mamunia, drżąc z emocji, przebyła drogę do Sopotu, gdzie wysiadła na stacji kolejki trójmiejskiej i na miękkich nogach wyszła z dworca. Idąc Monte Cassino, zmierzała w stronę morza. Minęła hotel, kościół garnizonowy i ze dwa bankomaty po drodze ? pamiętała, w jakim banku córka ma konto.

            Pamiętała wszystko, co Adzia jej mówiła.

            Przekroczyła ulicę Sobieskiego i dopiero po drugiej jej stronie znalazła odpowiedni bankomat. Sprawnie pobrała gotówkę i ruszyła do Centrum Haffnera. W pobliżu Domu Zdrojowego, tuż przy wejściu na molo, znajdowała się niewysoka latarnia morska, pełniąca jednocześnie rolę punktu widokowego. U jej stóp, zawsze pełna, z kolejkami ciągnącymi się nieraz na kilka metrów, mieściła się toaleta publiczna. Kobieta podeszła do bramek na pomost, a nie ujrzawszy pasiastego żagla Wikinga ani jego smoczego dziobu, wróciła do wężowej kolejki przed WC. Po kilkunastu minutach oczekiwania zamknęła się w jednej z kabin, modląc się, by Adzia dotarła tu jak najprędzej, zanim ktoś zorientuje się, że jedna z klientek zniknęła na dłużej.

*

            Uczestnicy i goście panelu, oraz kilku piratów z załogi Wikinga weszło do klimatyzowanego wnętrza restauracji, a Adrianna na sztywnych nogach ruszyła wzdłuż molo, aż jej broda powiewała. Nie zważając na roześmiane dzieci i ludzi usiłujących zrobić sobie z nią zdjęcie, parła do latarni. W ogonku przed nią nie zauważyła matki, miała więc nadzieję, że ta siedzi już w środku. Przytupując ze zdenerwowania, żółwim tempem przesuwała się bliżej wejścia, aż wreszcie stanęła w drzwiach przybytku. Już po kilku minutach obserwacji zorientowała się, w której kabinie najpewniej siedzi mamunia ? wszystkie inne co chwilę trzaskały drzwiami. Niespokojnie doczekawszy się swojej kolejki, zastukała.

            Mamunia, blada i niespokojna, wyjrzała ostrożnie, a potem szerzej otworzyła drzwi.

            Adrianna zrzuciła z siebie dżinsy i pasiastą koszulkę, zostając w jasnych legginsach, dokładnie opinających jej grube uda i długiej tunice z białego szyfonu. W torbie pozostawionej przez matkę w kabinie, znalazły się także sandały na koturnach, utrzymujące balast jej ciała. Z niewielkiej torebki wyjęła lśniący naszyjnik Jablonexu wraz z pasującymi do niego klipsami i ruszyła przed lustro, by nałożyć makijaż.

            Skoro było już po zachodzie słońca, uznała, że płaszcz może nieść przerzucony przez ramię. Minąwszy więc skwer otoczony czymś w rodzaju pergoli, wędrowały wraz z mamunią, stukając bucikami o deski pomostu, spokojnie, jakby przed kwadransem wyszły z sopockiego dworca.

*

            Restauracja rozbrzmiewała głosami tłumu rojącego się między stolikami, pięknie przybranymi na dzisiejszy wieczór. Lśniły porcelanowe filiżanki, srebrzyły się eleganckie sztućce. Na środku stołów przygotowanych dla uczestniczek panelu pysznił się tort, który kelnerzy właśnie kroili i układali na talerzykach.

            Goście zajmowali miejsca pod oknami, po obu stronach sali, środek powinien pozostać pusty, jednak kręciło się tam jeszcze zarówno kilka autorek, jak i obsługa z Wikinga w przebraniach. Zamiast zająć swoje miejsca, gwiazdy literatury nerwowo szeptały i kursowały między wejściem do restauracji a nakrytym dla nich stołem. Adriannie udało się wywnioskować, że w końcu zauważono nieobecność Zaczeskiej.

            ? Coś się stało? ? udała zaniepokojenie. ? Może jeszcze nie wróciła ze statku? A może gdzieś poszła? ? zatroszczyła się.

            ? Ależ po co? ? zdumiała się gdańska pisarka, wysoka, piękna, emanująca seksem kobieta. ? Przecież wiedziała, że panel odbywa się właśnie tu!

            ? Ach tak ? westchnęła Adrianna i mimochodem sięgnęła po talerzyk z marcepanową książką ułożoną na wierzchu biszkopta. Nie namyślając się długo, uszczknęła kawałek i pochłonęła za smakiem.

            ? Co ty robisz, przecież to Zaczeskiej, nie widzisz?! ? zbulwersowała się inna autorka, niska i tęgawa, w śmiesznych okularkach na perkatym nosie. ? Kelner, proszę o inny kawałek na to miejsce! Z różą! ? I z oburzeniem kręcąc głową, odrzuciła włosy na plecy.

            Rzeczywiście przy każdym nakryciu stały wizytówki autorek. Pozostali goście siadali jak im wygodnie.

            ? Och, przepraszam ? zamrugała Adrianna i oddaliła się w stronę matki, która już zajęła dla niej miejsce. Zanim tam dotarła, skosztowała jeszcze kilka kawałków wyśmienitego tortu mamuni.

            Po chwili jednak odstawiła talerzyk byle gdzie i przestała myśleć o torcie, tak samo jak każdy, kto usłyszał przeraźliwy, niemal zwierzęcy krzyk, dobywający się z zewnątrz.

            Wszyscy wybiegli na pomost i ruszyli w stronę kobiety wrzeszczącej bez opamiętania i wskazującej coś niesionego przez fale, tuż za pomostami mariny, na płyciźnie przy brzegu. Lekki, dopychający wiatr niósł podłużny kształt w stronę plaży.

            Adrianna nie musiała się przyglądać, doskonale domyślała się, czyje nogi obute w krwiste szpilki pływają w wodach Zatoki. Wbrew radości wypełniającej ją od środka, zrobiło się jej słabo i poczuła mdłości. Dała się wyprzedzić wszystkim biegnącym w tę stronę i wlokła noga za nogą jedynie w towarzystwie matki. Pośród okrzyków zdumienia i przerażenia, w topielcu miotanym przybrzeżną falą rozpoznano zaginioną Zaczeską.

            Skąd ona się tu wzięła? złościła się Adrianna, w duszy przeklinając cholerne prądy, które powinny były ciało przywlec tu najwcześniej po trzech dniach. Może zahaczyła o statek, a ten jakimś cudem przyciągnął ją aż tutaj?

            ? Wypadła za burtę podczas rejsu… Może za dużo wypiła? ? wysunęła przypuszczenie i spojrzała niewinnie na matkę,

            ? Może to i lepiej ? szepnęła mamunia. ? Na pewno lepiej, choć… Na wszelki wypadek przygotowałam dla niej wyjątkowy kawałek ciasta ? i równie niewinnie jak przed chwilą córeczka na nią, popatrzyła na Adriannę.

            Córka skierowała na matkę wytrzeszczone lękiem oczy i zastygła w bezruchu. Potem spojrzała na srebrną łyżeczkę z resztkami kremu i marcepanu, którą wciąż ściskała w dłoni. Twarz jej zbielała, na czoło wystąpiły grube krople potu. Próbowała coś rzec, lecz głos uwiązł jej w krtani.

            Adrianna nie była już w stanie nic powiedzieć. Specjalny składnik ciasta mamuni miał właściwości sprawiające, że gardło puchło i zaciskało się, nie pozwalając oddychać.

            Zanim trucizna zadziałała do końca, kobieta przez kilka chwil skręcała się jeszcze w paroksyzmach bólu na deskach sopockiego molo.