Strona główna Inne Dwa śledztwa – recenzja „Areny szczurów” Marka Krajewskiego

Dwa śledztwa – recenzja „Areny szczurów” Marka Krajewskiego

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

Z wielką niecierpliwością czekałam na „darłowski” kryminał Marka Krajewskiego i muszę przyznać, że się opłaciło! W tej książce, będącej pochwałą logiki i analitycznego myślenia, wiele mnie zaskoczyło, tak, jeśli chodzi o schemat fabularny, jak i rozwój intrygi.

„Arena szczurów” zamyka trylogię poświęconą trzem niewyjaśnionym zagadkom, na które natknął się w ciągu swego życia Edward Popielski, i do wyjaśnienia których zobowiązał swego syna, Wacława Remusa. Każda z nich podporządkowana jest pewnemu systemowi, wokół którego zbudowana jest fabuła: „W otchłani mroku” opowiadało o szaleństwach filozofii, „Władca liczb” o obłędzie matematyki, zaś „Arena szczurów” – o piekle logiki. Przyznam, że ze względu na tę główną oś, powieść o logice interesowała mnie najbardziej.

Tym razem Edward Popielski, przedwojenny lwowski policjant, który po zakończeniu okupacji przeniósł się do Wrocławia, musi uciekać i ukrywa się w nadmorskim Darłowie. Jest rok 1948, Popielskiemu udaje się otrzymać posadę nauczycielską w miejscowej szkole średniej. Przed tym „wiecznym tułaczem” rysuje się pewna nadzieja na spokojnie życie na uboczu i w cieniu głównych wydarzeń. Niestety – Popielskiego dogania przeznaczenie. W Darłowie dochodzi do tragicznych wypadków – giną kobiety, gwałcone i mordowane przez mężczyznę, który znajduje przyjemność w kąsaniu swych ofiar. Miejscowy lekarz odnajduje inne niepokojące ślady, swoje spostrzeżenia mają także uczniowie liceum, zajmujący się nielegalnym połowem ryb. Tropy prowadzą do miejsca, które dla Popielskiego stanie się prawdziwymi wrotami do piekła – tak w symbolicznym, jak i dosłownym znaczeniu.

 

 

 

Jak w poprzednich dwóch tomach cyklu, zderzają się nam dwie perspektywy czasowe – lata współczesne, gdy Wacław Remus, kierując się niejasnymi notatkami ojca, próbuje rozwikłać zagadkę i rok 1948, gdy Popielski prowadzi swoje śledztwo. Jak zwykle u Marka Krajewskiego intryga plącze się i gmatwa, biegnąc w niezwykle szybkim tempie. Obrazy się zmieniają i stają się coraz bardziej przerażające, mrok ogarnia Popielskiego, ale i czytelnika. Krajewski dużo powiedział nam w tej książce o istocie zła. Skąd się bierze i z czego wynika. A także o tym, dlaczego tak łatwo się na to zło godzimy. Każdy z nas jest po trosze Bestią, ale każdy też czegoś się boi. Te najskrytsze lęki także zostały tu ujawnione i poddane analizie.

 

Jest to książka o logicznej analizie, o dochodzeniu do rozwiązania. Ale też o rozgrzeszeniu, bo prawdziwym celem Remusa nie jest rozwiązanie zagadki, a osądzenie sprawy. Ma się wcielić w sędziego, nie w detektywa, i jak Temida przechylić szalę. Tu nie ma wyroku w zawieszeniu, kogoś należy skazać na potępienie, a komuś wybaczyć.

Marek Krajewski znakomicie pokazał powojenne oblicze Polski, ten czas chaosu i budowania nowego ładu, który tak naprawdę nie chciał się zbudować. Rozgardiasz powojennych lat, bezprawie i rządy rozmaitych „komisarzy” sprzyjały ujawnianiu się najgorszych instynktów. Były to straszne czasy. Autor posługując się kostiumem powieści popularnej pokazał nam co nieco z grozy tamtych lat.

Była to ostatnia zagadka Popielskiego. Ponoć bohaterem kolejnej powieści będzie Eberhard Mock. Zakończę tak, jak zaczęłam – trudno się będzie doczekać!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa ZNAK

Premiera książki miała miejsce dzisiaj, czyli 23 września 2015 r.

Fragment tekstu powieści na stronie wydawnictwa ZNAK, proszę kliknąć TUTAJ