Strona główna Nasze patronaty A. Miklis, Wściekła skóra. Fragment

A. Miklis, Wściekła skóra. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

 

Już pojutrze książka ukaże się w księgarniach. Koniecznie przeczytajcie.

Mamy dla Was fragment tekstu.

 

Erika van Doorn długo jeszcze nie mogła się uspokoić za kierownicą swojego volkswagena. Była już i tak spóźniona na spotkanie z Gilbertem w Apeldoornie, a mimo to zamiast ruszyć

z parkingu siedziała jak zaczarowana, oddychając ciężko i patrząc w mrok. Co to takiego było, do cholery? Jej żyły nabrzmiały i pulsowały jak szalone ? po raz pierwszy od dawna czuła intensywny zapach własnych perfum, o których myślała już, że zwietrzały i że trzeba będzie sobie sprawić nowe.

Widok tamtej kobiety ścisnął ją za serce i nie puszczał. Czuła się jakby ujrzała ducha: te same rysy, włosy, wzrost? A może? Nie, chyba oszalała. Sama już nie wiedziała, co o tym myśleć, ale to zdarzenie tak bardzo wytrąciło ją z równowagi, że niemal straciła ochotę na randkę z młodszym o dwadzieścia dwa lata kolegą z pracy.

Ta myśl przywołała ją do porządku ? Gilbert był mężczyzną, dla którego warto było się wziąć w karby, a ich spotkania oddzielały zbyt długie okresy postu, aby teraz miała jedno z nich odwołać z powodu jakichś przywidzeń. O ile na początku, gdy ich romans nabierał tempa i kolorów byli niemal nierozłączni ? co ułatwiała im wspólna praca w gminie ? o tyle ostatnio widywali się rzadziej, ze względu na trzecią, skomplikowaną ciążę jego żony. Już podczas poprzedniego porodu były jakieś powikłania, mimo to dziewczyna zdecydowała się na kolejne dziecko, ?jak oszalała królica? ? pomyślała niechętnie Erika.

 

 

Słowo ?poród? wciąż oznaczało dla niej trudną do wyobrażenia gehennę, choć od urodzenia Edwina minęło już trzydzieści lat. Niechętnie o tych sprawach słuchała, niechętnie mówiła. Na szczęście Gilbert nigdy nie próbował traktować jej jak powiernicy ? on również chciał choć na chwilę zapomnieć o kłopotach, które zostawił w domu i zrelaksować się w objęciach kochanki.

Od kiedy Gilbert pojawił się w ich domu w tamtą styczniową, mroźną noc, życie Eriki zmieniło się nie do poznania. Właściwie nie tyle ?zmieniło?, co ?zaczęło?. Bo przedtem tak naprawdę nie żyła. Tymczasem w wieku sześćdziesięciu lat mogła wreszcie posmakować tego, co czują młode kobiety, dokonując niezależnych wyborów. Gdy przed pięcioma laty urząd gminy zatrudnił ją na etacie tłumaczki, otworzyły się przed nią możliwości, które sprawiały, że młodniała w oczach.

Dawała sobie jeszcze dziesięć lat. Na tyle wyceniła swoje siły. Nie było w tej kalkulacji żalu, pretensji ani strachu, lecz trzeźwa ocena sytuacji. Miała wrażenie, że budzi się z długiej śpiączki, w którą popadła dawno temu, jako trzydziestoparolatka. Obecnie jej życie przypominało wyciśniętą w trzech czwartych pomarańczę, ale wciąż jeszcze miało w sobie sporo soku, który ona zamierzała wyssać do ostatniej kropli. Gilbert był najsłodszą z tych kropel. Przy nim zapominała o wszystkim, nawet o Edwinie.

Myśl o Edwinie sprawiła, że wygenerowane przed chwilą uczucie szczęścia gwałtownie wyparowało. Wciąż jeszcze czuła skisły zaduch pokoju, w którym leżała bez ruchu przez trzy dni i pamiętała kiczowate kasetony na suficie, w które wpatrywała się z braku lepszych zajęć.

A potem przyszły pierwsze skurcze ? i już wiedziała, że nic nie zrekompensuje jej tego bólu, który rozrywał jej ciało na strzępy ? nawet widok najpiękniejszego dziecka. A już na pewno nie widok dziecka, które wyszło z jej łona.

Pamiętała też wyraz twarzy położnej, gdy zobaczyła chłopca. Przerażenie walczyło w nim z odrazą; chęć ucieczki z poczuciem obowiązku. Ta doświadczona akuszerka, która niejedno w życiu widziała, niemal wypuściła noworodka z rąk.

Później były zastępy lekarzy, jeżdżenie po szpitalach i nieustające cierpienie na widok paniki, jaką wzbudzał wśród ludzi jej syn. Gdy Edwin miał kilka latek, nadal nie było wiadomo, co mu właściwie dolega. Pozornie nic ? biegał, mówił, bawił się (przeważnie samotnie, bo inne dzieci na jego widok uciekały) i chociaż nie wyglądał na kogoś, kto w przyszłości otrzyma Nobla, to wszystkie jego testy na inteligencję oscylowały w granicach normy. W końcu uznano, że dziecko zostało dotknięte piętnem brzydoty tak wielkiej, iż powoduje ona w otoczeniu gwałtowne reakcje, które z kolei nie pozostają bez wpływu na psychikę i zachowania chłopca.

      Już jako kilkulatek uwielbiał przechadzać się po ośrodku i tępym spojrzeniem wodzić po wczasowiczkach. Budziło to w nich niechęć i odrazę, ale prawdziwe problemy zaczęły się, gdy z chłopca wyrósł osiłek. Zakładał na bose stopy drewniane saboty i stukał nimi głośno o asfalt, ostrzegając kąpiące się w basenie dziewczyny. Z piskiem wyskakiwały z wody, wrzeszcząc ile sił w płucach: Zboczeniec idzieee!!! Czasami wsiadał na rower i pedałując ciężko objeżdżał wszystkie alejki. Najczęściej można go było jednak zobaczyć spacerującego ze swoim ojcem.

       Z czasem stawało się jasne, że chłopak nigdy nie zdoła się usamodzielnić, dlatego gdy w gminie zapadła decyzja o likwidacji ośrodka, spadło na nich wielkie zmartwienie. Nie dość, że oni sami zostaliby wtedy bez pracy, to jeszcze musieliby dźwigać brzemię w postaci mężczyzny zachowującego się jak dziecko i wyglądającego jak potwór. W Noord Riesen było jak było ? nie zarabiali kokosów, musieli ciężko pracować, a i topniejąca z roku na rok klientela parku działała dziwnie przygnębiająco na psychikę małżonków, lecz rozwiązany był przynajmniej największy ich problem ? Edwin.