Strona główna Aktualności Stefan Ahnhem, Dziewiąty grób. Fragment.

Stefan Ahnhem, Dziewiąty grób. Fragment.

0
PODZIEL SIĘ

Prolog

14 czerwca 1998 – 8 listopada 1999

Było tak ciemno, że ledwo cokolwiek dostrzegał. Na dodatek ciężarówka, którą wieziono go razem z innymi jeńcami, kołysała się mocno, przedzierając się przez trudno dostępny teren. Dlatego stawiane przez niego z mozołem litery były prawie nieczytelne. Nie mógł nic na to poradzić. Miał ostatnią szansę, by wszystko spisać, zanim rosnąca pod jego ciałem kałuża krwi stanie się jeszcze większa. Pisał o zakochaniu, przez które rzucił wszystko, co znał, i podążył w nieznane. O tym, jak został postrzelony i wzięty do niewoli przez własnych ludzi, i obecnie jest w drodze na pewną śmierć.

Stefan Ahnhem, Dziewiąty grób. Fragment.

Miał przy sobie długopis, od kiedy opuścił izraelski obóz wojskowy przy blokadzie drogi w punkcie kontrolnym Hawara i udał się na niekontrolowane tereny Zachodniego Brzegu. Zdobył papier, wyrywając parę pustych kartek z pamiętnika znalezionego w plecaku Tamira. Była tam nawet zużyta koperta, którą udało mu się wywrócić na drugą stronę. Kiedy skończył, złożył list zakrwawionymi palcami, wsunął go do koperty i zalepił najmocniej, jak zdołał.

Nie miał ani znaczka, ani adresu odbiorcy. Znał tylko imię i nazwisko. Mimo to nie zawahał się ani na chwilę, wcisnął list w ciasną szparę w tylnych drzwiach ciężarówki i puścił go. „Jeśli Bóg zechce, pozwoli mu dotrzeć” – pomyślał, poddając się wreszcie zmęczeniu.

Koperta nie zdążyła nawet opaść na ziemię. Silny podmuch wiatru poderwał ją i uniósł wysoko, ku bezgwiezdnemu niebu nad górami Ebal i Garizim, przez które właśnie przetaczała się kolejna nawałnica. Odstępy czasu między przeszywającymi ciemność błyskawicami a pomrukami grzmotów stawały się coraz krótsze. Deszcz wisiał w powietrzu i zdawało się, że lada moment ulewa zamieni wyschniętą glebę w błotnistą maź i ciśnie kopertę na ziemię.

Jednak deszcz nie nadszedł, a poplamiona krwią koperta z odręcznie napisanym listem kontynuowała swój lot coraz wyżej i wyżej, przebyła góry, a potem wiatr poniósł ją dalej, za granicę z Jordanią.

Saladyn Hazajma leżał na macie i wpatrywał się w niebo. Światło poranka podjęło właśnie pierwszą próbę przebicia się przez gęsty mrok. Silny wiatr, wiejący nocą, ucichł wreszcie i zdawało się, że wstanie piękny dzień.

Zupełnie jakby słońce postanowiło wysprzątać niebo do czysta z okazji jego siedemdziesiątych urodzin. Ale w tej chwili to nie pogoda zajmowała myśli Saladyna. Wprawdzie siedemdziesiąte urodziny były przyczyną dziesięciodniowej wędrówki, ale teraz skupił się na czymś całkiem innym.

W pierwszej chwili pomyślał, że to samolot lecący tysiące kilometrów nad ziemią. Potem doszedł do wniosku, że to ptak z uszkodzonym skrzydłem. Teraz nie wiedział już wcale, co to za przedmiot dryfuje w powietrzu, obniża się z wolna i połyskując raz po raz na biało, w końcu spada jakieś pięćdziesiąt metrów od niego.

Saladyn Hazajma wstał, stwierdzając ze zdziwieniem, że dokuczający mu każdego ranka ból pleców zniknął jak ręką odjął. Pośpiesznie zwinął matę i włożył ją do plecaka. Czuł, że zaraz coś się wydarzy. Coś o wielkim znaczeniu. Przepełniała go energia.

Nie mogło to być nic innego niż znak z niebios. Objawienie od Boga, w którego wierzył, odkąd sięgał pamięcią, i który teraz mówi mu, że wędrowiec jest na dobrej drodze. Bóg, którego śladami podążał z okazji swoich siedemdziesiątych urodzin z Jerozolimy do Jeziora Galilejskiego.

Wczoraj odwiedził świętą jaskinię w pobliżu miasteczka Andżara. Chciał spędzić tam noc, jak Jezus z Maryją i apostołami, ale nakryli go strażnicy i był zmuszony spać pod gołym niebem. „Wszystko ma swoją przyczynę” – pomyślał i pośpieszył lekkim krokiem przez nierówny teren w stronę drzewa oliwnego, w którego gałęziach utkwił znak od Boga.

Gdy dotarł na miejsce, stwierdził, że to koperta.

„Koperta?” – zdziwił się w myślach.

Nieważne, jak długo by się zastanawiał, nie potrafi łby znaleźć logicznego wyjaśnienia tego zjawiska. Uznał w końcu, że „niebo” wystarczy mu za odpowiedź. Być może miał rację, bo w głębi siebie usłyszał głos powtarzający mu w kółko jak mantrę, by zajął się tym listem tak, jak życzył sobie jego nadawca. Że to właśnie znalezienie tego listu, nic innego, było prawdziwym celem jego wędrówki.

Po paru próbach wreszcie udało mu się wycelować kamieniem w kopertę i strącić ją na ziemię. Była brudna i poprzecierana, jakby wbrew wszelkim przeciwnościom przetrwała koniec świata. W dodatku była cięższa, niż się spodziewał.

W jednej chwili pozbył się wszystkich wątpliwości.

Został wybrany przez Boga.

To nie była zwyczajna koperta.

Obejrzał ją dokładnie z obu stron, szukając jakichś wskazówek, lecz znalazł tylko imię i nazwisko skreślone drobnym, rozstrzelonym pismem.

Aisza Szahin

Saladyn Hazajma przysiadł na kamieniu i z trudem odczytał te dwa słowa na głos. Nie brzmiały znajomo. Po krótkim namyśle wyjął z kieszeni nóż i ostrożnie rozerwał kopertę. Nieświadomy nawet, że wstrzymuje oddech, rozłożył zgięte wpół kartki i spojrzał na odręczne pismo składające się na długie rzędy słów.

List napisano po hebrajsku, tyle mógł orzec z całkowitą pewnością. Niczego więcej się nie dowiedział, bo ledwie czytał nawet po arabsku.

Cóż takiego Bóg próbował mu powiedzieć? Może chciał ukarać go za to, że nigdy nie nauczył się porządnie czytać? A może ten list wcale nie był przeznaczony dla niego? Czyżby miał jedynie odegrać rolę pośrednika, przekazać list kolejnej osobie? Przez chwilę na próżno walczył z ogarniającym go rozczarowaniem, wreszcie złożył kartki, wsunął je z powrotem do koperty i podjął wędrówkę do Adżlun. Tam niechętnie wrzucił list do skrzynki pocztowej.

Wielu ludzi zdecydowałoby bez wątpienia, że Chalid Szawabka postąpił niegodnie i niemoralnie. Ale on nie czuł, że robi coś złego, sięgając po list pozbawiony znaczka, nadawcy i adresu odbiorcy. Chalid był zdania, że listy nieodpowiednio oznakowane przez nadawców stawały się jego własnością. Wyznawał tę zasadę bez wyjątków od czterdziestu trzech lat, odkąd rozpoczął pracę w sortowni poczty.

Miał w domu kilka skrzynek, a w nich zagubione listy, uporządkowane według lat, i nic nie sprawiało mu takiej przyjemności, jak wyjmowanie któregoś na chybił trafi ł i poznawanie czyichś myśli przeznaczonych dla jeszcze kogoś innego. Jednak ta przesyłka była wyjątkowa.

Już jej stan świadczył o tym, że dotychczasowa podróż listu była niebezpieczną przygodą. W dodatku ktoś już otworzył kopertę, ale zostawił w środku list.

Do niego. Do nikogo innego.

Chalid Szawabka wszedł do domu i zamknął drzwi od środka na klucz dokładnie dziewięćdziesiąt osiem minut wcześniej niż zwykle. Aby zyskać trochę czasu, pominął przerwę na herbatę, choć tego dnia przyniósł z domu ciasteczka, a potem pokonał truchtem całą drogę z przystanku. Dostał solidnej zadyszki i czuł, że pot próbuje wydostać się przez zdecydowanie za ciasną poliestrową koszulę.

Obiad mógł zaczekać. Chalid nalał do kieliszka wino chowane za książkami na półce, usiadł w fotelu, włączył starą lampę stojącą, wyjął z kieszeni kopertę i z bijącym sercem wyciągnął z kieszeni list.

– Nareszcie – szepnął pod nosem i sięgnął po kieliszek, szczęśliwie nieświadomy, że skrzep, który przez wiele lat tworzył się w lewej nodze, właśnie się poluzował i  rozpoczął powolną wędrówkę do płuc.

Minął już rok, od kiedy stryj zmarł na zator płucny, ale Maria nie postawiła dotychczas stopy w jego domu. Jej dwaj bracia robili, co mogli, by podważyć testament i zmusić ją do zrzeczenia się spadku. Nawet ojciec próbował ją przekonać, że Chalid przez wiele lat żył samotnie i na starość postradał rozum, w dodatku kobiety nigdy przecież nie były i nie są stworzone do tego, by mieć coś na własność i zarządzać nieruchomościami.

Maria jednak nie dała za wygraną i teraz mogła wreszcie włożyć klucz do zamka i otworzyć drzwi. Walkę o swoje przypłaciła utratą kontaktów z braćmi i rodzicami, ale nie potrafiła nic na to poradzić.

Zamierzała wysprzątać dom i szybko go sprzedać, a po otrzymaniu pieniędzy rzucić posadę szwaczki, przenieść się do Ammanu i zacząć pracę w organizacji Jordanian National Commission for Women, walczącej o prawa kobiet w jej kraju.

To nie miało prawa się udać. Nic nie wskazywało na to, by list miał choćby cień szansy na dotarcie do adresata. Przeszkód było tak wiele, że prawdopodobieństwo dostarczenia go właściwej osobie równało się zeru.

Ale to się stało.

Rok, cztery miesiące i szesnaście dni po tym, jak nadawca przepchnął list przez szparę w drzwiach ciężarówki, i po tym, jak kopertę przechwycił wiatr, trafi ł on do rąk Marii Szawabka, która po chwili zdołała skojarzyć go ze zniszczoną kopertą, na której widniało tylko imię i nazwisko jakiejś kobiety.

Maria przeczytała opisaną w nim wstrząsającą historię i trzy bezsenne noce później, po znalezieniu paru informacji w internecie, nakleiła znaczek, uzupełniła brakujący adres i wrzuciła list do najbliższej skrzynki pocztowej. Nie zdawała sobie sprawy z konsekwencji.

Aisza Szahin

Selmedalsvägen 40, 7 p.

129 37 Hägersten

Szwecja

 

Przekład Ewy Wojciechowskiej