Recenzja Agnieszki Krawczyk
Katarzyna Bonda napisała na okładce „Wampira z Zagłębia”: „Bez tej książki nic nie wiecie o sprawie Marchwickiego” – i jest to prawda.
Przemysław Semczuk wykonał ogromną pracę reporterską i historyczną, w ciągu roku przeczytał 140 tomów akt dotyczących sprawy „Wampira z Zagłębia”, by spróbować odpowiedzieć na pytanie, nurtujące historyków i społeczeństwo od przeszło czterdziestu lat – czy to Zdzisław Marchwicki był seryjnym mordercą kobiet, który terroryzował Śląsk i Zagłębie w latach 60. ubiegłego stulecia, czy też padł ofiarą systemu i sądowej pomyłki?
Semczuk sięgnął przede wszystkim do dokumentów: wertował akta, przesłuchał taśmy nagrane podczas procesu „Wampira”, odbywającego się w sali widowiskowej zakładów cynkowych, próbował dotrzeć do świadków wydarzeń. Jaki obraz wyłania się z tego dziennikarskiego śledztwa?
Niepodważalne fakty są takie: na Śląsku i w Zagłębiu grasował okrutny morderca kobiet, zabijający swoje ofiary ciosem tępym narzędziem, być może prętem lub trzonkiem bicza. Pierwszą ofiarą była Anna Mycek, zabita w 1964 roku. Do roku 1970 ujawniono 21 morderstw przypisywanych temu samemu sprawcy. Zapanowała panika – kobiety bały się wracać do domu same, odprowadzali je mężowie lub krewni, zakłady pracy organizowały specjalny transport dla swoich pracownic. Atmosferę terroru potęgowały plotki o anonimach, które otrzymała milicja – morderca deklarował w nich, że zabije tysiąc kobiet na tysiąclecie państwa polskiego.

W 1965 roku, w Komendzie Wojewódzkiej Milicji w Katowicach, powołano specjalną grupę operacyjną pod kryptonimem „Anna” (od imienia pierwszej ofiary), której zadaniem było prowadzenie sprawy „Wampira”, na jej czele stanął kapitan Jerzy Gruba (w ciągu swej kariery w MO dosłużył się stopnia generała brygady). Dochodzenie nabrało tempa, gdy w 1966 roku ofiarą „Wampira” padła Jolanta Gierek, bratanica Pierwszego Sekretarza PZPR, Edwarda Gierka. Śledztwo trwało pięć lat, zaangażowano w nie ponad 20 tysięcy funkcjonariuszy MO. Milicjantki w przebraniu krążyły po miejscach, gdzie mógł uderzyć „Wampir”, próbowano sprowokować go do działania. Przesłuchano tysiące osób, na bieżąco kontrolowano korespondencję, zasięgnięto opinii specjalisty z FBI, jednego z „ojców profilowania kryminalnego” Jamesa A. Brussela. W kręgu podejrzanych znalazło się 23 tysiące osób, każdej założono kartotekę i sprawdzano. Sporządzono listę 485 cech fizycznych i psychicznych charakteryzujących sprawcę, a na ich podstawie komputer wytypował 180 osób. Wśród nich najwięcej wymaganych cech, aż 75, miał Zdzisław Marchwicki.
Czy tak było naprawdę? Semczuk bierze wszystkie te znane fakty pod lupę i dochodzi do zaskakujących wniosków. Pokazuje błędy i niedociągnięcia śledztwa. W momencie gdy zabito Gierkównę, sprawa „Wampira” znalazła się pod specjalnym nadzorem władz. Milicja musiała się wykazać i szybko znaleźć sprawcę. Czy Marchwicki był tym właściwym? Semczuk poddaje wiwisekcji jego życie prywatne – smutne i pozbawione miłości. Czy jednak miał aż tak skrzywiony charakter, by zabijać? Czterdzieści lat po egzekucji Marchwickiego chcemy znać odpowiedź na to pytanie, ale czy można jej jednoznacznie udzielić?
Książka Semczuka to także pasjonująca opowieść o manipulacji. Gazety rozpisywały się o sprawie „Wampira”, było to prestiżowe śledztwo i pokazowy proces. W oparciu o wątki sprawy powstała powieść Barbary Gordon „Nieuchwytny” oraz film Janusza Kidawy „Anna i wampir”, prezentujący kulisy śledztwa. W gazetach ukazywały się cykle reportaży. Proces cieszył się takim zainteresowaniem, że wprowadzono wejściówki. Nie wszystkim dziennikarzom pozwolono jednak pisać i publikować na ten temat. Niektórzy byli obecni na sali, śledzili ustalenia prokuratury i sądu, ale żaden ich artykuł nie ukazał się później w druku. Władza nadawała bowiem określony ton wszystkim relacjom sądowym. Proces „Wampira” był manifestacją potęgi państwa i nieograniczonych możliwości milicji.
Zdzisław Marchwicki został skazany na karę śmierci, podobnie jak jego brat Jan, sądzony za współudział. Inni członkowie rodziny: brat Henryk i siostra Halina otrzymali wyroki więzienia za paserstwo i wyłudzanie zwolnień lekarskich – władza ludowa chciała pokazać rodzinę jako zdemoralizowanych degeneratów i wielokrotnych przestępców.
Czytając książkę Semczuka, miałam pewną refleksję. „Wampir z Zagłębia” doczekał się wielu naśladowców, pojawili się inni seryjni mordercy. Jeszcze w czasie śledztwa schwytano „Władcę Much”, czyli Bogdana Arnolda, zabójcę czterech prostytutek. W tym samym czasie w Krakowie mordował Karol Kot. Niezwykłe, że w latach 60. jednocześnie pojawiło się kilku seryjnych sprawców. Czym było to spowodowane? Łatwością w dokonywaniu zbrodni? Desperacją czy wynaturzeniem? Trudno odpowiedzieć na to pytanie.
Na koniec pozostaje zagadka Piotra Olszowego, którego współcześni badacze typują na prawdziwego „Wampira”. Olszowy jednak popełnił samobójstwo, co wykluczyło go ze śledztwa. Czy słusznie? Temat ten również zostaje podjęty w „Wampirze z Zagłębia”.
Polecam książkę Semczuka, która porządkuje naszą wiedzę na temat „Wampira” i pokazuje ciekawą panoramę tamtych czasów oraz ówczesnego życia społecznego. Jestem pełna podziwu dla solidności i obiektywizmu autora, który odżegnuje się od własnych ocen i interpretacji przedstawionych faktów. Stara się je naświetlić z wielu stron, by czytelnik mógł sam dokonać analizy. Dodatkową wartością książki są obszerne cytaty z protokołów przesłuchań i zapisów magnetycznych z procesu. Mamy wrażenie, że razem z autorem badamy tę sprawę, a nawet – że uczestniczymy w tamtym śledztwie i procesie sprzed lat. To wszystko składa się na niezwykłą i brawurową relację – wielowymiarową i bardzo uczciwą.
Czytałam „Wampira z Zagłębia” jak najlepszy kryminał, choć przecież pokazuje prawdę. Wciąż niewygodną i pełną zagadek.
Za książkę dziękuję wydawnictwu ZNAK





