Strona główna Inne Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski, „Tabloid. Śmierć w tytule”. Fragment

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski, „Tabloid. Śmierć w tytule”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

 

Bez względu na to, jak bardzo dziwna wyda się Czytelnikom część opisanych tutaj zajść, przedstawione wydarzenia są faktami. Przytaczane rozmowy zostały nam zrelacjonowane przez tych, którzy je słyszeli. Cytaty pochodzą z ust bohaterów i bohaterek, listów, pamiętników, prasy, akt śledztwa i stenogramów trzech kolejnych procesów.

 

 

 

Tylko jeden z nich ma na głowie kominiarkę. Dwaj pozostali zasłaniają usta chustkami. A może to wysoko podciągnięte golfy? Wyperfumowany mężczyzna w skórzanej kurtce nie widzi dokładnie. 3 listopada po godzinie osiemnastej jest już noc, a on stoi w ciemnym kącie podjazdu tyłem do otwartego, podwójnego garażu. Za plecami we wnętrzu – szary volkswagen. Przed nim srebrna mazda, której nie zdążył jeszcze ubrudzić po ostatniej wizycie w myjni. Przed chwilą z niej wysiadł.

Najniższy z trójki napastników, ten w kominiarce, stanął pomiędzy autem a ścieżką, która prowadzi do drzwi wejściowych rozłożystej willi z gotycką wieżą. Głupio tak dać się zaskoczyć pięć metrów od własnego domu, w którym czeka na niego „Kleopatra”. Ale jeszcze nie przychodzi mu do głowy, że wszystko stracone.

Chcą kasy? OK, można pogadać.

Oni jednak nie będą rozmawiać.

Dwaj więksi zachodzą go z prawej. Grubszy z tej dwójki wali kijem bejsbolowym prosto w skroń. Mężczyzna w skórze, choć oszołomiony, wyciąga lewą rękę, by zasłonić twarz przed następnym ciosem. Z prawej dłoni wypadają mu klucze od auta, z kieszeni kurtki – ciemne okulary. Drugie uderzenie. Znowu w czaszkę. Krew zalewa mu oczy, lecz nie upada. I nie cofa się w głąb garażu. Jeśli go tam zapędzą – nie ma szans.

Pięć metrów i będzie w swoim domu. Dwadzieścia metrów i dotrze do drzwi brata. Silny chłop. Pomoże. Wystarczy krzyknąć. Ale on nie jest w stanie krzyczeć. Nie może nawet nabrać tchu.

Półprzytomny próbuje uchylić się od kolejnego uderzenia. Trzeci cios tylko muska mu ucho i trafia od góry w prawe ramię. Kolejne uderzenie – poprawka – spada na czoło i nos.

Gwałtowny skok ciśnienia, wyrzut adrenaliny. Pękła czaszka, ale on wciąż jest przytomny. Robi jeszcze pół kroku w stronę drzwi. Kopniak w brzuch przełamuje go w pół. Nie czuje nóg, nie czuje rąk, nie czuje już nawet bólu. Nie widzi niczego prócz rozszerzającej się i kurczącej ciemności. W uszach przeciągły i nierówny dźwięk jak pulsująca syrena. W nozdrzach i w ustach krew. Góra i dół powoli, lecz nieuchronnie zamieniają się ze sobą miejscami. Wie już tylko jedno: jeśli straci równowagę i upadnie, zatłuką go na śmierć. Ale długo już nie ustoi. Nie zdoła dopaść drzwi. Ani nacisnąć dzwonka.

Usiłuje jeszcze wyprostować się i nabrać powietrza, by krzyknąć. Tyle, że to, co wciąga w głąb gardła, to nie powietrze, lecz krew. Czas stoi w miejscu, nie ma dołu ani góry, a mózg – jak wirujący bąk – wyrzuca pod powieki kolejne obrazy.

Następne – najgorsze – uderzenie w głowę, potwornie silne i zadane od tyłu, prawie odrywa jego czaszkę od kręgosłupa. Krew wpływa między zwoje mózgowe, kolana zginają się same. Odruchowo sięga przed siebie. Chwyta coś, ciągnie. W zaciśniętej dłoni ma teraz kominiarkę niskiego bandziora. Być może jest jeszcze w stanie spojrzeć mu w oczy. Być może go poznaje. Morderca ma tego świadomość. Dlatego wyciąga pistolet z nakręconym na lufę tłumikiem.

**

 

– Tata nie żyje. – W słuchawce matka głośno płacze, a Aneta Mrugała nie wie, jak zareagować. Dlaczego teraz? Dlaczego w tym miejscu?

Warszawski autobus linii 415 w godzinach szczytu to nie jest dobre miejsce na podobne informacje. Chciałaby usiąść, ale musi stać. Pasażerowie wiszą na rurach jak stłoczone tusze na hakach w chłodni.

„Czterystapiętnastka” jedzie ze stacji Metro Politechnika do wynajętego mieszkania przy ulicy Egipskiej. Mrugałówna jest wykończona. Miała zajęcia od ósmej rano. Ostatni wykład – prawo konsularne.

Nie lubi, kiedy ludzie gadają przez komórki w autobusach. Nie chce wysłuchiwać litanii zakupów, tłumaczeń, pretensji. Sama też prawie nigdy nie odbiera telefonu ani w pociągu, ani w komunikacji miejskiej. Chyba, że coś ważnego. Chyba że to matka, która jest ostatnio w takim stanie, że trzeba ją wspierać. Nawet jeśli samemu ma się niewiele sił.

– Dobrze się stało – mówi córka całkiem spokojnym głosem. Chciała to powiedzieć i czuje ulgę. Niech mama wreszcie zrozumie. – W końcu będziemy miały spokój.

Pauza w słuchawce. A potem eksplozja:

– Przecież to był twój ojciec! Zakatowali go. Ty wiesz, jak on cierpiał?!

– Wystarczy, że wiem, jak ja cierpiałam przez niego. – Aneta stara się nie podnosić głosu. Nie chce zwracać na siebie uwagi. Na szczęście obojętność wobec współpasażerów to warszawska norma. Choć dziewczyna na przemian blednie i czerwienieje, nikt na nią nie patrzy.

Matka zrywa połączenie bez pożegnania.

 

 

 

**

 

Tekst By zdobyć dom, kazała zamordować swojego męża ukazuje się na łamach „Super Expressu” 23 marca 2006 roku.

„Zagadka głośnego zabójstwa Krzysztofa M. właściciela kantoru w Busku-Zdroju została rozwiązana – pisze Mirosław Koźmin. – Policja ustaliła, że nie był to mord rabunkowy, ale zabójstwo na zlecenie! Kilerów wynajęła była żona ofiary. Poszło o majątek. (…) Krzysztof M. zaczął dorabiać się w latach 80-tych. Wtedy poznał swą przyszłą żonę Dorotę. Z początkiem lat 90-tych otworzył pierwszy kantor, potem drugi (…) Krzyśkowi i jego żonie powodziło się bardzo dobrze. Ale małżeństwo przestało się dogadywać. Byli razem, ale wyglądało, że niewiele ich łączy. W 2002 roku do sądu trafia pozew o rozwód. Krzysztof M. wyjeżdża na wypoczynek. Wtedy z jego konta znika 50 tys. dolarów i 400 tys. złotych. Krzysztof M. wini żonę. Dlatego po rozwodzie ani myśli dzielić się pozostałym majątkiem. W pięknej willi mieszka z przyjaciółką Barbarą. I wtedy ginie.

Kilka dni później była żona wyrzuca Barbarę z domu i sama się tam wprowadza.

– Wygląda na to, że pieniądze zapędziły do grobu Krzysztofa M. – mówi podinspektor Elżbieta Różańska-Komorowicz, rzecznik świętokrzyskiej policji.

Prowadzącej [własny] kantor Dorocie M. (45 lat) prokuratura zarzuca zlecenie obrabowania i zabicia Krzysztofa M. Policja ma mocne dowody. – Sąd bez wahania aresztował byłą żonę kantorowca – podkreśliła Różańska-Komorowicz. – Za podżeganie do zabójstwa grozi dożywocie”.

 

**

 

Gdy Aneta i jej siostra wracają na szpitalny korytarz, stojący tam więzienni konwojenci i policjanci z własnej inicjatywy zapewniają je, że karetka przyjechała po ich matkę tak szybko, jak to było możliwe. Opowiadają też, co zaszło w areszcie przed południem.

Kilka godzin wcześniej Dorota źle się poczuła. Zaprowadzono ją do pokoju pielęgniarek i tam – podczas mierzenia ciśnienia – zemdlała. Pielęgniarki podobno nie zorientowały się od razu, że osadzona traci przytomność. Myślały: „spuściła głowę i płacze”. W tym pokoju zdarzało się to aresztantkom nie raz. Dopiero, kiedy Mrugałowa spadła z krzesła, kobiety zaczęły reanimację. Jedna z miejsca zadzwoniła po pogotowie.

– Ci strażnicy starali się być ludzcy – powie po latach córka. – Tłumaczyli nam, że cały czas muszą stać przy łóżku, bo jest weekend i dopiero w poniedziałek prokurator może znieść nadzór. Wyglądało, jakby nam współczuli. Dowiedziałam się od nich, że w areszcie był co prawda lekarz, ale przyjmował tylko we wtorki. Mama dwa razy składała do niego prośby o przepisanie konkretnych leków i nie dostała zgody.

Dorota umiera w sobotę, 30 września, po południu.

 

**

 

– Po rozpoznaniu sprawy sąd orzeka, co następuje: oskarżonego Norberta Łukasza Szymańskiego, syna Małgorzaty, uznaje winnym (…). Oskarżonego Rafała Ordaka, syna Henryki, uznaje winnym. – Sędzia czyta orzeczenie i wstępne uzasadnienie przez ponad godzinę. Nie było zlecenia zbrodni.

– Rozumowanie policji i prokuratury, że była żona zleciła tę zbrodnię w świetle zgromadzonych dowodów, jest uproszczone i nie przekonuje – mówi. – Dorota Mrugała nie miała w tym żadnego interesu. Jest rzeczą bolesną, że nie mogliśmy powiedzieć tego jej samej.

Słowa sędziego nie oznaczają uniewinnienia Mrugałowej – formalnie nie można już jej osądzić, a więc także uwolnić od zarzutów. W Polsce nie sądzi się nieżyjących, a tylko rehabilituje niesłusznie skazanych. W tym wypadku ani skazania, ani uwolnienia od winy nie będzie. Sąd wygłasza więc jedynie swą opinię: Dorota była czysta.

 

**

 

W styczniu 2012 roku krakowski mecenas Maciej Kliś pisze pozew „o zapłatę zadośćuczynienia z tytułu naruszenia dóbr osobistych”. Żąda od wydawcy „Super Expressu” czterech milionów złotych.

 

**

 

Na pytanie „kto zastrzelił Krzysztofa Mrugałę” kielecki komisarz Henryk Haliński odpowiada krótko: – Sprawa buska jest po prawomocnym wyroku, ale faktycznie otwarta. Warto zainteresować się „Człowiekiem z Lasu”.