Recenzja Agnieszki Krawczyk
Nowa powieść Marka Krajewskiego „Władca liczb” jest drugą częścią trylogii o naukowcach, a właściwie o przestępczym szaleństwie, które wypływa z naukowych podstaw.
W pierwszej części, czyli „W otchłani mroku” były lwowski policjant, obecnie mieszkający we Wrocławiu, Edward Popielski, musiał się zmierzyć z zagadką opartą na logice filozoficznej. W omawianym tu „Władcy liczb” mamy do czynienia z tajemnicą sprzęgniętą z logiką matematyczną.
Jak w poprzedniej powieści, i tym razem, akcja toczy się w dwóch planach czasowych – współczesnym, związanym z osobą syna Popielskiego, Wacława Remusa oraz dotyczącym przeszłości Popielskiego i umiejscowionym w roku 1956.
Powiązanie ze sobą tych dwóch perspektyw czasowych jest możliwe dzięki pamiętnikom pozostawionym przez Popielskiego synowi. Wacław Remus zostaje w nich zobowiązany do rozwiązania trzech zagadek kryminalnych, nad którymi bezskutecznie trudził się jego ojciec. Wszystkimi zagadkami rządzi bezlitosne i zimne bóstwo logiki, w tym wypadku – matematycznej.
W roku 1956 Edward Popielski otrzymuje kuszące i niecodzienne zlecenie, za które może zarobić mnóstwo pieniędzy. Zleceniodawca żąda, by obalił pewne twierdzenie, skonstruowane przez genialnego (a może tylko szalonego?) matematyka. Ta naukowa szarada stoi bowiem na drodze do uzyskania przez zleceniodawcę ogromnego spadku. Trudno w tym miejscu nie pochylić głowy przed finezyjnością pomysłu Krajewskiego. Twierdzenie, o którym mowa jest tyleż skomplikowane, co śmiertelnie groźne, ponieważ matematyczny dowód może wpływać na życie przypadkowych ludzi.

Właśnie – przypadkowych, bo probabilistyka, czyli teoria prawdopodobieństwa odgrywa tu wielką rolę. Śledztwo nie będzie zatem łatwe, zwłaszcza, że gdzieś w jego głębokim tle czai się demon – Władca Liczb.
Popielski przyjmuje zlecenie – studiował matematykę w Wiedniu, ta dziedzina szczególnie go pociąga – i zanurza się w labirynt logicznych dowodów i zaskakujących przypadków.
Wrocław nie ma we „Władcy liczb” przyjaznego oblicza. To miasto pozbawione swej tożsamości, zaanektowane przez ludzi, którzy go do końca nie rozumieją. Nawet Popielski, człowiek wielkiej kultury i klasycznego wykształcenia, jest tutaj obcy, tak mentalnie, jak i ze względu na pochodzenie. Wrocław lat 50. to miejsce, gdzie na dobre rozpanoszyła się nowa władza, gdzie milicja rządzi w sposób samowładny, a gangi różnego rodzaju rzezimieszków sprawują swe porządki w dzielnicach za cichym przyzwoleniem władz. To z drugiej strony miasto pełne metafizyki i tajemnicy. Toczy się tu drugie podskórne życie – w gabinetach wróżek, ale też w kościelnych konfesjonałach. Łatwo uwierzyć, że w takim miejscu, i w tym właśnie czasie, mógł się ujawnić demon.
No i sam Popielski. Najlepszy przedwojenny polski śledczy ma w tej powieści lat 70 i prowadzi swe ostatnie śledztwo. Nie jest ani policjantem, ani detektywem – pracuje w kancelarii adwokackiej, jako śledczy, szukając dowodów w różnych sprawach prowadzonych przez swego pryncypała. Sprawa hrabiego Zaranek-Platera to dla niego okazja, by po raz ostatni wdrożyć śledztwo o morderstwo.
Popielski jest już stary i zmęczony życiem, które – mimo straszliwych doświadczeń, jakie były udziałem tego bohatera, czyli śmierci córki Rity i uprowadzenia wnuka – uważa za szczęśliwe. Wciąż mieszka z kuzynką Leokadią Tchórznicką, która jak dawniej podsuwa mu ważne tropy w śledztwie.
Nic nie jest jednak już takie jak dawniej, we Lwowie. Gdy Leokadia i Edward przechadzają się nad Odrą w wieczorowych strojach po wyjściu z koncertu, okoliczni, w większości napływowi mieszkańcy, patrzą na nich jak na przybyszów z obcej planety. Popielski jest w powojennym Wrocławiu wygnańcem, oderwanym od swoich korzeni. Kiedy czytałam o tęsknocie policjanta za Lwowem nieodparcie przychodziły mi na myśl „Dwa miasta”, w których Adam Zagajewski opisuje podobną tęsknotę swej rodziny (szczególnie dziadków) wysiedlonych ze Lwowa do Gliwic.
I na koniec sama zagadka. Miałam niepokojące wrażenie, że śledztwo Popielskiego rozgrywa się pod dyktando owego twierdzenia matematycznego, które zlecono mu zbadać. W podobny sposób zyskiwało i traciło tempo, podobnie meandrowało po zaułkach Wrocławia. Matematyczny dowód i dochodzenia – powiązane ze sobą i wpływające na siebie wzajemnie. Naprawdę fascynująca jest struktura tej powieści, skonstruowanej z żelazną logiką. Popielski trzyma wszystkie nici śledztwa, a jednocześnie dopuszcza do rozwiązania tajemnicy swego syna, który dowie się przy okazji wiele na temat samego siebie. W ten właśnie sposób przeszłość spotka się z teraźniejszością; daty to w końcu również liczby, a rządzi nimi ten sam władca.
Cóż powiedzieć więcej? Czekam na ostatnią część trylogii, bo jestem przekonana, że Krajewski każe się czytelnikowi zmierzyć z podobnie finezyjną zagadką. Jak zawsze metafizyczną, i jak zawsze przerażającą!
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak





