Co „kryminalistka” nosi w torebce? Zapytaliśmy o to najlepsze polskie pisarki kryminałów. Przez całe lato, co tydzień, będziemy Wam zdradzać ich sekrety. Dzisiaj o zawartości swojej kryminalnej torebki opowiada JOANNA SZWECHŁOWICZ, autorka „Tajemnicy szkoły dla panien”.
Nie stoi niestety za moją torebką żadna historia, ani nawet anegdota. Dobrze, że ta akcja Zbrodniczych Siostrzyczek ma miejsce latem. W czasie roku akademickiego po mojej – znacznie większej – torbie zaczynają się plątać rozmaite mało eleganckie rzeczy, choćby (nie)podręczny rzutnik multimedialny oraz spóźnione prace studenckie. Wersja letnia pozwala szczęśliwie na zachowanie pozorów osoby dobrze zorganizowanej.
Przedstawiam więc moją torebkę. Zdjęcie jest spontaniczne i powstało przez wyrzucenie zawartości torebki na ławkę w warszawskiej Królikarni.
Po kolei: czarno-białe etui skrywa czytnik. Mam na nim głównie klasykę literatury zajmującą dużo miejsca w wersji papierowej. Balzac, Kraszewski (serio!), George Eliot i ogólnie dziewiętnasty wiek. Teraz Kobieta trzydziestoletnia. Nie tylko z racji ponadczasowej wartości prozy Balzaca, ale i z powodu osobistej zmiany numeracji z przodu :).

Następnie brązowy zeszycik. Próbuję prowadzić w nim uporządkowane notatki, ale głównie rysuję rekiny i samotnego człowieczka na wyspie (sprawa dla psychologa). Później portfel. Dość duży. Zapełniają go niestety głównie karty do bibliotek ziemi mazowieckiej i wielkopolskiej oraz karty do zbierania punktów w kawiarniach. Następnie telefon i zegarek. Ten drugi noszę zwykle bardziej standardowo, ale ponieważ nie pasuje do wszystkich outfitów (gdy nie mam cierpliwości do XIX wieku, czytam blogi szafiarskie), czasem ląduje w torebce.
Teraz mój zestaw do rozweselania (się). Pan na niewyraźnej okładce książki to Edgar Lee Masters, niezbyt w Polsce znany, a i w rodzinnych Stanach kojarzony głównie z poetyckimi epitafiami dla mieszkańców Spoon River. To pewnie jakaś forma perwersji, ale taka skondensowana poetycka melancholia jest dla mnie wielce krzepiąca. Obok druga część zestawu: podręczny przyrząd do puszczania baniek, sprzedawany w kioskach za pięć złotych. Rozwesela zarówno mnie, jak i postronnych.
Krem Nivea – uniwersalny kosmetyk do wszystkiego. Ponieważ jednak czas płynie (patrz: Balzac), zaczynam coraz częściej zastanawiać się, czy może jednak nie wzbogacić swej torebki o bardziej wyrafinowane środki pielęgnacji. W tej refleksji utwierdza mnie lusterko z kotkiem. Czarny futrzak jest już chyba popularniejszym motywem paryskim niż wieża Eiffla, ale mnie się kojarzy głównie z moją własną kotką. A na koniec etui na długopisy, ołówki itd. Nie noszę w nim długopisów, ołówków itd., tylko coś całkiem innego. Co? Nie powiem, bez przesady z tym internetowym ekshibicjonizmem ;).





